8. Nowa szkoła, stary Ja

14 listopada 2017

Poranek zastał Jonaha za kierownicą jego Pick-up’a. Chłopak wyjechał z domu ponad pół godziny wcześniej, aniżeli wymagała tego droga. Wolał nie ryzykować, że deszcz nagle postanowi przestać padać, a on będzie musiał pędzić na złamanie karku we mgle, po mokrej drodze pokrytej śliskimi liśćmi. To że jechał do liceum, w którym nikogo nie znał i raczej nie było większych szans żeby kogoś poznać, a tym bardziej polubić, nie stanowiło jeszcze powodu ku temu, by popełnić po drodze samobójstwo, roztrzaskując się we mgle na jakimś drzewie bądź skale. Był nastolatkiem, nie takie kryzysy i upokorzenia miał już w życiorysie.

Podczas wjeżdżania na szkolny parking naszła go nagła refleksja. Albo większość uczniów, tak jak on, postanowiło wyjechać wcześniej i bezpiecznie dotrzeć do szkoły, albo ci ludzie nie mieli absolutnie nic lepszego do roboty, jak siedzieć w budzie. Parking był niemal po brzegi zapełniony samochodami i odnalezienie miejsca wystarczająco szerokiego, by wcisnąć w nie swojego potwora, zajęło mu trochę czasu i przykuło o wiele więcej uwagi, aniżeliby tego pragnął.

Idąc ku budynkowi doznał jeszcze jednej refleksji, choć w tym wypadku właściwszym byłoby powiedzieć o obserwacji. Ubrawszy się, tak, jak powinien się ubrać człowiek cywilizowany i czego oczekiwałaby dyrekcja jego szkoły na Manhattanie, co z grubsza sprowadzało się do ubioru z imprezy w Rino, z tym małym wyjątkiem, że koszula zapięta była po szyję nie odsłaniając klaty, wyglądał tutaj jak ktoś z zupełnie innej bajki. Rozglądając się ukradkowo wątpił coraz bardziej, by ktokolwiek odpowiadał jego wyobrażeniu o osobie godnej zainteresowania. Otaczało go stado aspirujących raperów i gwiazdeczek pop. Ubrani byli w spodnie dresowe, których krok znajdował się gdzieś w okolicach kolan, wskazując wyraźnie na dawno nie opróżniane pieluchomajtki, oraz bluzy z naciągniętymi na głowy kapturami. Można by przyjąć, że przed drzwiami stoją reprezentanci szkoły w każdej możliwej dyscyplinie sportowej, gdyby nie fakt, że niemal żadna z bluz nie posiadała na sobie emblematu szkoły, a połowa ich nosicieli osiągała wagę małego słonia.

Pragnienie przemknięcia niezauważonym umarło śmiercią nagłą i bolesną. Oczy co najmniej połowy zebranych zwrócone były właśnie na niego.

Nie zamierzał jednak kulić się uciekając wzrokiem, nie było to w jego naturze. Wyprostowany, spokojnym krokiem szedł ku budynkowi, ze znudzeniem w oczach odpowiadając na spojrzenia uczniów. We wnętrzu poczuł się wreszcie swojsko. Ledwie minął drzwi, kiedy wpadł w kolejkę uczniów oczekujących przed bramką z wykrywaczem metali, standardowe wyposażenie wszystkich szkół w większych miastach w całym kraju. Pilnujący bramki strażnik długo oglądał podaną mu przez Jonaha kartę magnetyczną, która pierwszy raz logowała się do systemu. Wreszcie, ku zniecierpliwieniu zarówno chłopaka, jak i ludzi za nim, wykonał krótki telefon, po którym pozwolił mu przejść przez bramkę. Czujniki oczywiście zapiszczały, informując strażnika o metalowej sprzączce na pasku. Mężczyzna podszedł z ręcznym czujnikiem, a Jonah uśmiechnął się promiennie. Nie był to jednak uśmiech do strażnika, a wspomnienie pewnego incydentu z dnia, w którym zaczynał dziesiątą klasę.

W jego dawnej szkole bramki były wtedy obecne już od dobrych kilku lat i szkoła zdecydowała o ich wymianie. Pierwszy dzień szkoły był ich próbą ogniową i piszczały niemal co chwila. Jonah sam nie wiedział, czemu właściwie tego dnia nie poszedł od razu do swojej szafki. Gdyby to zrobił, minąłby go najciekawszy spektakl dnia. Zaraz za nim przez bramkę przechodziła dziewczyna, której nawet nie znał. Wyglądała na ósmą, albo dziewiątą klasę. Bramka oczywiście zapiszczała, zmuszając ją do zdjęcia paska, potem kolejno poszedł zegarek, bransoletka, pierścionki, kolczyki, a bramka nadal piszczała. Stary ochroniarz stał zdezorientowany. Wtedy wydarzyło się coś, co spowodowało, że ta historia została tak dobrze zapamiętana. Dziewczyna stanęła na palcach, szepcząc siwemu Timowi coś do ucha. Wszyscy zebrani widzieli, jak w miarę pojmowania tego, co właśnie usłyszał, Tim szeroko otwiera usta, oczy robią mu się wielkie jak spodki, a twarz przybiera kolor purpury. Trzęsącymi się rękoma wybrał numer, coś dukając w słuchawkę. Kolejne osoby przechodziły przez bramkę, a dziewczyna czekała, aż na korytarzu pojawiła się dyrektorka w towarzystwie szkolnej pedagog. Obie kobiety zabrały dziewczynę do ustronnego pokoju, gdzie sprawdziły jej rewelacje. Jak się okazało, by uczcić zdanie do wyższej klasy, dziewczyna zrobiła sobie kolczyk w pewnym miejscu, którego stary Tim mógł nie wiedzieć od lat. Bramka więcej z takiego powodu już nie zapiszczała.

Ochroniarz odwzajemnił uśmiech Jonaha, sądząc że ten przeznaczony jest dla niego i skierował chłopaka do sekretariatu po jego plan zajęć. Zabierając swoje rzeczy
z taśmy, Jonah pomyślał, że gdyby wnosił broń, zdążyłby wystrzelać wszystkich wokoło, nim ochroniarz wyjąłby paralizator trzymany w zapiętej na guziki kaburze.

Zmierzając do sekretariatu stwierdził, że w szkole są jednak i ludzie bardziej podobni do niego, a na dworze wpadł prawdopodobnie na grupę, którą na Manhattanie prześmiewczo określali „VIPami”. Wszędzie wokoło kręciły się osoby którym daleko było do obrazu kalifornijskich nastolatków, jaki kreowała telewizja. Pryszcze, niestaranny makijaż i łuszczący się lakier na paznokciach były czymś, czego telewizja nie pokazywała. Oczywiście wokół sporo było i osób, dla których szkoła stanowiła coś na wzór wybiegu na pokazie modelek, zwłaszcza że nie widzieli się ze znajomymi od ładnych paru dni, było ich jednak znacznie mniej niż się spodziewał.

W sekretariacie czekała na niego kobieta łudząco podobna do Blanche Hodel, sekretarki szkolnej z musicalu Grease.

– Dzień dobry – przywitał się, kiedy nadeszła wreszcie jego kolej przy wysokim kontuarze.

– Ach. Pan Jonah Wolf – sobowtór Blanche uśmiechnęła się na jego widok – nasz nowy nabytek, prosto z Wielkiego Jabłuszka. To są dokumenty, jakie musi pan wypełnić i oddać mi pod koniec dnia, tutaj ma pan swój plan lekcji i mapę, choć ta zazwyczaj przydaje się kobietom. Proszę także pamiętać, że nie gra pan w filmie i na dachu nie mamy basenu olimpijskiego, który mógłby przeciekać. Życzę miłej nauki. Siri, kochanie, zajmij się panem Wolfem. Następny proszę – Jonah został wyciągnięty z kolejki przez malutką dziewczynę o blond włosach przetkanych pasemkami w kolorze rudo czerwonym.

– Proszę za mną, Jonahu Wolf – powiedziała wysokim altem, wyrywając mu z rąk kwestionariusz osobowy. – Czeka nas mała wycieczka krajoznawcza. Jak zapewne widzisz znajdujemy się na parterze. Sekretariat masz zaznaczony na swojej mapce – pomachała w powietrzu kartką. – Pierwsze zajęcia będziesz miał z historii, tam cię mogę odprowadzić, bo obok mam trygonometrię, to jest na pierwszym piętrze, w tamtą stronę, ale najpierw idziemy do twojej szafki. – Siri, z jakiegoś powodu zaczęła mu się kojarzyć z małym chomikiem, który cały czas biega i gada i nie można go uspokoić nawet na krótką chwilę. Kiedy go prowadziła nieustannie machała rękoma to na lewo to na prawo, wymieniając kolejno mijane miejsca, co chwila kogoś pozdrawiając, albo wykrzykując coś niezrozumiale. Nim doszli do szafki wiedział już że Siri współprowadzi koło teatralne i należy do szkolnego samorządu. Udzielała się także w co najmniej tuzinie różnych organizacji, których i tak nie zapamiętał i należała do jakiejś „paczki”, której miała go później przedstawić. Nadal nie zdołał jednak się przedstawić, choć to nie było konieczne, skoro dziewczyna miała jego kwestionariusz osobowy i nie wiedział wciąż jednej rzeczy.

– Na serio? – Spytał, kiedy uciszyła się na chwilę, by nabrać powietrza.

– Co na serio?

– Na serio masz na imię Siri?

– A ty na serio masz na imię Jonah? – Przedrzeźniła go.

– Tak.

– To współczuję, bo ja nie. Jestem Simon Richards – podała mu dłoń z uśmiechem.

– Miło mi Simon.

– Siri. Simone jest kilka, Siri tylko jedna, a ty masz jakąś ksywkę? Jonah, Joe, Jo?

– Raczej nie – Z jakiegoś powodu nie chciał, by ktoś prócz Sam mówił do niego Jo, jeśli miałoby się to przyjąć.

– Coś jeszcze dla ciebie wymyślimy – powiedziała, przyglądając mu się spod zmrużonych powiek. – Jonahu Wolf. To jest twoja szafka – postukała pięścią w blaszane drzwiczki, obok których stała. – Na kartce masz szyfr, przeczytaj, zapamiętaj i zjedz kartkę, by nikt się nie dowiedział.

– Ty oczywiście już znasz ten szyfr – uśmiechnął się ironicznie.

– Jestem Siri. Wszystko zostaje zapamiętane. Wiem wszystko, o wszystkich i o wszystkim. Jeśli czegoś nie wiem, znaczy że nigdy się nie stało. Geniusz i przekleństwo zarazem. Zostawiaj swoje graty, za pięć minut zaczynasz zajęcia, a przed nami kawałek do przejścia.

Dzwonek rozpoczynający zajęcia złapał ich na schodach, dobre pół korytarza od klasy, a Siri okazała się na tyle pilną uczennicą, że zmusiła Jonaha do pokonania tego dystansu biegiem, choć wszyscy raczej leniwym spacerem zmierzali do swoich klas. Jonah nigdy nie był fanem szkoły. Bynajmniej nie znaczyło to, że się źle uczył czy tym bardziej wagarował, wprost przeciwnie. Gdyby nie fakt, że nie potrafił sobie odmówić żadnej imprezy można by pomyśleć, że jest kujonem. Chodzenie do szkoły Jonaha zwyczajnie nudziło. Znacznie więcej i znacznie szybciej potrafił się nauczyć w domu. Nauczyciele zamiast inspirować, zanudzali go na śmierć, tak że z większości przedmiotów brał kursy zaawansowane, byle tylko skończyć je jak najszybciej. Wyjątkiem była biologia z Esmeraldą Gonzales, piękną latynoską, która dopiero co skończyła studia. Chciał chodzić na jej zajęcia jak najdłużej i teraz miało mu się to odbić czkawką.

– Co ci się stało Jonahu Wolf? – Siri spytała z niepokojem w głosie, kiedy wpadli na siebie w przerwie obiadowej.

– Jenkins – odpowiedział jej, powoli otrząsając się z otępienia spowodowanego zajęciami ze starym profesorem biologi.

– Ojojoj, a taki śliczny był z ciebie chłopak – zacmokała z politowaniem, głaszcząc go po głowie. Stanowczo zbyt wiele sobie pozwalała! – Może pozamieniaj sobie coś w zajęciachi ucieknij z tego padołu łez i rozpaczy zwanego jego klasą?

– Nie da rady.

– No trudno. O! Paul! – Zamachała podskakując energicznie, na widok chłopaka, którego można było opisać zdaniem: Ulizany frajer w okularkach. – To jest Jonah Wolf, a to jest Paul. Wydawca szkolnej gazetki i szef paczki.

– Kolesie czy laski? – Paul zapytał na przywitanie.

– Eeee, laski? – odparł, podając rękę i nie wiedząc, czy dobrze czyni.

– No to Terrence będzie załamany. Ucieka mu kolejna przystojna okazja.

– Dziewczyny za to nie będą miały powodu do narzekania.

– Koniecznie musisz poznać Sally i Re…

– Jonah, prawda? – Omal nie wpadł na dorównującą mu wzrostem blondynkę.

– Aha – odpowiedział, wzrokiem mierząc jej nogi, które zdawały się nie kończyć, okryte jedynie przykrótką miniówką w szkolnych barwach. – Jonah Wolf – przedstawił się składniej, patrząc dziewczynie tym razem w oczy.

– Ashley, Ashley Spencer – z uśmiechem uścisnęła mu dłoń, wyraźnie zadowolona z wrażenia, jakie na nim wywołała.

– Ash jest kapitanem naszych Cheerleaderek – Siri uzupełniła szybko wiedzę Jonaha.

– Ashley, Simone – poprawiła ją cheerleaderka. – Ja go teraz przejmę – wcisnęła się Jonahowi pod ramię, delikatnie odsuwając go od Paula i Siri. – Zapraszam Jonah, poznasz szkołę. Prawdziwą szkołę. – Uściśliła, mierząc jego dotychczasowych towarzyszy spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Nim się zorientował, już prowadziła go, uwieszona jego ramienia. To niesamowite, jaką zdolność do uwieszania się czyjegoś ramienia i nadal wyglądania w pełni wdzięcznie posiadały cheerleaderki, podczas gdy większość dziewczyn wyglądała w takiej chwili jak, daleko nie szukając, przyczepka przy motocyklu. Niby to część, może nawet istotna część, ale jakby jej nie było to wygląd byłby lepszy, a i nikt prócz motocykla by po tej stracie nie płakał.

Korytarzami Redwood High bezustannie krążyło blisko trzy tysiące uczniów, tworząc tłum dający przyjemne poczucie anonimowości. Poczucie z którego Jonah został brutalnie obdarty, kiedy przykleiła się do niego seksowna cheerleaderka. Nic tak nie ściąga uwagi, jak cheerleaderka w swoim kostiumie. Nie chodziło o to, że Jonah miał coś przeciwko towarzystwu cheerleaderek, albo pozostawaniu w centrum uwagi. Wprost przeciwnie. W Nowym Jorku zawsze kręcił się w otoczeniu ładnych dziewczyn i nie raz różnymi wybrykami ściągał na siebie powszechną uwagę. Pierwszego dnia w nowej szkole wolałby jednak z boku poobserwować kto jest kim i z kim trzyma, aniżeli być wciąganym do ligi, z której można było już tylko spaść.

– Czołem wszyscy – Ashley zawołała sadzając Jonaha koło siebie, przy długim stole w samym końcu stołówki. – To jest Jonah Wolf, nowy, cenny nabytek naszej szkoły, a to są pozostałe członkinie naszego zespołu cheerleaderek, który pod moim przywództwem wspiera w każdy możliwy i pożądany sposób naszych dzielnych chłopców.

– Obiecałaś zadzwonić – Jonah przerwał Ashley, wpatrując się w ładną blondynkę.

– Odniosłam wrażenie, że nie masz czasu, bo ktoś zajmuje się twoim potworem – Jonah wybuchnął urwanym śmiechem, słysząc bezczelną odpowiedź.

– Znacie się? – Ashley zmierzyła oboje wzrokiem.

– Meggy wystawiła mnie do wiatru.

– Byłeś w dobrych rękach.

– To była tylko jedna studentka! Obiecałaś zadzwonić, to trzeba było zadzwonić.

– Ty też mogłeś zadzwonić – wzruszyła ramionami.

– Ja nigdy nie dzwonię – w jego głosie zabrzmiało tak autentyczne oburzenie, że sam w nie uwierzył.

– Twój błąd.

– W każdym razie – Ashley wychyliła się, by rozdzielić dyskutujących. – Skoro Meggy już znasz, poznaj pozostałe dziewczyny z zespołu – Jonah nawet nie starał się zaprzątać sobie głowy zapamiętywaniem imion dziewczyn, które i tak podobne były do siebie niczym dwie krople wody, będąc chodzącym dowodem na istnienie „efektu cheerleaderki”. Tym na co zwrócił uwagę i bardzo go to rozbawiło, był strój w jakim Ashley go powitała. Żadna inna z dziewczyn nie miała na sobie mundurku. Oczywistym się stało, że miał on być wabikiem, gdyby Jonah nie chciał pójść z własnej woli.

Kiedy wreszcie Ashley przeszła do przedstawiania chłopaków w szkolnych kurtkach, zmusił się do poświęcenia im większej uwagi. Niezależnie czy było się na wschodnim, czy zachodnim wybrzeżu, reprezentantów szkoły zawsze dobrze było znać – To Rufus, Bernard, Daniel, John i Gabe – przesuwała dłonią po chłopakach. – Gabe jest naszym kapitanem – Zasady były proste. Byłeś w szkolnej drużynie, byłeś na szczycie. Byłeś jej kapitanem, mogłeś chodzić
z kapitan cheerleaderek i mogli mówić do ciebie królu. To ty decydowałeś o tym, co za chwilę, za dzień, tydzień czy miesiąc spotka każdego chłopaka w szkole. W tym Jonaha.

– Więc – Gabe zaczął, przyglądając mu się wzrokiem sędziego Sądu Ostatecznego. – Grałeś w drużynie?

– Pewnie. Byłem nawet jej kapitanem – Jonah zaśmiał się gardłowo. – Nie widać?

– Ani trochę – Gabe groźnie zmarszczył brwi.

– No właśnie – wzruszył ramionami, obserwując, jak na twarzach pozostałych sportowców zaczyna malować się niechęć ku dalszemu pozostawaniu w jego towarzystwie. Spokojnie żuł hamburgera, obserwując nowych towarzyszy. Zawsze grał w pierwszej lidze, ale głównie ze względu na głupie pomysły i kasę, nigdy ze względu na bycie jednym z zawodników. Teraz znalazł się w obcej szkole, w towarzystwie cheerleaderek i mięśniaków. Wyglądało na to, że nikt spoza drużyny nie gra tutaj w pierwszej lidze, przeczuwał więc rychłą degradację z tego towarzystwa. To pojawiło się jak nagłe olśnienie, bo czemu właściwie by im nie powiedzieć. – Prywatnie trenuję Aikido.

– A co to takiego? – Kapitan rzucił dość lekceważąco.

– To takie Kung-fu – wyrwało się jednej z cheerleaderek nim zamilkła pod spojrzeniem Ashley.

– Dobry w tym jesteś?

– Nie wiem – Jonah ponownie niedbale wzruszył ramionami, myśląc o czwartym danie, jaki niedawno otrzymał. Sam wciąż dzierżyła szósty i mogła go pokonać, kiedy tylko chciała. Tak przynajmniej mu się wydawało. – Możemy sprawdzić, jeśli chcesz, ale załóż ochraniacze, to bolesny sport – pomasował sobie bark, który wciąż pamiętał ostatnie zawody.

– Taki jesteś cwany, że próbujesz mnie straszyć? – Kapitan był coraz bardziej poirytowany tak lekceważącym stosunkiem do jego osoby. Pozostałym zawodnikom mocniej napinały się mięśnie.

– Ale skąd – uważnie obserwował zachowanie graczy. – Choć może jednak… Albo nie. Jednak nie – wzruszył ramionami, wracając do swojego lunchu. Wzruszanie ramionami zaczynało mu wchodzić w nawyk.

– Może kiedyś to sprawdzimy – kapitan warknął przez zęby. Mięśnie pozostałych ponownie się rozluźniły. Jonah nie odpowiedział.

– Więc, Jonah – poczuł, jak Ashley przysuwa się o kilka centymetrów. – Co cię sprowadziło do nas?

– Ojciec uznał, że Nowy Jork poradzi sobie beze mnie.

– I od razu sprowadziliście się do domu po Mohamedzie Al’Hazamie? – Najwyraźniej mieli lepszy wywiad niż mógł się spodziewać. Musieli dobrać się do jego akt albo tablicy rejestracyjnej. Obie wersje wydawały się równie realne.

– To tak się nazywał? Ja określam go jako agenta Al-Kaidy – spojrzeli na niego skonsternowani. – No co? Nikt nie buduje takiego domu w środku lasu.

– Okolica nie przypadła ci do gustu?

– Szczerze – powiódł po nich przymrużonym wzrokiem – wszystko bym oddał za apartament w jakimś wieżowcu, z nieustannym warkotem silników i cudownym zapachem spalin – zakończył z przyciszonym głosem, puentując całą wypowiedź rozmarzoną miną. – Żeby choć ten Arab pomyślał o basenie do robienia imprez.

– Lubisz imprezy przy basenie? – zapytała jedna
z cheerleaderek. Może była to Betty, a może Mimmy, nie miał pewności.

– A ty nie lubisz?

– No to jedna minęła cię w sylwestra, ale na następną jesteś zaproszony – Ashley powiedziała z pełnym przekonaniem. ‚Czyli zdałem jakiś pokręcony test’ pomyślał.

– Dzięki. Meggy? – Wychylił się z powrotem do blondynki. – A ty lubisz imprezy na basenie? – Dziewczyna siedziała z zaciętą miną. Chyba nie była zadowolona z przyjęcia go do towarzystwa.

– Czyżby studentka bała się wody?

– Nie, ale zawsze mogłabyś powiedzieć, że nie dzwonisz, bo utopiłaś telefon.

– Zarozumiały dupek – warknęła, wstając ze wściekłą miną.

– Uh. Gorąca jest – powiedział, patrząc w ślad za odchodzącą Meggy. – Ma chłopaka? – Spytał bez ogródek.

– Nie – Dziewczyny odpowiedziały jednocześnie.

– Hmmm. Ok, a ta Siri i jej paczka?

– Och, to nie jest jej paczka, tylko Paula, tego od gazetki szkolnej – z jakiegoś powodu reszta dziewczyn zachichotała, kiedy Ashley powiedziała o Paulu. – Czasami bywają przydatni, ale nic ponadto – zrozumiał sygnał. „Nie są trędowaci, ale kontakty towarzyskie nie są mile widziane.”

– Ok, łapię. O kimś jeszcze powinienem wiedzieć?

– Każdy w szkolnej kurtce jest dobrze widziany. Trzymaj się z dala od tamtych – wskazała na grupę metali. – Brudasy to tylko masa kłopotów. No i mamy szkolnych frajerów – nawet nie spojrzała na grupę chłopaków i dziewczyn, którzy właśnie rozkładali jakieś karty, z tej odległości nie mógł rozpoznać, jakie. – Oni ciągle tylko gadają o swoich grach i nie wiem, czy wiedzą co to dziewczyna.

– Świetnie znają się na komputerach, ale nie są tacy, jak ty – dodała Betty, teraz był już pewien, że to Betty. Czyli czym się zajmuje ojciec już też wygrzebali. Ach te smartphony z dostępem do internetu, a przecież logo iTech przy tablicy mogło góra pięć na pięć centymetrów. Lekko pokręcił głową z rezygnacją. Więc zaproszono go w pierwszej kolejności, bo był dziany. No może inaczej. Jakby był dziany i wyglądał jak Paul, raczej by nawet na niego nie spojrzeli. No, chyba że „byłby przydatny”. Kiedy z pozostałymi atletami opuszczał stołówkę, odprowadził go wzrok Siri, w którym żal łączył się z zawiścią. Widać jej nigdy nie zaproponowali miejsca przy swoim stoliku.

Po przerwie przyszła jego pora na trygonometrię i niemal od razu zrozumiał, czemu Siri tak śpieszyła się na zajęcia pana Stevensona o poranku.

– Dzwonek był trzydzieści sekund temu, panie Wolf – nauczyciel przywitał go od progu. – Za następne takie spóźnienie poniesie pan stosowne konsekwencje. Może inni nauczyciele dali panu złudne wrażenie, że w tej szkole można robić co się chce, lub też w Nowym Jorku nie panują żadne zasady, ale ja wejść sobie na głowę nie pozwolę. Niech pan tak nie stoi, tylko zajmuje swoje miejsce. Nie, nie tam. Tutaj – wskazał miejsce w trzeciej ławce, naprzeciw katedry. Jonah nie miał nawet okazji spytać skąd Stevenson wiedział kim jest i jak się nazywa, ani czy coś go ostatnio ugryzło w tyłek. – Niech pan sobie też nie myśli, że obowiązuje pana jakiś okres ochronny.

Jonah sobie nie myślał i faktycznie, okres taki go nie obowiązywał. W ciągu pierwszych piętnastu minut posypały się cztery pały, a do końca zajęć miało być ich już sześć, sam Jonah był zaś pytany trzy razy. Na jego szczęście w Nowym Jorku był na matematyce zaawansowanej, a pochodzenie właściwie skazywało go na posiadanie umysłu ścisłego, więc wszelkie ataki pana Stevensona odpierał bez zająknięcia
i wahania.

Co za szczęście, że będzie musiał męczyć się z tym człowiekiem tylko jeden semestr. Gdyby miało to trwać dłużej, prawdopodobnie zabiłby siebie, albo jego. Z drugiej strony, nie raz już myśli takie chodziły mu po głowie.

Kiedy o poranku jechał do szkoły jego nastrój oscylował pomiędzy fatalnym, a minorowym. Chłopak z innego miasta, pojawia się w połowie roku i to na ostatni semestr nauki. Same minusy sytuacji. Na dodatek nie udało mu się wejść do szkoły niewidzialnym. Koniec końców, okazało się, że cała seria niefortunnych zrządzeń losu, zaczynających się od wjazdu rzucającym się w oczy autem na parking, obróciła się bardzo na jego korzyść.

Wnętrze jego auta było ciepłe, suche i wciąż pachnące nowością, tak odmienne od świata zewnętrznego. Na parkingu stała już kolejka aut oczekujących na wyjazd, do której powoli dołączały kolejne pojazdy, Jonah włączył bieg i świadom swych rozmiarów spokojnie czekał na swoją kolej, nigdzie się nie śpiesząc i nie chcąc wprowadzać chaosu. Krótki sygnał klaksonu, poinformował go, że jest wpuszczany przez uprzejmego użytkownika Rabbita. Jednak są mili ludzie na tym świecie i to nawet w liceum. Im bliżej znajdowali się wyjazdu z parkingu, tym kolejka aut poruszała się sprawniej. Zadowolony, że wreszcie opuszcza szkołę, Jonah włączył kierunkowskaz, Pic-Up ryknął, podrywając się do jazdy i zamarł. Za sobą usłyszał przeciągłe trąbienie uprzejmego Rabbita, który omal nie wjechał mu w kufer. Jonah nie zwracał na to uwagi, wpatrywał się w postać zaledwie pięć metrów od swojego auta, całą odzianą w krwistoczerwony płaszcz. Odwróciła się, słysząc klakson. Kosmyki kruczoczarnych włosów wypadły spod głębokiego kaptura, on wpatrywał się w nią, a ona w niego. Przez ten ułamek sekundy cały świat jakby zamarł, kolejny klakson przywrócił go do rzeczywistości. Przepraszająco machnął ręką, wyjeżdżając na ulicę. Dziewczyna w czerwieni poszła na przystanek, obserwował ją w lusterku, nie spojrzała na niego już ani razu.

– Jak tam pierwszy dzień w szkole? – Matka zwyczajem wszystkich matek świata, pragnęła usłyszeć relację z pierwszego dnia szkoły.

– Dobrze! – Odkrzyknął poprzez piętra.

– Aż tak kiepsko? – Nie chciała dać się zwieść synowi, lub chciała pokazać, że jej zależy.

– Nie. Poważnie było w porządku – wszedł do kuchni, zgarniając jabłko ze stojącej przy schodach misy. – No nie patrz tak, serio mówię – Matka oderwała się od swoich komputerów, z założonymi rękoma przyglądając się synowi, który z zapałem gryzł twarde i soczyste jabłko. – Nauczyciele są do bani. No może oprócz Gwen, nauczycielki historii.

– Jakaś fajna dupa? – Matka starała się mówić językiem młodych.

– Mamo – jęknął. – Mogłaby być moją prababcią – Matka zrobiła nieme och. – Większość rzeczy o których mówi, prawdopodobnie widziała na własne oczy, ale jest super. Reszta – wydał niekulturalny dźwięk powietrza wypuszczanego
z balonu, kierując kciuk ku ziemi.

– Ssie?

– Mamo! – Wykrzyknął zdegustowany. – Oglądałaś filmy dla nastolatków zamiast pracować, czy co?

– Tak mi się powiedziało. Uczniowie są w porządku?

– Ci których poznałem ujdą. Może być nawet zabawnie, ale muszę się wkręcić do jakiejś reprezentacji sportowej.

– Kim jest ta szczęściara?

– Nie ma żadnej szczęściary.

– Jonah, ja też byłam w twoim wieku, nie urodziłam cię wczoraj i nie od dziś chodzisz do szkoły. Kim ona jest?

– Zespół Cheerleaderek zaprosił mnie do swojego towarzystwa – matka zagwizdała przeciągle.

– Bierz je tygrysie – rozmowa była najwyraźniej skończona, gdyż kobieta powróciła do swojej pracy na komputerze. „Bierz je tygrysie” chłopak z niedowierzaniem pokręcił głową. Na jego twarzy zagościł jednak uśmiech.

Stał w szeroko otwartym oknie pokoju, wsłuchując się w otaczający las i rozmyślając o minionym dniu. To był naprawdę dobry dzień. Lepszy aniżeli się tego po nim spodziewał. Pomijając uknuty przez siostrę wypad do Reno, był to najlepszy dzień od kiedy tutaj trafił. Po raz pierwszy pomyślał, że być może znalazł się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, że to może być jego miejsce i jego czas.

Kiedy wiele lat później wracał pamięcią do tamtego dnia, jego myśli nie szybowały bynajmniej ku przykrótkiej spódniczce Ash. Był za starym licealistą, by nabrać się na takie sztuczki. Jego myśli nie krążyły też wokół wyrazu na twarzach Siri i Paula, którzy chcieliby go mieć przy swoim stoliku. Raz po raz wracał pamięcią do obrazu odzianej w czerwień dziewczyny, którą ujrzał przez szybę swego samochodu. Czerwień jej szaty wypaliła się głębokim piętnem na jego pamięci i wątpił, by kiedykolwiek miał ją zapomnieć. To od niej zaczął się ten przedziwny ciąg zdarzeń, przez który jego życie stanęło na głowie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *