3. Noc w remizie

17 listopada 2017

Życie rozrywkowe naszej miejscowości dzieli się w piątkowe wieczory na dwie części. Połowa osób szła na dyskotekę w remizie, a druga połowa się ukulturalniała. Czasami był to teatr, czasami wieczór poezji. Dzisiaj do dyspozycji jest kino objazdowe. Ivan będzie pewnie miał wrażenia estetyczne. Dozna ekstazy, albo przeżyje katharsis. Ivan jest przystojny, zabawny, ale jego dziadek był urzędnikiem, jego rodzice są urzędnikami i on też pewnie będzie urzędnikiem i absolutnie nic nie wie o prawdziwym życiu w Komisariacie. Pieprzyć Ivana, z nim nie ma szans się pieprzyć poza domem. Ciekawe czy on w ogóle to robi… Impreza!

Na strażakach zawsze można było polegać. Chłopaki z OSP byli niewiele starsi od nas i doskonale wiedzieli, co to dobra zabawa. Kiedy zjawiłam się na miejscu muzyka grała tak głośno, że w uszach dudniło, a remiza pękała w szwach. Pod sufitem migały zdemontowane z wozów strażackich koguty dając hipnotyczne czerwone i niebieskie światła. Między nimi wirowała kryształowa kula. Coś czego nie widywało się na co dzień. Samych wozów strażackich nie było. Od czasu, gdy ktoś dronem nagrał co dwie parki robiły na jednym z nich (Co za szczęście, że to nie bymałm ja!) komendant nakazał przeparkowywanie ich na swoje podwórko. Jedynym minusem był brak alkoholu, jeśli ktoś oczywiście nie wiedział jak znaleźć drabinę na strych, gdzie strażacy pędzili samogon. Jak się szybko przekonałam w remizie stawili się nie tylko stali bywalcy, ale i ludzie z okolicznych wsi, tak że chłopaki musieli pospiesznie zdejmować w remizie drzwi i okna, by ludzie nie wydusili się w środku niczym puszkowane sardynki.

Tłum gęstniał. Płynąca z głośników muzyka łączyła się z migoczącym światłem, wprowadzając wszystkich w hipnotyczny trans. Ludzie wyglądali, jakby powoli tracili kontakt z rzeczywistością, zapewne przyłączyłabym się do nich, gdyby tylko skóra nie piekła mnie tak bardzo. Jedyne o czym teraz myślałam, to zrzucić z siebie jak najszybciej tą sukienkę.

Matey podobnie jak Ivan nie lubili tańczyć, snoby, więc musiałam się dzisiaj obyć bez Niny, z którą zawsze była najlepsza zabawa. Biedaczka zapewne nudziła się teraz w objazdowym kinie. Chyba, że znalazła sobie inną rozrywkę. Była już prawie mężatką. Całe szczęście inne dziewczyny nie spieszyły się tak do ożenku i przyszły się zabawić. Jaka jest najlepsza zabawa na wiejskiej imprezie, oczywiście pomijając tańczenie? Obgadywanie wszystkich w około i drażnienie chłopaków. Dzisiaj było kogo obgadywać, skoro zjawiły się też okoliczne wioski w swoim najlepszym składzie. Mieszkam na wsi, nie ma tu co ukrywać, ale w porównaniu z tymi dziewczynami, które się dzisiaj pojawiły. Naprawdę. Żal na nie patrzeć i na ich chłopaków w sumie też. Przylizani, okolczykowani niczym krowy na pastwisku z twarzy buraki. Właśnie dyskutowałyśmy, że jeśli na świecie zostałybyśmy tylko my i oni, to musielibyśmy zmienić orientację, kiedy usłyszałyśmy krzyki. Afera musiała trwać już od dobrej chwili, gdyż wokół kręciło się sporo osób i o ile zdołałam zauważyć, nad głowami zebranego tłumku wirowały sztachety płotu.

– Chodź! – Usłyszałam, kiedy potężna siła pociągnęła mnie z powrotem do wnętrza remizy i przez tłum do kuchni. Piotr ciągnął mnie za sobą, otwierając kolejne drzwi. – Pospiesz się, policja już tu jedzie – to mnie pospieszyło.

Zadarcie z służbami porządkowymi nigdy nie było mądre, a ja w dodatku byłam od kilku godzin dorosła i mogło się zrobić naprawdę niewesoło.

Pierwsza myśl. Puścić się w pola, jak najdalej od rozróby. Kawałek dalej jest rzeczka, a w wodzie brodzić im się nie zechce. Widziałam, jak kilka osób umykało w ciemności w tamtym kierunku. Mnie Piotr ciągnął zupełnie gdzie indziej. Wzdłuż drogi, na której widać w oddali było już światła policyjnych wozów. Do najbliższych zabudowań. Przesadził mnie przez płot, ale o dziwo zamiast do stodoły pełnej miękkiego siana pociągnął mnie do stajni, gdzie śmierdziało. Leżeliśmy w jednym z boksów, wsłuchując się w sapanie koni i narastający warkot silników. Policja już była na miejscu. W pewnej chwili Piotr przyciągnął mnie mocniej do siebie. Syknęłam z bólu, kiedy materiał mocno otarł się o poparzoną skórę. Zasłonił mi usta dłonią. Nad nami narastało niskie buczenie, stając się coraz bardziej przejmującym, a później powoli, powoli ucichło.

– Dron tropiący szepnął mi do ucha. Ciepło i dźwięk.

– A my niby wyglądaliśmy, jak koń?

– Jak leżące źrebie, może. Wystarczyło się mocno przytulić – przycisnął mnie jeszcze mocniej. Tym razem prawie krzyknęłam. – Co się stało?

– Przypiekłam się – syknęłam skrzywiona i spróbowałam odsunąć. Trzymał mnie mocno.

– Dron może jeszcze zawrócić – szepnął.

Poczułam, że sukienka zrobiła się luźniejsza. Musiał mi się rozpiąć guzik na plecach. Może nawet dwa.

Rano wymknęliśmy się w ostatniej chwili, kiedy właściciel wchodził, by nakarmić swoje konie. Chichocząc, pognaliśmy przez pola.

Dzisiaj już wiem, że wracając do domu nie zauważyłam lecącego wysoko nade mną drona, ale pogoda była tak piękna, a ja byłam w tak dobrym nastroju, że nawet nie myślałam o takich rzeczach. Rozkoszowałam się dotykiem miękkiej trawy pod stopami idąc boso polną drogą. Musiało być już późno. Zapewne po dziewiątej, bo pani Urban minęła mnie jadąc na rowerze z koszem pełnym zakupów. Humor zepsuł mi się dopiero, gdy wyszłam zza zakrętu i zobaczyłam stojące na naszym podwórku dwa MPV miejscowego garnizonu. Przez myśl, przeszła mi wczorajsza rozróba w remizie. Mało prawdopodobne było, by garnizon wysłał dwa transportery nie wiedząc nawet czy tam byłam, a co dopiero mówić o przyłapaniu mnie na czymś. Tak czy siak, nie było dobrze.
Dwunastu żołnierzy rozłożyło się na trawie wokół wozów, nawet nie starając się stwarzać pozorów, że są czujni i gotowi do czegokolwiek, gdy między nimi przechodziłam.

– Katalyn! – Matka niemal wykrzyknęła, nerwowo krążąc po sieni. – Gdzieś ty była. Masz gościa! W gościnnym pokoju przy drewnianym stole siedzieli naprzeciw siebie mój ojciec i dyrektor szkoły. Udawali, że oglądają jakiś stary serial kostiumowy w naszym telewizorze.

– Katalyn! – Teraz i ojciec niemal wykrzyknął, przewracając krzesło przy wstawaniu. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak zestresowanego.

– Katalyn. Mogę mówić ci Katalyn? – Dyrektor podszedł do mnie, z wyciągniętą dłonią. Jego czujne oczy rejestrowały każdą moją reakcję.

– Po co? Oboje doskonale wiemy, że woli pan mówić panno Jobbagy – Odpowiedziałam po chwili wahania

– Katalyn – matka syknęła, na wpół przestraszona, na wpół zdegustowana moją postawą. To dziwne, ale nie bałam si się już towarzyszących mu żołnierzy. Gdyby chciał nam coś zrobić rozegrałby to zupełnie inaczej.

– Wie pani, co to jest teoria prawdopodobieństwa, panno Jobbagy?

– W uproszczeniu? – Siadłam wygodnie naprzeciwko niego. Wolno mi Byłam w swoim domu. – Dział matematyki zajmujący się badaniem prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzeń losowych – na jego twarzy nie pojawił się nawet cienia aprobaty, ale pytanie z całą pewnością nie było retoryczne. Ludzie tacy jak on nie bawią się w zbędną retorykę.

– Co jest bardziej prawdopodobne, panno Jobbagy. To, że na teście nie odpowiadała pani zgodnie z prawdą. Czy to, że ma pani intelekt na poziomie upośledzonego szympansa?

– Nie oszukiwałam na teście! – O ton za wysoko bym sama w to uwierzyła.

– Nie. Nie oszukiwała pani na teście, ale i nie odpowiedziała pani na zadane pytania zgodnie z prawdą – czułam się, jakbym obserwowała pozbawionego ludzkich reakcji robota.

– Odpowiedziałam na każde pytanie, tak jak uważałam, że odpowiedzieć należało.

– Lubi pani eufemizmy, panno Jobbagy?

– Nieszczególnie – tym razem mnie zaskoczył.

– A całkiem gładko pani wychodzą.

– Obserwowałam mistrzów.

– Proszę uważać. Ktoś może uznać, że ma pani wywrotowe poglądy – po plecach przebiegło mi całe stado mrówek przerażenia. – Na szczęście oboje wiemy, że nie to miała pani na myśli. Wróćmy do pani testu, panno Jobbagy. Widzi pani. Sprawdziwszy go trudno jest uwierzyć, że ktoś może go napisać tak fatalnie.

– Strzelałam. Statystycznie, strzelając można trafić w trzydzieści procent prawidłowych odpowiedzi.

– Wie pani, że nie znając odpowiedzi na żadne pytanie człowiek w końcu zaczyna podświadomie udzielać odpowiedzi według pewnego schematu? Przeciętny człowiek nie zauważy takiego schematu, ale komputer już tak. Podobny schemat pojawia się wtedy, kiedy człowiek celowo udziela złych odpowiedzi na zadane pytania. Na szczęście pani test sprawdzany był przez komputer. Jest pani niezwykle zdolną młodą osobą, panno Jobbagy i powinna pani kontynuować naukę, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Pytanie brzmi, na jakiej uczelni powinna ją pani kontynuować. Proszę raz jeszcze rozwiązać test –

– Nie jestem zainteresowana dalszą nauką – odpowiedziałam nawet nie spoglądając na położony przede mną tablet.

– Ale nauka jest zainteresowana panią. To że będzie pani kontynuować naukę nie podlega dyskusji. Pytaniem otwartym pozostaje, gdzie. Proszę rozwiązać test – przysunął elektroniczne urządzenie bliżej mnie.

Kolejne półtorej godziny spędziłam przy stole z elektronicznym urządzeniem w dłoni, spiesząc się jak tylko mogłam. Skóra piekła mnie już tak, że najchętniej rozwiązywałabym ten test nago i moje myśli co chwilę uciekały pod prysznic.

Jeden komentarz

  • NIkiTKA 23 listopada 2017jako16:41

    Robi się ciekawie😊😊😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *