7. Czas rozstania

7 listopada 2017

Mrugnął. Nadal był w swoim pokoju, a ten wyglądał dokładnie tak, jak przed sekundą, kiedy wyprosił z niego czerwoną zjawę, małą dziewczynkę, która mogła mieć nie więcej niż osiem lat. Walnął pięściami w materac. Po raz pierwszy od kiedy pamiętał, chętnie wróciłby do porzuconego snu, ale był tak wściekły na jego zakończenie, że nie wyobrażał sobie, by mógł teraz na powrót usnąć. Zeskoczył z łóżka i złorzecząc pod nosem zaczął się przeciągać.

Dom był ciemny, cichy i pusty. Jedynie stojąca na trawniku choinka oświetlała wnętrze blaskiem migoczących delikatnie lampek. Od kiedy Sam dopięła swego przyozdabiając świąteczne drzewko, rodzice zaczęli wyłączać na noc światła w całym domu. Szedł wsłuchując się w odgłos swoich stóp stawianych na drewnianych stopniach. Po latach świecenia światła w ich apartamencie w mieście które nigdy nie śpi, prawie zapomniał jak wygląda poruszanie się po ciemku. Na dodatek poruszał się po niemal nie znanym domu. Skutek był taki, że uderzył bosą stopą o metalową nogę stołu. Z oczu popłynęły mu łzy, kiedy z całych sił zaciskał szczęki, by powstrzymać się od okrzyku bólu promieniującego na całe ciało. Wściekły na siebie, że nie wziął telefonu, którym mógłby oświetlić sobie drogę i na siostrę, która wymyśliła choinkę przez którą zgaszono światła, pokuśtykał do kuchennego zlewu. Poczuł tępy ból u nasady nosa, a w uszach mu zaszumiało, kiedy duszkiem wypijał szklankę lodowato zimnej wody.

– Znowu kiepskie sny? – odezwała się, wychodząc z ciemnego kąta kuchni. Ona również trzymała szklankę w dłoni.

– Nie – siostra patrzyła na niego uważnie. – Sen był świetny, dopóki ta gówniara w czerwonym nie władowała się w środek akcji – trzasnął swoją szklanką o blat.

– To teraz jest już gówniarą?

– Tak. Małą gówniarą w czerwieni, która łazi za mną – teraz dopiero w pełni odczuwał wściekłość, jaka zrodziła się w nim już po pierwszym śnie, a swą siłę wyjawiła tej właśnie nocy.

– Chodzi mi o to, że już się jej nie boisz.

– Jak jeszcze raz właduje mi się do takiego snu, to wyśnię sobie granatnik – Sam zaśmiała się bezgłośnie. – Idę spać, może jeszcze mam szansę… – mruknął już spokojniej.

– Słodkich granatników, braciszku.

– Sam – odwrócił się wpół drogi do schodów. – Co ty tutaj robisz?

– Piję mleko. Dobranoc – pomachała mu delikatnie.

Oczywiście nie miał nawet co marzyć o zaśnięciu, a co dopiero mówić wyśnieniu dalszej części snu z Suzzy w roli głównej. Tłukąc się w pościeli przypominał sobie ich powrót do domu.

– O proszę – Sam siedziała na masce jego wozu, wesoło machając nogami. – Rano bałam się, że mnie zostawiłeś. Nigdzie nie mogłam cię znaleźć, ale samochód stał więc… – rozłożyła ręce w geście bezradności.

– Szukałem swoich ubrań – targał swoje i tak rozczochrane włosy.

– Jak widzę bezskutecznie – Jonah stał na podjeździe w samych bokserkach, rano nie mogąc znaleźć nawet spodni. – Na twoim miejscu cieszyłabym się, że przynajmniej gatki ci zostawiły. Je też mogły sobie na pamiątkę zatrzymać.

– Tak, ale telefon mogłyby mi zostawić i złaź z maski, bo porysujesz – warknął, coraz silniej odczuwając chłód poranka..

– Następnym razem przywiąż go sobie do dzwoneczka – Sam zeskoczyła z maski, wyjmując telefon z kieszeni. – Wracamy, czy masz zamiar zaliczyć jeszcze jedną rundę?

– Skoro już uratowałaś telefon, mogłaś i ciuchy. Poproszę kluczyki – wyciągnął dłoń w jej stronę.

– O nie, nie, nie. Pan pił i jest boso. Ja prowadzę.

– Bo ty może nie piłaś – Jonah nie cofnął ręki.

– Ani kropelki, a telefon miałeś w samochodzie, gapo. No, wsiadaj już – popędziła go, zajmując fotel kierowcy.

– Wiesz, miałaś rację.

– W czym konkretnie?

– Studentki wcale nie są mądrzejsze, a przynajmniej dwie nie są.

– Kim jesteś i co zrobiłeś z moim bratem? – Zahamowała o centymetry od śmietnika, patrząc na niego wzrokiem w którym tańczyły ogniki.

– Okazało się, że wystarczy się rozebrać i ociekać wodą. – wzruszył ramionami. Jeszcze przez dobrych kilka kilometrów Sam uśmiechała się pokątnie, kiedy w myślach odtwarzał noc spędzoną z Suzzy i Vanessą, która widząc ich w oknie postanowiła się przyłączyć.

– Sam? Gdzie byłaś przez prawie całą noc? – Spytał kiedy wjechali na autostradę.

– Nie noc, tylko wieczór, bo noc to spędziłeś z dala od imprezy – odpowiedziała wymijająco.

– No to gdzie byłaś w wieczór?

– Pilnowałam, by braciszek nie stracił telefonu, kiedy tylko dziewczyny były mu w głowie i na litość boską ubierz się, bo nie mam ochoty patrzeć, jak myślisz o dziewczynach – Jonah faktycznie przypomniał sobie właśnie wczorajszą imprezę, więc czym prędzej założył pozostawione w samochodzie ciuchy w których opuszczał dom, by zwiedzać San Francisco. W ciszy błogosławił fakt, że Sam kazała mu się przebrać, kiedy jechali w tamtą stronę.

Większość drogi powrotnej pozostawał w półśnie spowodowanym wybuchową mieszanką bezsennej nocy, połączonej z wysiłkiem fizycznym i zaledwie odrobiną alkoholu. Delikatnie szumiało mu w uszach i cały świat był tak niezwykle jasny i ciepły, wszystko dostrzegał z niespotykaną wprost wyrazistością, żaden, najmniejszy nawet szczegół nie mógł umknąć jego uwadze. Obraz, dźwięk, zapach, faktura materiału pod dłonią. Odbierał je wszystkie tak wyraźnie jak nigdy przedtem, nawet dotyk nieruchomego powietrza na jego twarzy stał się czymś namacalnym, a jednocześnie uważał to za w pełni naturalne. Z uśmiechem błądzącym na ustach wpatrywał się w zmieniające się krajobrazy i prowadzącą auto siostrę. Sam czasem uśmiechała się do niego, naigrawając że dzielnie przetrwał noc, a usypia w samochodzie jak małe dziecko. Czasami, gdy udawało mu się spojrzeć nie zwracając na siebie uwagi, widział zupełnie inną Sam. Widział Samanthę, albo Ess, którąkolwiek z nich wtedy była. Spokojną, rozważną, w pełni skupioną na tym co robi, ale przede wszystkim pozbawioną tego błysku w oku, który widział na co dzień.

W tej właśnie chwili, leżąc w półprzytomnym wspomnieniu odkrył, że dzisiejszej nocy w oku Sam też brakowało mu tego błysku.

Od powrotu z Reno robił wszystko, byle tylko jak najmniej czasu spędzać z rodzicami, a szczególnie matką, która wprowadzała w domu bardzo gęstą i grożącą eksplozją atmosferę. Ojciec był zachwycony ich eskapadą, po raz kolejny wspominając z rozrzewnieniem, jak przez przypadek podpalił wieżę ciśnień kiedy był w ich wieku i powtarzał, że stać ich było nawet na coś większego i nie zdziwiłby się, jakby imprezując wysadzili tamę Hoovera. Nie przysporzyło mu to sympatii ze strony matki, która zaczęła się zachowywać niczym zapędzony w róg i otoczony dziki tygrys, który tylko czyha by odzyskać wolność, choćby miało to oznaczać morze trupów.

Sam była tak poirytowana panującą w domu atmosferą i warczeniem matki, że spędzała ze swoim bratem jeszcze więcej czasu niż przedtem, co oznaczało że właściwie nie odstępowała go nawet na chwilę. Nie zmuszała go już do ciągłych medytacji, twierdząc że wystarczająco dostaje w kość od matki. Zamiast tego, całe godziny leżeli na podłodze oglądając dziesiątki filmów, grając w szachy i nabijając się z grających w karcianki frajerów na imprezie.

W niewielkim królestwie Jonaha mieli wszystko co było im potrzebne do przetrwania apokalipsy zombie, wliczając w to mikrofalówkę i lodówkę pełną mrożonej pizzy i coli.

Teraz to Jonah namawiał ją do wieczornych medytacji, w które wkładał całe swoje serce, a ona przyglądała mu się z wielką uwagą i troską.

Jej mały braciszek się zmieniał i niewiele miało to wspólnego z dorastaniem. Co gorsza, zdawał się tych zmian nie zauważać. Przygryzła wargi.

Hala odlotów po brzegi wypełniona była ludźmi czekającymi na swój samolot. Jonah stał ze skwaszoną miną. Spędził z siostrą więcej czasu, wspaniałego czasu, niż przez kilka ostatnich lat, a jednocześnie czuł ogromny niedosyt. Sam też nie odezwała się słowem, od wyjścia z domu.

– Dziękuję – przerwał wreszcie milczenie.

– Za co?

– Przyjechałaś.

– A co, miałam pozwolić żebyś płakał w poduszeczkę? Nawet misia nie masz, mały braciszku – nawet się nie uśmiechnął. – To ostatnie takie święta – ciągnęła. – Za rok już się tak nie spotkamy. Nie we czwórkę – Jonah spojrzał na nią zszokowany.- Nie powiesz mi, że tobie też nie przeszło to przez myśl – miała rację, już od Święta Dziękczynienia zastanawiał się, jak święta będą wyglądały za rok, ale wtedy MIT, na który się wybierał, był o rzut kamieniem od domu. – Idziesz na studia i uwierz mi, że będziesz się mocno zastanawiał, czy przyjechać w święta do domu.

– Ty przyjechałaś – zauważył.

– Tylko dla ciebie – Poczuł się, jakby dostał potężny cios w brzuch. – Miałam nie przyjeżdżać, ale zadzwoniłeś w nocy. Za rok na pewno nie spotkamy się we czwórkę.

– Bo jesteś już pewna, że nie przyjedziesz? – Spytał ją ze smutkiem w głosie – To dlatego tak się starałaś?

– Nie, wierzę że wreszcie sprowadzisz do domu jakąś dziewczynę, albo chociaż chłopaka – uśmiechnęła się ironicznie, stając się na powrót „jego Sam”.

– Wierzysz w cuda.

– Ej. Przeżyliśmy spotkanie z matką. To można zaliczyć do cudów – zaśmiali się krótko.

– Nadal nie powiedziałaś mi, czemu Adam jest fiutem – Pierwszy przerwał milczenie, wracając do rozmowy, którą odbyli w drodze do Reno.

– Przecież powiedziałam ci, jak zerwaliśmy.

– Oj daj spokój, znam cię siedemnaście lat. Może i widzimy się raz na pół roku, ale wiem, że facet nie zostałby fiutem tylko dlatego, że wolał zerwać niż opowiedzieć o sobie – Sam zajęło chwilę nim zebrała się na jakąkolwiek odpowiedź.

– No nie, nie dlatego.

– Sam, przecież mówimy sobie wszystko – zachęcił ją. Po kilku długich chwilach, w czasie których niemal stracił już nadzieję, że siostra w ogóle się do niego odezwie, wreszcie przemówiła.

– Zerwaliśmy wtedy, po świętach, tak jak ci mówiłam – teraz to on milczał, nie popędzając jej. – Następnego dnia wyjechałam na staż, a tydzień później spotkałam go w Huston… jako Paula. Szedł sobie z jakąś dziewczyną.

– A to fiut – wyrwało mu się.

– Przecież mówiłam.

– Rozumiem, że sypiał z wami oboma.

– Nie jestem pewna, ani ja nie miałam czasu i ochoty z nim rozmawiać, ani on nie chciał przyznać, że mnie zna lepiej niż z widzenia.

– Czyli sypiał – Jonah warknął przez zaciśnięte zęby. Knykcie zaciśniętych na kierownicy dłoni pobielały mu ze złości. Najchętniej rozszarpałby chłopaka, który tak potraktował jego Sam. – Jak go spotkam, zapłaci za to.

– Daj spokój. Chcę już o nim zapomnieć. Raz na zawsze – Jonah chciał jeszcze się wtrącić. – Koniec tego tematu. Raz, na zawsze. Jasne? – Chyba po raz pierwszy poczuł, jak potrafi być straszna nie podnosząc głosu choćby o oktawę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale głos miłej pani w głośnikach zaprosił pasażerów lotu do Bostonu na pokład.

– Może tym razem spotkamy się wcześniej niż za pół roku. – powiedział, oddając jej walizkę.

– Obiecuję – przytuliła go mocno. – Jesteś kochanym młodszym braciszkiem, Jo.

– Czy jeszcze o czymś mi nie powiedziałaś? – Zadał pytanie, które w ostatnich kilku dniach cisnęło mu się na usta już wiele razy.

– Nie popadaj w paranoję – uśmiechnęła się, odsuwając go na odległość ramion.

– Sam? – Patrzył głęboko w jej szare, tak jak jego, oczy.

– No co. Chociaż ja chcę być miła, skoro starzy cię tak załatwili. Trzymaj się – dała mu całusa w policzek. Nie odwróciła się do niego już ani razu, aż zniknęła w długim rękawie prowadzącym do odrzutowca Pacific Air.

Wystarczyło że stracił ją z oczu, by poczuł się strasznie samotny. Najgorsze zawsze były dla nich pierwsze dni po rozstaniu. Tym gorsze, że żadne z nich nie przepadało za rozmowami telefonicznymi. Przez telefon nigdy nie wiesz, czy ktoś mówi serio, czy wznosi się na wyżyny sarkazmu.

Dopiero wchodząc do domu, w pełni poczuł pustkę jaką spowodował wyjazd siostry.

W pokoju czekała na niego niespodzianka. Na poduszce leżała paczuszka. Zapakowana była w błyszczący złoty papier w zielone choineczki i przewiązana bordową wstążeczką z wielką kokardą. Kiedy delikatnie ją rozwinął, jego oczom ukazała się niewielka karteczka z życzeniami;

Nie myśl, że masz aż tak wyrodną siostrę. Wesołych Świąt.

P.S

Nie dałeś mi prezentu więc medytuj. Zrób to dla mnie”

Pod karteczką ukryte było już lekko wyblakłe zdjęcie. Było Halloween. Miał sześć lat i właśnie mieli iść zbierać cukierki. Siedział na dębowym krześle, jednym z tych pięknie zdobionych, które dziadkowie mieli w swoim salonie. Miał na sobie bordowy płaszcz obszywany futerkiem ze starego futra mamy, z koroną z kartonu i pozłotek po czekoladzie spoczywającą na skroniach. Sam stała u jego boku, rycerz w hełmie i zbroi, wsparta na potężnym mieczu. Jonah uśmiechnął się na to wspomnienie.

– Ja też ciebie strzegę, Sam – powiedział cicho, delikatnie dotykając jej twarzy. Zdjęcie zajęło honorowe miejsce, na półce pomiędzy najcenniejszymi zbiorami, w miejscu gdzie zawsze mógł je zobaczyć.

Spełnił prośbę swojej siostry i robiąc to dla niej, nie wiedział nawet, jak bardzo robił to dla siebie. Postanowił też, że więcej nie będzie śnił o dziewczynie w czerwieni i dziewczyna w czerwieni więcej się w jego snach nie pojawiła.

Bynajmniej nie znaczyło to, że życie wróciło do normy.

Wprost przeciwnie. Robiło się coraz dziwniej.

____________________________________________________________________________

Jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach. Są one dla mnie bardzo ważne.
Koniecznie wpadnijcie także na mój profil Facebookowy. Link znajdziecie w Menu strony!

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *