9. Kolejna noc, Kolejny sen.

21 listopada 2017

Las nigdy nie śpi. Kiedy w swych legowiskach skrywają się zwierzęta dnia, staje się on królestwem zupełnie innych stworzeń. Tajemniczych stworzeń. Niebezpiecznych stworzeń. Szedł powoli, ostrożnie stawiając stopy, by nie zaalarmować swoją obecnością żadnej z istot nocy. Mijał kolejne pnie wysokich sosen i dębów, które jakby usuwały się z jego drogi, wysoko ponad głową delikatnie szumiała mozaika złożona ze splecionych ze sobą gałązek pełnych igieł i liści.

Wiedział dokąd zmierza, nie chciał tam iść, lecz pchany niewidzialną siłą krok za krokiem zbliżał się ku spotkaniu. Spotkaniu którego się obawiał i pragnął uniknąć. Widział ją jak delikatnie gładziła każde z mijanych drzew. Jej czerwony, powłóczysty płaszcz lśnił w promieniach księżyca przedzierających się poprzez gęste sklepienie koron drzew. Rozglądała się, delikatnie przechylając głowę i nasłuchując. Drobna gałązka cicho strzeliła pod nieuważnymi stopami, alarmując ją. Odwróciła się i pewnym krokiem ruszyła w jego stronę. Na jej ustach gościł uśmiech, kiedy jednak podeszła bliżej, uśmiech zmienił się w wyraz szoku. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i nie była w swoich uczuciach sama. Stał przed nią niczym wmurowany, na chwilę zapomniawszy nawet o strachu. Nie była już tą nieokreśloną dziewczyną, którą spotykał w snach. Była tą, na którą patrzył dzisiaj z okna samochodu. Stała odziana w czerwony płaszcz. Długie kruczoczarne włosy delikatnymi falami spływały jej spod kaptura, a karminowe usta zastygły lekko rozchylone, kiedy wpatrywała się w niego czarnymi niczym węgle oczami. Spojrzał jej w oczy, odnajdując w ich głębinach swoje odbicie, nie było to już jednak odbicie nieznanego mężczyzny, o trudnej do odgarnięcia twarzy. W jej oczach widział siebie. Takiego, jakim co dzień widział się w lustrze. Odbijał się w nich. Delikatnie poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć.

Jechał Minivanem, wokół panowała noc. Przez lewe okno widział wiszący na niebie ogromny statek kosmiczny, którego macki zwisały ku ziemi. W jego stronę powoli sunęły ziemskie kanonierki, pozostawiając na niebie ogniste smugi wystrzeliwanych ku wrogowi pocisków. Długie macki zafalowały, posyłając w powietrze błękitne kule światła, każdą wielkością dorównującą kanonierce. Niebo na prawo od statku zapłonęło, na autostradę którą jechali posypały się dziesiątki odłamków. Zobaczył, jak pomalowany w barwy Malezja Airlines dziób potężnego pasażerskiego odrzutowca wbija się w asfalt kilkadziesiąt metrów przed nimi. Serce zamarło mu ze strachu przed nieuniknioną kolizją. Na pobocze spadło oderwane skrzydło. Minivan zatańczył na drodze i dachował. Jonah zobaczył przerażone miny podróżujących z nim przyjaciół, kiedy auto zgniatane było nieznaną siłą. Wszystko zamarło. Walka na niebie wciąż trwała, a on uciekał przez pola ku pobliskim zabudowaniom. Otworzył drewniane drzwi budynku.

Leżał na łóżku, w swoim pokoju. Świtało.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *