1. Redwood przybywam!

30 września 2017

Taksówka sunęła powoli na wschód. Za sobą zostawiał nie tylko autostradę międzystanową numer 101, ale całe swoje dotychczasowe życie. Daleko za nim został port lotniczy. Jeszcze dalej był Nowy Jork. Całe życie, jakie znał pozostało daleko za horyzontem.

Zaledwie semestr dzielił go od zakończenia ogólniaka, kiedy jedna decyzja rodziców przewróciła jego świat do góry nogami.

Przemierzali osiedle niewielkich domków jednorodzinnych, z których każdy wyglądał, jakby zbudowany był z pozbijanych ze sobą kartonów, a w najlepszym wypadku, płyt pilśniowych. Większość z nich pozbawiona była płotów, za to posiadały wydeptane i zaśmiecone place, które kiedyś były zapewne trawnikami i żywopłoty, które nie zaznały strzyżenia od długich lat. Wszędzie panowała szarość i bylejakość ludzkiej cywilizacji, oraz żółć i rudość przyrody nieustannie wystawianej na kontakt ze słońcem. Przed nimi, coraz wyżej i wyżej wyrastały porośnięte gęstym lasem wzgórza. Tam czekało na niego nowe życie. Dom, którego nie znał i poznać nie chciał.

Jesteś strasznie milczący – matka odezwała się z przedniego fotela taksówki.

Skoro tak mówisz – burknął z nadzieją, że odechce jej się dalszej rozmowy.

Nie odezwałeś się od wejścia na pokład samolotu – oczywiście, że się nie odezwał, nie miał o czym z nią rozmawiać. Nie w tej chwili. – Jonah – kontynuowała, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Doskonale wiesz, że musie… Zobaczysz, spodoba ci się tutaj – zakończyła, w połowie zmieniając zdanie.

No pewnie. Przecież tutaj jest wspaniale! – Niemal wykrzyknął w karykaturze euforii. – Te domy z tektury. Krzaki udające żywopłoty. O! Tam jest nawet płot z zardzewiałej siatki. Och i patrz, patrz tam. Tamten człowiek technologicznie wyprzedził nasze czasy. Ma domofon i o łał, jeszcze nigdy nie widziałem domofonu na wbitej w ziemię rurce PCV i to z uciętym kablem. No i nie zapomnijmy o tych „trawnikach”. Przecież to osiągnięcie cywilizacyjne. Mamo, tutaj jest jak w raju! – Wyrzucił z siebie piętrzące się od wielu godzin żale.

Skończyłeś?

Nie. Łapię tylko oddech

Tam, gdzie państwa wiozę – czarnoskóry taksówkarz odezwał się głębokim głosem – jest znacznie zieleniej. Zobaczycie państwo.

Ach, dziękuję za przypomnienie! W przeciwieństwie do trawników, chrzanione taksówki są tutaj nie żółte, a zielone właśnie.

Jonah!

Proszę się nie przejmować, rozumiem to. Kiedy pierwszy raz przyjechałem tutaj z Las Vegas poczułem się jak w środku dziczy.

Czyli dokładnie tam, dokąd nas pan wywozi – Jonah prychnął, skupiając wzrok na coraz wyżej piętrzących się wzgórzach, które już dawno przestały być jednolitą, zieloną ścianą. Teraz mógł już rozróżnić w nich pojedyncze sosny, modrzewie i buki.

Wkrótce pozostawili za sobą i ostatnie domy podmiejskiego osiedla, wjeżdżając pomiędzy wysokie drzewa. Droga stała się nagle bardziej kręta, wijąc się pomiędzy porośniętymi gęstwiną wzgórzami i pnąc coraz wyżej i wyżej. Wąski pasek asfaltu, po którym się poruszali pozostał nagle jedynym przejawem obecności człowieka w tym świecie, Na początku minęli kilka skrzyżowań dróg, które prowadziły zapewne do odległych osiedli, kilka wjazdów na posesje, których nie było widać, bardzo szybko jednak wjazdy te stały się coraz rzadsze, coraz mniej cywilizowane, a szosę otaczała już tylko dzika przyroda, wdzierając się na pobocza setkami niskich krzewów i grubą warstwą opadłych igieł i listowia. Zwieszając nad drogą potężnymi konarami i tocząc nieustanną wojnę z próbującym oświetlić choćby najdrobniejszy skrawek ziemi słońcem.

Wilki, niedźwiedzie. Ostrzcie kły. Obiad przybywa – zawołał teatralnie.

Wilków i niedźwiedzi nie mamy tutaj od lat – taksówkarz rzucił przez ramię. – Co innego wiewiórki, skunksy, zające. Tych jest tu sporo.

Słyszałeś. Masz szansę zostać zjedzonym przez krwiożerczą wiewiórkę – zakpiła matka.

Myślę, że byłby to pierwszy taki przypadek. Co innego jeśliby wpaść na rysia, albo pumę.

Pumy, cudnie.

Spokojnie. Pumy nie atakują ludzi. Mają wystarczająco innego pokarmu, by odejść spokojnie w swoją stronę. No chyba, że zaskoczy się je w trakcie polowania, albo wejdzie na matkę z młodymi. Tak, wtedy to co innego – afroamerykanin pokiwał głową.

Włóczyć po lesie?! – Tym razem krzyknął, aż wszystkim w uszach zadzwoniło. – Przecież my będziemy mieszkać w środku lasu. Ja nie będę musiał się włóczyć po lesie. To las przyjdzie do mnie!

Przecież nie będziemy mieszkać w szałasie. Koniec dyskusji – wielce wątpliwe, by Jonah zamierzał już skończyć tą dyskusję, ale wszechświat chciał najwyraźniej, by odłożył ją co najmniej na później.

3307. Jesteśmy na miejscu. – Od miesięcy zbierające się liście zachrzęściły pod kołami, kiedy taksówka ostro skręciła i dla odmiany zaczęła zjeżdżać w dół. Uliczka wiodła po lekkim łuku, wcinającym się między zbocza parowem i była na tyle wąska, że nie było szans, by minęły się na niej dwa samochody, a sytuację dodatkowo pogarszały gałęzie rosnących po obu stronach krzaków, ocierając się o karoserię i tworząc klaustrofobiczną atmosferę. Na nic nie zważając, taksówkarz ani myślał odpuszczać pedał gazu. Można by pomyśleć, że o karoserię ocierają się nie gałęzie, a jakieś macki, z których chce się wyrwać siłą rozpędu. Zarośla urwały się nagle, kiedy z wąskiego parowu wydostali się nagle na przestronną połać betonu. Za nimi pozostała ściana lasu, a przed nimi piętrzył się betonowy mur.

Wyskoczył z taksówki, kiedy tylko znieruchomiała w akompaniamencie lekkiego pisku opon. Bez podziękowania, nie czekając na pożegnanie, pragnął wreszcie się z niej wydostać, tylko po to by w chwilę później nie pragnąc niczego więcej, jak na powrót się w niej znaleźć. Przez całe swoje życie, a przynajmniej ten okres, który pamiętał, towarzyszył mu bezustanny warkot silników, dźwięk klaksonów, szum metra, stukot młotów pneumatycznych ekip budowlanych, które korzystały z nich tylko o szóstej rano, kiedy mogły zbudzić jak najwięcej osób, by później przez cały dzień nic nie robić. Czasami przez ten szum przebijał się jeszcze odgłos lądujących na podmiejskim lotnisku samolotów. Tutaj, nie słyszał żadnego z tych dźwięków. Ze wszystkich stron napierał na niego nieznośny jazgot ptaków, szum liści, trzaskania gałęzi i odległe odgłosy, których pochodzenia nie znał i wolał się nawet nie domyślać.

Stał, jak sparaliżowany, wsłuchując się w otaczający go świat i przeklinając w duchu, że przez te kilkanaście lat nie postarał się pokochać Central Parku, w którym mógłby poznać przynajmniej namiastkę tego hałasu. Za jego plecami kłapnęły drzwi. Potem trzasnęła jeszcze pokrywa bagażnika i nim się zorientował stary diesel taksówki ponownie zaklekotał zmuszając pojazd, do potoczenia się na powrót jedyną drogą ku cywilizacji. Przez umysł przebiegła mu jeszcze szalona myśl, by dogonić taksówkarza, kazać na powrót zawieść się na lotnisko, albo i do samego Nowego Jorku. To było jego miasto, dałby sobie radę, zamieszkałby u któregoś z przyjaciół, albo pojechał do Bostonu i waletować u Sam. Mieszkanie w żeńskim akademiku, to by było coś.

Teraz chyba nie możesz powiedzieć, że dzikie zwierzęta napadną cię w domu – matka odezwała się podekscytowanym tonem. – Ten płot zrobiony jest tak, żeby nikt nie dostał się do środka.

Albo nie wydostał na zewnątrz – odpowiedział, otrząsając się z myśli o ucieczce. Przed sobą miał wysoki na trzy metry mur z szeroką i równie wysoką bramą ze stalowych płyt, która wyglądała, jakby mogła zatrzymać czołg.

Idziesz, czy mam cię tutaj zostawić?

Rozważam postawienie sobie tutaj szałasu. Z drugiej jednak strony. Równie dobrze mogę go postawić z drugiej strony muru – dodał, pospiesznie ruszając w stronę matki, po drodze zgarnąwszy z ziemi swoją podróżną torbę.

Cykor – uśmiechnęła się drwiąco. Również słysząc trzask gałęzi, który spowodował nagłą zmianę decyzji jej syna.

Nie ma klamki – Jonah stwierdził coś, czego nawet ślepy przegapić by nie mógł. Furtka była wąską stalową płytą pozbawioną klamki, otworu na klucz, czy jakiejkolwiek innej formy otwarcia. W głowie Jonaha zaczęło się powoli krystalizować wspomnienie dawno oglądanego filmu z Joddie Foster w roli głównej. Bohaterka zamknęła się w otwieranym tylko od środka „bezpiecznym pokoju”, w jaki wyposażony był jej dom, nieświadoma tego, że znajdujący się w domu przestępcy chcą się dostać właśnie do tego pokoju. Ciekawe, czy ci, których powstrzymać miał ten mur, również będą masakrować każdego, kto pojawi się na podjeździe.

W czasie, kiedy krzywiąc się powoli analizował fabułę hollywoodzkiej produkcji, matka zaczęła wklepywać kod, który dostała w wysłanym przez ojca smsie. Po wpisaniu ośmiu liczb, bo zapewne czterocyfrowe PINy w takich domach były niemodne, na panelu zapaliła się zielona lampka i… nic się nie stało. Nie rozległy się fanfary, z nieba nie popłynął chór anielskich głosów. Nic nie kliknęło, nic nie pyknęło, nie mówiąc już o tak zasadniczej rzeczy, jak otwarcie się furtki.

Ups, idiotka ze mnie.

No coś ty – palnął, nim zdążył ugryźć się w język. Matka nawet nie zareagowała na ten wyskok. Jonah często balansował na granicy tego, co można było uznać stosownym zachowaniem wobec rodziców, a oni nie reagowali. Był to rodzaj cichej umowy. Póki on nie przekraczał granicy bezsensownego chamstwa, rodzice pozostawali na stanowisku, że lepsza jest najbardziej złośliwa szczerość, aniżeli skrywane żale. Panujące między nimi zasady wykorzystywał do granic możliwości, szczególnie od chwili, kiedy dowiedział się o planowanej przeprowadzce, a oni nie pozostawali mu dłużni.

Zapomniałam o odcisku palca – szczęka opadła młodemu chłopakowi w sposób komiksowy.

Od kogo wy kupiliście ten dom? – Wychrypiał. – CIA, NSA, Faceci w Czerni? – Ostatnią organizację wymienił z niejaką nadzieją.

Dom stał od dłuższego czasu pusty – furtka przed nimi odskoczyła automatycznie. – Zdaje się, że jego właścicielowi nie wypalił jakiś interes i wrócił do Arabii Saudyjskiej, czy gdzieś.

Al–Kaida. Cudnie.

Od kiedy to węszysz spiski? – Spytała, kiedy furta zatrzasnęła się za ich plecami,

Od kiedy mam mieszkać w domu, którego strzegą systemy rodem z filmów szpiegowskich.

Sam słyszałeś, w lesie są pumy.

Które nauczyły się posługiwać klamką, wytrychem i jeszcze wbijać kod na klawiaturze, więc potrzebny był odcisk palca. Zmieniam zdanie, to nie tajna organizacja. To wyspa doktora Moroe, a tak w ogóle to, ojciec jest w domu – chłopak wskazał na stojącego na podjeździe Volta z logo „iTech” na drzwiach.

Widzę, ale nie sądzę. Dzwoniłam do niego z lotniska. Był w pracy.

Mógł kłamać, żeby zrobić ci niespodziankę. No tak, racja – Jonah zreflektował się, pod spojrzeniem matki. Coś takiego, jak robienie niespodzianek, przerastało jego ojca. – Czyli super hiper autko złapało kichę. Zawsze mu powtarzałem „kupuj porządne baterie, te z nadpobudliwym królikiem”. Kupił chińszczyznę, to ma.

Nie gadaj. Jakbyś zdjął to co chińskie, to byś zasuwał goły, a ja nie mam ochoty tego oglądać.

Vice versa. Wiesz, widzę już dwa plusy tego miejsca – powiedział z nieoczekiwaną werwą. – Podwórko jest całe wylane betonem i dom jest raczej nie wiele większy od naszego apartamentu na Manhattanie. Na upartego, można udawać, że to Brooklińskie podwórko.

Tak myślisz? No to się zdziwisz.

No to mnie zdziw – gdzieś musiał tkwić haczyk, tylko jeszcze nie wiedział gdzie. Rodzice nie dali by tyle kasy, za trzymetrowy mur i parterowy dom, większość frontu którego zajmował garaż na co najmniej cztery auta.

Proszę, pan przodem – Matka kurtuazyjnym gestem przepuściła go w drzwiach.

Kiedy zobaczył wnętrze domu, uczciwie przyznał sam przed sobą i przed matką

No to mnie zdziwiłaś.

Ha! A nie mówiłam – powiedziała, stając obok niego. – I co teraz powiesz?

Projektant był szalony – oboje się zaśmiali. To co z zewnątrz sprawiało wrażenie niewielkiego, parterowego domu… sprawiało tylko takie wrażenie. Nastolatek i jego matka stali na antresoli, jaką tworzyło najwyższe piętro trój poziomowego domu, a przed nimi, za szklaną ścianą malował się widok lesistej doliny otoczonej zielonymi wzgórzami. – Ale widzę kolejny plus. Jak dostanę obłędu od tej dziczy, to wystarczy, że przeskoczę balustradę – matka już go nie słuchała. W przylegającym do garaży pomieszczeniu obejmowała swoje stoisko bojowe, jak zwykli mawiać domownicy. Kolejno naciskała przełączniki, uruchamiając całą elektronikę, bez której nie mogła się obyć. Powoli narastało buczenie zbudzonych do życia urządzeń.

Serwer główny i zapasowy uruchomione – mruczała do siebie, rozsiadając się na obrotowym stołku. – UPS działa. Com 1 i com 2 pracują – Kiedy włączała kolejne ekrany pozbawione okien pomieszczenie rozświetlało się różnokolorowym blaskiem bijącym od matryc LED.

Widzę, że dostałaś swoją jaskinię, Batwoman? – Odezwał się, stając w drzwiach.

To tylko serwerownia – mruknęła. – Włączyć ci internet i telewizję w pokoju?

Internet poproszę i tak właściwie, gdzie jest mój pokój?

Piętro niżej po prawej – mruknęła, zaaferowana bardziej swoimi zabawkami, aniżeli synem – i… mówiłeś coś o skakaniu?

Tylko głośno myślałem! – Odkrzyknął, schodząc już po krętych schodach.

Niższe piętro było z grubsza ujmując kopią tego wyższego, tyle że miejsca garaży zajęły pomieszczenia, które z całą pewnością nie miały okien. Otwierając obiecująco wyglądające drzwi, Jonah trafił do przestronnej łazienki z ogromnymi lustrami, wanną i kabiną prysznicową wystarczającą by urządzić w niej małe standing party. To z cała pewnością nie był jego pokój, choć wanna była na tyle przestronna, ze swobodnie mogła zastąpić łóżko. Sąsiednie drzwi faktycznie prowadziły do sypialni.

Kupiliście mi łoże małżeńskie?! – Krzyknął przez ramię.

Co ty opo…. Po prawej mówiłam, nie po lewej!

Jestem po prawej!

Po mojej prawej, nie twojej prawej!

Prawa, to prawa!

A kręcone schody, to kręcone schody – chłopak zawahał się przez chwilę nad ostatnim zdaniem.

Szlag. Idiota – warknął, strzelając drzwiami.

O rzesz sukinkot – syknął, kiedy po odnalezieniu pokoju, od razu znalazł się na klęczkach. Idąc w odpowiednim kierunku, tak intensywnie rozważał rozmowę z matką, brzmiącą jak wyjęta z taniej komedii, że nie zauważył pudeł zalegających na podłodze i potknął się o jedno z nich, prawdopodobnie łamiąc palec.

To, że jechali dzisiaj taksówką, a nie wozem przeprowadzkowym zawdzięczali Markowi, ojcu Jonaha, który przyjechał tutaj dwa tygodnie wcześniej zwożąc ze sobą wszystkie graty. Najwyraźniej jednak zwiezienie i wniesienie wszystkiego do pokoju było wszystkim, na co starczyło mu czasu, lub ochoty. Wszystkie przedmioty, które Jonah postanowił zabrać z Nowego Jorku znajdowały się w tej chwili w zalegających na podłodze pudłach.

Mówiłeś coś?

Tak. Chyba znalazłem moje książki i plan zdjęciowy do Zmierzchu – to ostatnie zaskoczyło nawet jego. Gdyby na lewej ścianie jego pokoju wstawić szereg okien z widokiem na las, albo choć Blue Screen, można było spokojnie zrobić z tego miejsca pokój Edwarda. Długi, wąski, zakończony szklaną ścianą. Przyszło mu do głowy, że warto sprawdzić, czy da się ją otworzyć i poskakać po drzewach. Nawet ustawienie mebli było niemal identyczne. Rzucił swoją torbę, bezwładnie opadając na łóżko. Miał dość tego dnia i wszystkich mających nastąpić po nim.

Słońce schowało się już za wzgórzami, chyląc się ku wodom Pacyfiku. Mrok coraz ciaśniej otulał las. Powoli cichł trel ptaków, które wracały na nocny spoczynek. Las nie kładł się jednak spać. Ze swych kryjówek wychodziły stworzenia nocy. Ciche i skryte. Nie widział ich, ale wyczuwał, że są blisko. Kiedy się poruszał najmniejszym dźwiękiem nie zakłócał harmonii lasu. Nie strzeliła żadna gałązka, nie zaszeleścił jeden liść. Nie wiedział czy idzie, leci, czy może pełznie. Zwyczajnie się poruszał, coraz dalej zagłębiając w las. W oddali także coś się poruszało, szło mu na spotkanie. Jednocześnie bał się tego spotkania i nie mógł się od niego powstrzymać. Ciszę lasu przerwał nagle potężny ryk. Przez ułamek sekundy widział smugę światła rozświetlającą otaczający go las. Rzucił się w gęstwinę.

Poderwał się, głęboko zaczerpując powietrze, niczym nurek, który po długim pobycie pod wodą łapie pierwszy dech. Wokół panował półmrok. Światło sączyło się przez otwarte drzwi.

Dzień doby, śpiący królewiczu – Jonah rozglądał się, nie do końca rozumiejąc, gdzie się znajduje. Serce waliło mu, jak oszalałe. Był w swoim pokoju, w nowym domu, a w drzwiach stał jego ojciec. Było coś jeszcze. Przypomniał sobie sen i w trzech krokach znalazł się przy szklanej ścianie. Za oknem panował mrok. Uważnie przeczesywał wzrokiem każdy widzialny zakątek lasu.

Oszałamiający widok, prawda? – Ojciec spytał, obserwując jego reakcję.

Miałem sen – te słowa przyszły mu łatwiej, aniżeli się spodziewał. Mark milczał przez chwilę, jakby nie rozumiejąc słów syna.

Postaraj się o tym nie myśleć – odpowiedział, tak jak robił to zawsze.

To nie jest takie proste – dotknął czoła wierzchem dłoni.

Chodź, mam coś, co ci w tym pomoże – ojciec zawołał znikając za drzwiami. Było to zupełnie, jakby czytał w jego myślach.

Mhm – mruknął, nadal wpatrując się w coraz mroczniejszy las. Przyszło mu na myśl, że może nadal tam jest i schowany za pniem obserwuje sam siebie. Delikatnie się otrząsnął. Wątpił, by ojciec mógł wymyślić coś, co mogło by mu teraz pomóc. Ten mężczyzna był absolutnie pozbawiony zdolności robienia niespodzianek i opowiadania dowcipów, najlepszy z których potrafił dokumentnie spalić. Wciąż jeszcze głęboko zamyślony, świadom ich obecności sprawnie wyminął pudła, opuszczając swój „pokój Edwarda”.

Cały dom tonął w blasku. Rodzice mieli w zwyczaju zapalać każde światło ich Nowojorskiego apartamentu i najwyraźniej zwyczaj ten im nie minął. Jonah tylko raz, kiedy był jeszcze mały, zapytał ojca, czemu pracując nad ekologicznymi technologiami sam marnuje tyle energii. Odpowiedź, którą wtedy usłyszał zaważyła na całym jego podejściu do ekologii i kilku pałach w dzienniku.

Oszczędzanie energii elektrycznej to absurd – odpowiedział mu wtedy ojciec. – Włączenie i wyłączenie żarówki powoduje większe zużycie energii, niż gdyby świeciła się przez kilkadziesiąt godzin. Zmniejsza ono też długość jej życia. Różne firmy pracują teraz nad żarówkami, które pobierając tyle samo energii będą mogły świecić setki, a nawet tysiące godzin.

Twoja też?

Moja nie. My szukamy takiej żarówki, którą będziesz mógł wyłączyć od razu, albo za sto lat, a zapłacisz za to tyle co za gałkę lodów porzeczkowych.

Nadal jednak zużywamy prąd. Nie lepiej zapalać jak najmniej świateł?

Nie. Widzisz Jonah, elektrownie są ogromne i wytwarzają ogromne ilości prądu, by nigdy ci go nie zabrało, ale ludzie nigdy nie nauczyli się przechowywać tego prądu, więc on płynie kablami i jeśli ktoś go nie wykorzysta, to on i tak się zmarnuje.

A to kolosalne ocieplenie?

Globalne ocieplenie – poprawił go ojciec. – Jedna żarówka nie znaczy nic. Jeśli jednak weźmiesz tyle żarówek ile jest ludzi na świecie i wszystkie je wyłączysz, to już będzie coś znaczyło. Ale jeśli wszyscy ci ludzie wyłączą swoje żarówki, a potem włączą je na powrót, to bardziej zaszkodzą ziemi, niż pomogli je gasząc, ale w skali Ziemi to nadal nic nie znaczy. Jeśli wyłączylibyśmy wszystkie elektrownie, wszystkie fabryki. Zgasili każdy z samochodów i żyli tak, jak Winnetou, to temperatura na całej Ziemi spadła by może o pół stopnia.

To mało.

To dużo, ale tak nie da się żyć. Ważny jest zdrowy rozsądek. Dzisiejsi ludzie nie potrafiliby żyć, jak Indianie. Nie możesz nic zrobić z globalnym ociepleniem i nie możesz zmusić ludzi, by coś zrobili, ale musisz pamiętać, że Ziemia nie może nam dawać w nieskończoność. Do życia potrzebujemy jedzenia, potrzebujemy wody, potrzebujemy powietrza. Jeśli nadal będziemy produkować tyle śmieci w końcu rzeki i jeziora wypełnią się chemikaliami, pola uprawne zostaną zasypane śmieciami, i Ziemia umrze, a my wraz z nią.

Kiedy Jonah powtórzył to swojej nauczycielce, jego rodzice pierwszy i ostatni raz zostali wezwani na spotkanie z dyrektorem. Kilka dni później Jonah poszedł już do innej szkoły, nie rozumiejąc, czemu nie może się dalej uczyć z kolegami. Będąc w szóstej klasie, w jednym z dzienników znalazł zdjęcie dyrektora swojej starej szkoły, który wraz z grupą aktywistów przykuł się do uschniętego drzewa.

Przypomniawszy sobie zdjęcie dyrektora Jonah odzyskał odrobinę więcej humoru i znacznie raźniej ruszył na poszukiwania rodziców. Dom był cichy i o ile rodzice nie ukrywali się właśnie w jakimś kącie, zamierzając krzyknąć: „Niespodzianka” z bliżej nieokreślonego jeszcze powodu, to najwyraźniej nie było ich wewnątrz. Nie widział ich również na oświetlonym trawniku za domem, wciśniętym pomiędzy szklaną ścianę budynku a pokrytą gęstwiną dolinę.

Nieźle się zapowiada” sarknął w myślach, wspinając się po krętych schodach. Myśl, że będzie chodził teraz po schodach po kilka, albo i kilkanaście razy dziennie z miejsca budziła w nim tęsknotę za windą, która zawodziła go wprost do ich apartamentu. Był pewien, że każdy arab bogaty na tyle, by pozwolić sobie na budowę „takiego” domu, musiał gdzieś w nim zamontować windę, która tylko czekała na odkrycie.

No chodź wreszcie – głowa ojca pojawiła się w drzwiach frontowych. – To ci się spodoba.

Bomba. Dokupiłeś porządne baterie i pokażesz, jak śmiga twój wózek golfo… O wow – wydusił z siebie, zobaczywszy, co stoi na podjeździe.

Tylko tyle? – zdziwiła się matka, nie doczekawszy się niczego więcej. – Żadnego ciętego komentarza? Tylko o wow? – matka najwyraźniej spodziewała się więcej po swoim synu. Ten jednak tylko stał patrząc na podjazd spojrzeniem, w którym szok łączył się z fascynacją. – Naprawdę? Nic więcej? Czuję się zawiedziona.

No dalej. Co myślisz? – Ojciec czysto przypadkowo przybrał pozę, będącą jakąś groteskową imitacją zachowań hostess z targów motoryzacyjnych w Detroit. Chłopak parsknął na ten widok.

Myślę… – Jonah zebrał się w sobie – że zarząd „iTech” nie byłby zachwycony, wiedząc, że ich nowy CEO na zachodnie wybrzeże, jeździ zaprzeczeniem ich wizji samochodu.

On wrócił – matka powiedziała niemal bezgłośnie, komentując przebudzenie syna.

Czyli mydelniczki?

No dokładnie.

Myślę, że możesz mieć rację. Na szczęście nic takiego nie robię – chłopak odruchowo złapał rzucony przez ojca przedmiot. – Ty nim jeździsz – w dłoni Jonah’a spoczywały kluczyki do wozu.

Nastolatek popatrzył na spoczywające w dłoni kluczyki, to na ojca i znów na kluczyki, nie wiedząc, czy właśnie dostał pierwszy w życiu samochód i to jaki samochód, czy może ojciec próbował być dowcipny. Z nadzieją spojrzał na matkę, która stojąc z boku najwyraźniej świetnie się bawiła. Ojciec mógł nie mieć poczucia humoru, ale ona miała go czasem aż zanadto.

To by było zbyt okrutne, nawet jak na mnie – powiedziała w końcu. – Jeśli sądziłeś, że będę cię co rano wozić do szkoły, to mocno się myliłeś.

Czyli łapówka?

Zadośćuczynienie. A teraz mógłbyś się wykazać wdzięcznością i kopsnąć po coś do jedzenia?

A co, telefony nie mają tutaj zasięgu?

Nie udało mi się znaleźć żadnej knajpy z chińszczyzną, która zechciałaby dowieźć tutaj zamówienie.

No coś ty, być nie może – zagrał skrajne niedowierzanie.

Nie mędrkuj – matka wyciągnęła w jego stronę banknot.

Ty mówisz poważnie?

Całkowicie. No jedź już – ponagliła.

Chłopak nie czuł się zbyt pewnie, mając zasiąść za kierownicą takiego potwora. Czuł respekt przed tym ogromnym samochodem. Doskonale wiedział jaka tkwi w nim moc i wolałby przetestować go na długiej i prostej autostradzie, nie krętych leśnych drogach. Delikatnym ruchem powiódł po muskularnej karoserii, chromowanych rurach i potężnych reflektorach. Wyglądało to jak obłaskawianie rumaka, do którego podchodzi się powoli, kładzie mu dłoń na chrapach, przytula się do pyska i gładzi potężną szyję, nim wreszcie spróbuje się go dosiąść.

Zabierasz się do tego, jak prawiczek do dziewczyny – matka krzyknęła, powodując opad szczęki u ojca.

Dotąd jeździłem tylko Priusem.

Możemy zamienić ci go na Priusa, jeśli masz cykora – W odpowiedzi na to, chłopak szybkim ruchem otworzył drzwi, w sekundzie znajdując się na fotelu kierowcy. „Jestem Jonaszem w brzuchu wieloryba” pomyślał. „I kieruję nim!” Przekręcił kluczyk. Wnętrze pojazdu rozświetliło się światłem płynącym z deski rozdzielczej wozu i przeróżnych przełączników. Samochód zamruczał z zadowoleniem, jakby od dawna czekał na tą chwilę, dość mając bezczynnego stania.

Restauracja, najbliższa – Jonah wydał polecenie nawigacji.

Texas Steak Bar, pięć mil. Samatha’s, osiem mil. Stan Lee East–West Dinning, trzynaście mil.

Stan Lee East–West Dinning, nawiguj.

Przeliczam trasę – kiedy przed kilku laty Apple wprowadzał Siri, nikt nie wierzył, że głosowa komunikacja z komputerem ma szansę choćby przetrwać na rynku. Dzisiaj każdy liczący się gracz branży IT posiadał taki produkt, a oprogramowanie dawno opuściło telefony i komputery znajdując zastosowanie w niemal każdym elektrycznym urządzeniu. Od telewizora, po kuchenkę mikrofalową. Sam, podobnie jak matka, wolała używać tradycyjnych komputerów i telefonów, twierdząc, że przy ilości SMS–ów, jakie pisze, żadna matryca smartphone’a nie wytrzyma nawet okresu gwarancji i wciąż psioczyła, że od lat używa tego samego modelu, bo producenci zapomnieli, o ludziach takich, jak ona. Jonah równie sprawnie posługiwał się klawiaturą, co ekranem dotykowym, ale znał dzieciaki, które były zaledwie kilka lat młodsze, a nie wyobrażały sobie, by miały komunikować się ze swoim gadżetem inaczej niż mową.

Oderwał przyklejoną do kierownicy kartkę z napisem „brama” i wcisnął znajdujący się pod nią klawisz. Stalowe płyty zaczęły zaskakująco szybko odsuwać się na bok, otwierając mu drogę ku dziczy. Przez chwilę przeleciała mu scena z otwierającymi się wrotami hangaru Blackbirda, którym latali X–meni.

NA, NA, NA, NA – zanucił znany temat z komików o Batmanie i wcisnął pedał gazu. Silnik ryknął, opony zapiszczały dymiąc, a wokół uniósł się swąd palonej gumy. Równie szybko, jak wcisnął gaz, teraz wciskał hamulec. Jeszcze odrobinę więcej siły i mógłby szorować piętami po asfalcie, jak Fred Flinston. Spojrzał w stronę domu, ale rodziców już nie było i nie musiał z nikim dzielić tej chwili upokorzenia. – Z całą pewnością nie jesteś Priusem – mruknął, delikatnie głaszcząc kierownicę. – Z całą pewnością – raz jeszcze musnął pedał gazu, potwór ponownie podniósł głos, tym razem nie był to jednak ryk potwora, a zachęcające warknięcie. Powoli ruszyli do przodu. Samochód i jego kierowca. Pogłaskać konia to jedno. Skłonić, by słuchał każdego polecenia, to zupełnie co innego.

RAM rwał się do przodu, raz po raz z niezadowoleniem powarkiwał, kiedy Jonah pilnował wskaźnika prędkości, by za bardzo nie przesadzić, na tej wąskiej drodze. Chłopak uczył się samochodu, a samochód uczył się jego. Krótka przejażdżka dojazdówką do ich domu była idealnym przykładem na to, jaki błąd popełnia policja karząc tych, którzy przekraczają prędkość, a nie tych, którzy stwarzają zagrożenie na drodze. Jonah do tego stopnia skupił się na pilnowaniu prędkości, że po raz kolejny musiał gwałtownie wciskać hamulec, gdy znalazł się u wylotu na główną drogę. Żwir, uschłe liście, igły, drobne gałązki i wszystko inne, co zebrało się na poboczu przez miesiące nieużytkowania drogi posypało się do przodu, spod zblokowanych kół samochodu. Zirytowany z impetem uderzył w ekran komputera, na którym migał napis „Mute”.

Skręć w lewo, skręć w lewo, skręć w lewo – kobiecy głos powtarzał natarczywie.

Weź pigułkę, weź pigułkę – sparodiował urządzenie cytatem rodem ze starej, zagranicznej komedii – Kierunek wschód, tam musi być jakaś cywilizacja – pick–up elegancko wytoczył się z bocznej drogi, by po chwili pomknąć już w stronę miasta. Wszystko wskazywało na to, że nie tylko jego kierowca ale i sam pojazd chcą powrócić do cywilizacji. Jonah napawał się tym, że niemal bezustannie zjeżdżali w dół, coraz niżej i niżej, a gęsty i wysoki las coraz częściej zastępowały żywopłoty i parkany, za którymi kryły się domy ludzi, którzy postanowili wydrzeć przyrodzie swój własny kawałek lasu, a potem się dziwili, że puma śpi na drzewie, albo niedźwiedź pływa w basenie za domem.

Podmiejska dzielnica, przez którą jechali z lotniska zmieniła się niemal nie do poznania, teraz znacznie bardziej przypominając niektóre z dzielnic Nowego Jorku. Całe życie wyległo na ulice. Dzieciaki jeździły na deskorolkach i rowerach, wcale nie zważając na ruch uliczny. Starsi rozmawiali w niewielkich grupkach, załatwiając swoje interesy i podejrzliwie przyglądając się sunącemu powoli Pick–upowi, czy aby nie jest to nowy wóz policji, wydziału antynarkotykowego, albo innej niechcianej w tym miejscu agendy, a z niektórych okien płynęły dźwięki głośnej muzyki zlewając się w nieznośną kakofonię dźwięków. Gdyby tylko jeszcze te kartonowe domy zamienić na ceglane kamienice, Jonah mógłby powiedzieć, że wrócił do domu. Wieczorne życie tej okolicy, odstraszając porządnych ludzi sprawiało, że czuł się tutaj lepiej, aniżeli w dzień. Przyglądając się trzem stojącym na chodniku dziewczynom, które dobrze mogły być prostytutkami, okolicznymi mieszkankami, jak i cheerleaderkami po godzinach – przy czym żadna z tych opcji nie wykluczała pozostałych – omal nie minął celu swojej podróży. Tym razem, natarczywy głos „pani nawigacji” sprowadził go na ziemię w samą porę.

Stan, zakładając swoją knajpę wykazał się niewyobrażalnym wprost geniuszem. Przynajmniej w mniemaniu chłopaka.

Każdy Nowojorczyk przyzwyczajony był do dwóch sposobów jedzenia na wynos. Zadzwoń i cierpliwie czekaj, aż ci je przywiozą, albo pójdź, zamów i cierpliwie stój czekając, aż ci je podadzą. Opcji trzeciej nie było. Kiedy więc nowicjusz w kwestii życia na przedmieściach, zobaczył tabliczkę z napisem „Drive In”, z miejsca wiedział, że będzie to jego ulubiony lokal. Rodziła się jedynie obawa, że może się to skończyć poważnym zaokrągleniem brzucha. Sprawnie wymanewrował wąskim przejazdem pomiędzy zaparkowanymi samochodami, a szeregiem wszelkiej maści jednośladów, począwszy od szpanerskich Vesp, poprzez sportowe motocykle z Japonii, amerykańskie choppery po wyczynowe motocykle do jazdy w terenie.

Siedząca w okienku dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie, przyjmując jego zamówienie „pewnie uśmiecha się tak do każdego. Taki ma obowiązek, czy coś” pomyślał, czekając aż pryszczaty chudzielec w drugim okienku poda mu jedzenie. Manager restauracji znał się na rzeczy. Do okienka, gdzie składało się zamówienia skierował ładną blondynkę, a skoro już i tak zapłaciłeś, to nie ma znaczenia, kto wyda ci jedzenie. Przez okno lokalu widział, że podobna zasada panuje w środku, gdzie zamówienia przyjmowały ładne dziewczyny w jednolitych kitelkach. „Ciekawe, gdzie trzyma tych brzydkich facetów. Może w kuchni.” Szybko otrząsnął się z tej myśli w obawie, że obrzydzi mu knajpkę. Kiedy więc wracał do domu, ponownie leśną drogą, myślał o ładnej blondynce w okienku, jako jednej z niewielu przyjemnych rzeczy, jakie spotkały go dzisiejszego dnia. Drugą był samochód, w którym pędził właśnie krętą drogą. Las nocą stał się jednolitą, czarną ścianą, jedynie na zakrętach oświetlaną reflektorami wozu, które i tak nie przebijały się na więcej aniżeli kilka metrów w głąb szpalerów drzew. Czuł się już znacznie pewniej i wierząc, że żaden policjant nie jest na tyle szalony, by w nocy włóczyć się po lesie, postanowił sprawdzić, na ile może sobie pozwolić autem. Opony delikatnie piszczały kiedy pokonywał kolejne zakręty, to najeżdżając na środkową linię, to sypiąc szutrem pobocza, kiedy ścinał je w poszukiwaniu lepszego toru jazdy. Lewy, prawy, znowu lewy, krótka prosta i znowu. Silnik ryczał, wściekle walcząc z grawitacją, kiedy droga nieustannie pięła się w górę. Gdy wypadł z kolejnego łuku, przed nim otworzyła się długa, wreszcie płaska prosta, na której mógł przycisnąć gaz do podłogi. Widział, jak z każdą sekundą zbliża się do zakrętu, jeszcze dwadzieścia metrów, dziesięć, pięć, tylko dwa, ostro skręcił kierownicę sypiąc szutrem pobocza, kiedy samochód wszedł w prawy zakręt. To był ułamek sekundy, jedno mgnienie oka, kiedy przed maską ukazała mu się szkarłatna postać. Odbił ostro kierownicę tracąc kontrolę nad autem, które gwałtownie zatańczyło i zamarło w poprzek drogi. Światła zgasły wraz ze zduszonym silnikiem. Serce waliło mu jak oszalałe, pomimo przechodzących go fal gorąca, czuł jak płynie po nim zimny pot. Siedział z pedałem hamulca wciśniętym w podłogę, sam nie wiedział, który to już raz tego dnia. Wyjrzał przez okno, ale na poboczu nic i nikogo nie było. Tylko ślady opon świadczyły o nagłym zdarzeniu sprzed kilku sekund. Był pewien, że nie uderzył w to coś, ale był też pewien, że było to absolutnie realne. Z każdą kolejną sekundą przepełniający go strach, zamiast opadać, narastał, a do świadomości przedzierał się coraz silniej obraz czerwonej, dwumetrowej zjawy, która zniknęła, ale może pojawić się ponownie. Guma z opon ponownie stopiła się z asfaltem, kiedy potężne, podwójne koła zakotłowały się w miejscu zmuszając stalowego potwora do dalszej jazdy.

Jonah kilka razy jeszcze spoglądał w lusterko, czy aby nie zobaczy na powrót tajemniczej zjawy i. Jechał teraz jeszcze szybciej, nie zważał na znaki, ostre zakręty i chylące się ku drodze drzewa. Pragnął jedynie jak najszybciej znaleźć się za stalową bramą i kamiennym murem. Już wiedział przed czym miały bronić swoich mieszkańców i z całą pewnością nie były to pumy. Droga dojazdową, którą musiał pokonywać ostatnie metry dzielące go od domu okazywała się być niezwykle szeroka i prosta, kiedy adrenalina pulsując wraz z krwią wyostrzała wszystkie zmysły.

Uspokoił się odrobinę dopiero, gdy usłyszał za sobą delikatny łoskot stalowych płyt zasuwającej się bramy. Był bezpieczny na oświetlonym lampami betonowym podjeździe.

Wysiadł z samochodu i z papierową torbą pełną potraw na sztywnych nogach ruszył w stronę domu. Nawet nie spojrzał, czy na samochodzie nie ma śladów krwi. Nie interesowało go, czy ojciec nie znajdzie zwłok zaczepionych gdzieś o samochód. Przeżył właśnie najgorszy dzień od lat, może najgorszy dzień w życiu i obawiał się, że to jeszcze nie koniec. Był cały czas rozkojarzony, kiedy schodził po krętych schodach i wolał, żeby rodzice nie zobaczyli go w tym stanie. Wątpił, by przyszły im do głowy tak dziwne myśli, jak narkotyki, ale prewencyjnie mogliby uziemić go w tym środku głuszy na dobre. Nie przyznanie się do potencjalnego zabicia czerwonej zjawy wydawało się lepszym rozwiązaniem.

Jedzenie jest na schodach – krzyknął, kładąc papierową torbę na najwyższym stopniu pierwszego piętra. Teraz dopiero zorientował się, jak ściśnięte miał gardło. Z jego ust zamiast normalnego, czystego głosu wydobył się charkot nałogowego palacza. – Ja nie będę jadł – dokończył odchrząknąwszy.

Coś się stało?

Nie. Idę spać

To nic, zapomnij o tym! – Matka zawołała, najwyraźniej uświadomiona przez ojca. Usłyszał jej kroki na schodach. Zamek kliknął, nie miał ochoty słuchać jej rad. Został sam w swoim pokoju Edwarda, z którego mógł widzieć tylko ciemny las za szklaną ścianą. Niestety, projektant nie pomyślał o wstawieniu żaluzji, albo rolety. Usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Zamknął się w łazience. Miał nadzieję, że długi prysznic otrzeźwi mu umysł.

Kiedy wrócił do swojego pokoju, matki nie było już pod drzwiami. Mógł spokojnie położyć się spać.

___________________________________________________________________________

Podobał wam się ten rozdział? Zapraszam do przeczytania kolejnego i pozostania z bohaterami na dłużej!

Jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach. Są one dla mnie bardzo ważne.
Koniecznie wpadnijcie także na mój profil Facebookowy. Link znajdziecie w Menu strony!

2 komentarze

  • LKA 4 października 2017jako21:26

    No tak lepiej dziękuję☺ To tak. Wilka zaczęłam czytać już dawno ale niestety nie dane mi było poznać tej historii w całości… Stąd moje pytanie: czy opublikujesz tu całą historię? Co do reszty opowiadań, przede mną jeszcze dwa dni nudnych popołudniówek w pracy to na pewno przeczytam i dam znać jak wrażenia😜pozdrawiam LKA☺

    • Kontynuator 10 października 2017jako07:49

      Wilk będzie się pojawiał do końca roku co tydzień we wtorki, a od stycznie ruszymy z „Dziewczyną w czerwieni” i będzie szansa by zapoznać się z dalszymi losami bohaterów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *