2. Egzamin

6 października 2017

wybrana okładkaPrawdę mówiąc, to nie pamiętam mojego powrotu do domu tamtego dnia. Nie pamiętam też całego następnego tygodnia. Przez ostatnie trzy lata żyłam w pełnym przeświadczeniu, że po zakończeniu swojej nauki pobiegam trochę po różnych przeszkodach, napiszę kilka bzdurnych odpowiedzi na pytania egzaminacyjne i wyjdę z pieczątką potwierdzającą moją dorosłość. Wszystko to tylko po to, by mój plan zawalił się przez jednego oficera służb specjalnych, który wpadł tu z genialnym planem rządu. Właściwie to nie wiedziałam czego się boję, przecież każdy test wystarczy źle napisać. Wystarczy podać złe odpowiedzi.

– W tym teście nie ma złych odpowiedzi – nasz szczurowaty dyrektor stoi na podwyższeniu w auli, wymachując kartką papieru. – Nie chodzi nam o zbadanie waszej wiedzy, lecz sprawdzenie drzemiącego w was potencjału. Za chwilę każdy z was dostanie zafoliowaną kopertę ze swoim testem. Kiedy powiem start, rozerwiecie ją i będziecie mieli równo trzy godziny na rozwiązanie zadań – ze znudzeniem obserwuję, jak nauczyciele chodzą pomiędzy szeregami ławek rozdając nam nasze testy. Widziałam, jak część moich kolegów nerwowo zerka na koperty, jakby chcieli prześwietlić je wzrokiem. Inni mocno ściskają dłonie, by powstrzymać ich drżenie. Wyglądają przy tym, jakby się modlili. Może faktycznie się modlą. Ja nigdy się nie modlę.

Ivan, na litość boską. Mogę tylko przewrócić oczami patrząc, jak ten wariat siedzi rozwalony na krześle z nogą założoną na nogę i butem uderzającym w blat stołu. Dzisiaj rogatywkę ma założoną tył na przód. Nerwowo zerkam na dyrektora. Tak, dzięki Ivan że zaczęłam się przez ciebie denerwować. O dziwo jednak, dyrektor absolutnie nic sobie nie robi z zachowania chłopaka. Odnoszę wręcz wrażenie, że najchętniej zrobiłby dokładnie to samo.

– Proszę państwa. Start!

Tego się nie spodziewałam. Test ma 200 pytań. Przeglądam kolejne kartki i zaczynam rozumieć co miał na myśli dyrektor, mimo że kłamał. To nie jest test wiedzy. To jest test na spostrzegawczość i abstrakcyjne myślenie. Nie pytają mnie ile jest dwa plus dwa, tylko która rybka pasuje do zbioru i ile gałęzi powinna mieć trzecia choinka. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy, ale jak zawsze. Wystarczy odpowiedzieć źle.

– No, Katalyn. Co nie pasuje do zbioru. Pomidor, ogórek, arbuz czy marchew

– Marchew – odpowiadam bez zastanowienia. Ivan zamiera z wyrazem szoku na twarzy.

– No coś ty – dogania mnie w trzech krokach. – Przecież arbuz nie pasuje. Pomidor, ogórek i marchew to warzywo, a arbuz to owoc. Powinnaś to wiedzieć od podstawówki

– Arbuz, pomidor i ogórek to owoce rośliny, a marchew to roślina. To był test na inteligencję nie wiedzę, Ivo i jest już za nami – śmieję się, szeroko rozkładając ręce do złotego słońca.

– Pójdziemy dzisiaj do kina objazdowego?

– Nie mogę. Jestem umówiona.

– Z nim – Ivan odpowiada sam sobie.

– Poprawi ci to humor, jeśli powiem że z dziewczynami? – Staram się ratować sytuację widząc jego skwaszoną minę.

– Trochę, a gdzie idziecie – to zadziwiające, jak okłamywanie samego siebie poprawia mu nastrój.

– W remizie będą dzisiaj tańce – przynajmniej tutaj nie mijam się z prawdą. Faktycznie idziemy na tańce. Uwielbiam tańczyć i chcę odpowiednio uczcić napisany egzamin, a Ivan się do tego zupełnie nie nadaje. Piotr to zupełnie co innego.

Pierwszy naprawdę gorący dzień w tym roku skłonił mnie do pieszego powrotu do domu. Mogłam pooddychać świeżym powietrzem z lekką nutą spalin i posłuchać śpiewu ptaków. Uwielbiam ich słuchać. Za domem mamy sad pełen jabłonek do którego chodzę odpocząć od domowego zgiełku na który w głównej mierze składa się zrzędzenie matki. Kiedy tak leżę na trawie w cieniu drzew czuję się niemal jak w tropikalnym lesie z szumem liści odgłosami dziesiątek owadów i trelem wszystkich gatunków ptaków, jakie tylko zamieszkują okolicę. To najwspanialsza kołysanka, jaką mogę sobie wyobrazić. Rodzice po dziś dzień wypominają mi, jak byłam mała i usnęłam w sadzie, a oni szukali mnie kilka godzin i mieli już wzywać policję z dronami tropiącymi.

Wymówki, wymówki, wymówki. Zrobiłam sobie godzinny spacerek ze szkoły, a matka się drze jakbym dokonała masakry ludności w całym Komisariacie. Czemu zresztą miałam się spieszyć. Młody zabawi w szkole jeszcze dobre kilka godzin. Obiad będzie najwcześniej, kiedy ojciec wróci z roboty i co mam niby robić? Paść kaczki, zamiatać podwórko? Życie jest proste, kiedy mieszka się w Komisariacie takim jak nasz, ale życie jest w nim też właśnie proste. Nie myślcie, że się powtarzam. Zwyczajnie jest to jednocześnie zaleta i wada. Dobrze jest czasami oderwać się od codzienności i pobujać w obłokach. Zresztą, należało mi się! Skończyłam właśnie szkołę. Napisałam najważniejszy test w życiu i to w dodatku taki test jakiego ani matka, ani ojciec, ani nikt kogo znam nie pisał. Napisałam go pod okiem oficera bezpieki, więc mały spacer do domu mi się absolutnie należał, a teraz idę się poopalać. Dorosłe życie obejdzie się beze mnie jeszcze przez godzinkę.

W naszym sadzie jest takie miejsce, gdzie między rzędami czarnych porzeczek rośnie mech i delikatna trawa ciepłe od promieni słońca. Można tam spędzić całe godziny przez nikogo nie zauważonym i nie niepokojonym. Za daleko od drogi, by zapuścili się tutaj amatorzy cudzych porzeczek. Tym bardziej nie przychodzą tu rodzice, którzy za tym owocem nie przepadają. Całe słoneczne popołudnie wyłącznie dla mnie. Muszę tylko uważać, by się za mocno nie przysmażyć, bo sobie nie daruję, jeśli minie mnie impreza w remizie. Ostatnia impreza roku szkolnego, a zarazem pierwsza wakacji zawsze jest wyjątkowa i ustępuje chyba tylko ostatniej imprezie wakacji, ale ta czeka mnie dopiero za dwa miesiące. Dzisiaj będą tam wszyscy, więc muszę być i ja.

Dźwięk potężnej syreny umieszczonej na szczycie najwyższego budynku kombinatu metalurgiczno-przemysłowego oznajmił koniec dnia pracy. Kombinat znajdował się po przeciwnej stronie miasta. Dobre dziesięć kilometrów stąd, co nie przeszkadzało dźwiękowi docierać aż pod ich dom. Komuś stojącemu pod nią zapewne pękały bębenki w uszach. Zakład zatrudniał większość mężczyzn z miasta i okolic. Wszystkich tych, którzy nie znali się na rzemiośle i mieli zbyt małe pola, by utrzymać z nich rodziny. Ojciec nie pracował w kombinacie, na szczęście. Mieliśmy wystarczająco dużo ziemi, by obejść bez tego. Dzisiaj był jednak na najodleglejszym z pól i zapewne siedząc w ciągniku nie usłyszał sygnału syreny. Miałam więc chwilę by się ubrać i wrócić. Spóźnić się do domu mu się zdarzało. Być zbyt wcześnie, nigdy. Skóra delikatnie zapiekła w kontakcie z materiałem sukienki. Nie było to jednak coś, czym bym się przejęła.

Dziękujemy ci Panie, za twe hojne dary, którymi możemy się dzielić ze współdomownikami w tej wieczerzy.”

Nie sądzę, by to co mam w tej chwili na talerzu było darem Pana, niezależnie czy pisze się go z małej, czy wielkiej litery. Kiedy jesteś rolnikiem jesz płody ziemi, to co uda się wyhodować tobie i twoim sąsiadom. Mogę powiedzieć dziękuję ci panie Burmanov za ten pyszny kalafior, albo panie Rovitzki, za żyto na mąkę z której chleb upiekł pan Jokovic. Metafizyki bym absolutnie w to nie mieszała. Zresztą, po wojnie władze zamknęły wszystkie świątynie i rozwiązały organizacje religijne. Religia nie była zakazana, ale myślę, że lepiej się z nią nie obnosić nawet w domu. Drony są wszędzie i nie wiadomo, kiedy jakiś zainteresuje się naszym domem.

Amen.”

– Katalyn – ojciec zwracając się do kogoś, zawsze zaczynał od imienia. – Opowiedz nam o swoim dzisiejszym teście – głośno przełknęłam zbyt gorący kawałek kalafiora. Oczy zaszły mi łzami. Odkaszlnęłam sucho.

– Więc – łyk wody, na przesmarowanie gardła. – Ekhm. Więc test ten był czymś zupełnie nowym. Nie sprawdzali naszej wiedzy z ostatnich lat, tylko kazali dopasowywać rybki, malować choinki…

– Katalyn, nie opowiadaj nonsensów!

– Ale nie opowiadam. W tym teście nie chodziło o sprawdzenie naszej wiedzy, tylko drzemiącego w nas potencjału. To cytat z dyrektora.

– Nie podoba mi się to – matka miała wymalowaną na twarzy troskę.

– Tali wam sprawdzian dla przedszkolaków – mój kochany braciszek szczerzył zęby. – Wreszcie odkryli wasz prawdziwy poziom – dostał serwetką w twarz.

– Katalyn, Misha. Uczestniczycie w rodzinnym obiedzie w moim domu i jecie pokarmy, które są na tym stole dzięki pracy moich rąk i macie się zachowywać tak, jak wam to przykazuję.

– Przepraszamy, tato.

– Jak dzicy możecie się zachowywać, kiedy będziecie mieli własne domy z zaprowadzonymi w nich dzikimi zasadami. Rozumiecie?

– Tak, tato – dzisiaj wybitnie zależało mi na nie rozpętaniu awantury. Nie chciałam rozpętać awantury, która by mnie uziemiła. Młody też się chyba zreflektował. Szlaban dla mnie spowodowany jego głupotą mógł go kosztować wiele dodatkowych cierpień.

Bądźmy szczerzy. Kiedy ma się siedemnaście lat i mieszka pod jednym dachem z rodzicami i to na wsi powiedzenie „life is a bitch” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Czeka mnie wyjście na imprezę. Gdzieś, gdzie miałam spotkać się z Piotrem, a kto wie, czy nie będzie więcej fajnych chłopaków. Chcę wyglądać jak najlepiej, a przez cały czas matka sterczy mi pod łazienką i na przemian ostrzega mnie przed tym, jacy to chłopcy są nieodpowiedzialni w tym wieku i że jestem jeszcze za młoda na wiele spraw, na przemian z zachwycaniem się tym, że kolejne pary się zaręczają, biorą śluby i mają dzieci. Zdecyduj się kobieto, schizofrenię można leczyć! Póki brałam prysznic woda jakoś ją zagłuszała, ale teraz się maluję i nie mam szans tego nie słyszeć. Swoje gderanie przerywa tylko wtedy, gdy ojciec przychodzi z krzykiem, kiedy odblokuję mu jedyną łazienkę. Kupcie mi lustro do pokoju, to nie będę wam niczego blokować! Siedemnaście lat się nie mogę doprosić!

Naga skóra piecze odrobinę pod materiałem sukienki, ale do rana jakoś wytrzymam.

_____________________________________________________________________________

Jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach. Są one dla mnie bardzo ważne.
Koniecznie wpadnijcie także na mój profil Facebookowy. Link znajdziecie w Menu strony!

5 komentarzy

  • NIkiTKA 6 listopada 2017jako09:19

    Ty sam wiesz, od jak dawna JA czekam na ciąg dalszy…. 🙂

  • Lessiada 11 października 2017jako01:00

    „Kombinat znajdował się po przeciwnej stronie miasta. Dobre dziesięć kilometrów stąd, co nie przeszkadzało dźwiękowi docierać aż pod ich dom.” <– nie podobają mi się w tym fragmencie dwie rzeczy. Reszta rozdziału jest pisana w czasie teraźniejszym, więc jednak "Kombinat znajduje się…". W pierwszej chwili sądziłam, że bohaterka odnosi się do czasów sprzed wojny, co było jednak bezsensowne w połączeniu z następnym zdaniem. Druga sprawa, to "ich dom". Kim są "oni", jeśli opis jest w pierwszej osobie? Sugerowałabym "nasz" 🙂
    Ogólnie jestem bardzo zaciekawiona, jak dalej poprowadzisz akcję 🙂 Pozdrawiam LessiAda

    • Kontynuator 11 października 2017jako21:30

      Dziękuję za uwagę. Zwrócę na to uwagę w kolejnych rozdziałach.

  • LKA 6 października 2017jako17:50

    „Dziwny jest ten świat” 😜 jeszcze go nie rozgryzłam. Tak coś czuję, że ta sielska, wiejska sceneria to tylko przykrywka. Jestem ciekawa co będzie dalej? Pozdrawiam LKA.

    • Kontynuator 10 października 2017jako07:46

      Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi i mam nadzieję, że cię wciągnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *