5. Reno

24 października 2017

Utrzymana we włoskim stylu willa stała na obrzeżach Reno. Mimo wczesnej pory już tętniąc muzyką, która towarzyszyła rodzeństwu przez całą drogę, od pozostawionego na podjeździe Pick-Upa do zdobionych mosiądzem dwuskrzydłowych drzwi wejściowych.

Chwilę trwało, nim ktokolwiek odpowiedział im na natarczywe naciskanie dzwonka. Kiedy jednak drzwi zostały przed nimi otwarte, Jonah ogłuchł i oniemiał.

– Hey mister, hey mister. Stay away from my sister – wykrzyczały przeraźliwie wysokimi głosami Sam i ruda dziewczyna w drzwiach, powodując głębokie pęknięcia na szkliwie zębów Jonaha i jednocześnie zachęcająco kręcąc biodrami.

– Wiedziałem! – Oskarżycielsko wskazał na swoją siostrę, kiedy tylko ucichł pisk. – Należysz do jakiejś sekty i macie nawet własne stroje. – Bez skrępowania obciął wzrokiem stojącą przed nim dziewczynę, która ubrana była zupełnie, jak jego siostra.

– Jesteś Jo, prawda? – Odezwała się, odwzajemniając bezczelne spojrzenie.

– Jonah – poprawił ją automatycznie. – A ty jesteś przywódczynią tej super sexy sekty?

– To naprawdę on, Ess? – Zwróciła się do jego siostry z lekkim niedowierzaniem.

– Tak, to naprawdę on – wydało mu się, że w głosie Sam słyszy dumę. Właściwie to był niemal pewien, że ją usłyszał.

– No to nowa historia. To absolutnie nie jest twój brat. Mam nadzieję, że nikomu więcej nie powiedziałaś, że zabierzesz brata. To znajomy z Manhattanu, sąsiad, kochanek, cokolwiek sobie wymyślisz. Wcale nie jesteście podobni, więc każdy to łyknie. Faceci mówią tylko o laskach, autach i piciu, a dziewczyny o wiek pytać nie będą – całą długą wypowiedź wyrzuciła z siebie jednym tchem, zachowując bardzo poważny ton.

– To jakiś spisek? – Jonah wtrącił się do przemowy rudowłosej studentki. – Zamierzacie mnie wrobić w coś niebezpiecznego, nielegalnego i pewnie jeszcze niemoralnego!

– Tak jakby to ostatnie ci przeszkadzało – Sam uderzyła go biodrem.

– Ess powiedziała mi wczoraj, że przywiezie ciebie ze sobą, bo jesteś znudzony Zatoką. Z opowieści na studiach wynikało, że masz upodobania mojej siostry, więc spodziewałam się wylizanego chłystka. Pozytywnie mnie zaskoczyłeś. Jestem Carol.

– I strasznie dużo mówisz – odpowiedział, podając jej rękę i zastanawiając się, które wspólne zainteresowania kwalifikowały go na wylizanego chłystka.

– Puki jej czegoś nie wsadzisz w usta, nie masz szans, by się zamknęła – Sam przepchnęła się koło koleżanki do wnętrza.

– Twoja siostra też tyle gada? – Jonah spytał Carol puszczając dowcip siostry mimo uszu.

– Tylko jeśli odpowiednio ją zachęcić.

– Dowcipy poniżej poziomu liceum – powiedział zniesmaczony. Zawsze uważał, że jego siostra wraz z przyjazdem do domu wracała zawsze do starych zwyczajów. Teraz nabierał przekonania, że ludzie na studiach wcale nie poważnieją, przynajmniej nie wszyscy.

– A jaki poziom prezentują teraz dowcipy w liceum? – Carol zapytała podążając w ślad za nim.

– Osiągnęliśmy już poziom puk, puk.

– Kto tam?

– Student.

– Jaki student.

– Mądry student.

– Strzelam oficjalnego focha.

– Ekstra. To mnie wyprzedź, nie będziesz musiała odwracać się plecami i będziesz mogła powiedzieć mi dokąd właściwie mam iść – powiedział rozglądając się po przestronnym salonie z wyjściem na patio. – Wolałbym nie trafić do twojej sypialni.

– Mogę ci obiecać, że nie masz szans.

– Nigdy nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać – odwrócił się do niej, szczerząc zęby.

– On jest bardziej wyszczekany od ciebie – z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Nie jest – Sam puściła mu oko.

– Challange accepted!

– Sio, prosto na dwór. No już, sio sio – Carol popchnęła go w stronę drzwi, przeganiając jak kurę, nim spór między rodzeństwem rozgorzał na dobre.

– Młody cwaniak – usłyszał jak mówiła do siebie. Miał się w sumie odgryźć, ale zatrzasnęła szklane drzwi. Poza tym, kłótnia z organizatorem imprezy, szczególnie dziewczyną, nim impreza się jeszcze rozpoczęła, nie wydawał się najlepszym pomysłem.

Choć ledwie minęło południe i na dworze wciąż przypiekało zimowe, pustynne słońce, w przestronnym ogrodzie i przy krytym basenie kręciło się już sporo osób. Sądząc po ich bladych jak elewacja Białego Domu twarzach, wszyscy byli znajomymi ze studiów na przykrytym białym puchem wschodnim wybrzeżu. Pozbijani w grupki sączyli piwo dyskutując głośno.

Jonah właśnie przechodził koło grupy wyglądających na mało rozgarniętych członków drużyny sportowej w drodze po dolewkę piwa z stojącego nieopodal dystrybutora, kiedy wychwycił urywek ich rozmowy.

– No to ja mówię do niej – chłopak wzrostu Jonaha, ale dwukrotnie od niego szerszy w ramionach kontynuował jakąś opowieść. – „Niebo mi chyba cie zesłało” no i ona się pyta „Czemu”, to jej mówię. „Bo wyglądasz, jak anioł” i wtedy i wtedy – chłopak starał się dalej opowiadać poprzez duszący go rechot. Oczy mu płonęły. – Wtedy…

– Wtedy się obudziłeś – Jonah nie potrafił przejść spokojnie, słysząc doskonale mu znaną opowieść. Napakowani kolesie wpatrywali się w niego tępo. – Dobra rada. Jak opowiadasz zmyśloną historię, staraj się tak nie ekscytować. Od razu widać, że sam słyszysz ją pierwszy raz.

– To prawda. Tak było! – Chłopak nasadził się, uznając najwyraźniej, że obrażono jego dumę. Jonah uniósł brwi smętnie patrząc w pusty kubek.

– No, to mów jak było. Zamieniam się w słuch – uśmiechnął się kącikiem ust.

– No ona, no że tak to jej jeszcze nikt nie mówił i samych wsioków tylko w knajpach trafia no i sami wiedzie, zabrałem ją na przejażdżkę.

– Samych wsioków – Jonah obciął opowiadającego zdegustowanym spojrzeniem. – Nie wierzę – kontynuował spokojnie. – Nie ma na świecie dziewczyny, która złapałaby się na ten tekst. Jeśli chcesz opowiadać historie z lamerskim podrywem w tle, to przynajmniej wymyśl jakąś bardziej wiarygodną historię. Znaczy inaczej. Na ten tekst można wyrwać jedną dziewczynę – poprawił się, sugestywnie oglądając sobie prawą dłoń, co wzbudziło salwę śmiechu kolegów opowiadającego.

– Taki jesteś mądry? Masz lepszy? Dawaj? – Koleś zaczynał wyraźnie trząść się ze złości. Jonah zbliżał się do granicy, po przekroczeniu której czekało go jedynie zarobienie w zęby, a przynajmniej próba takiego manewru przeciw niemu.

– Na opowiastkę dla kumpli? Trzymaj – wcisnął jednemu z kolesi swój kubek, wykręcając się w miejscu – Cześć, jestem Jo – podał rękę pierwszej przechodzącej dziewczynie.

– Vanessa – odpowiedziała mu wesoło.

– Vanessa… – zamruczał w zamyśleniu. – Wstrząśnięty, nie zmieszany – dokończył powoli, przytrzymując dłużej jej dłoń i patrząc w oczy. – W taką historię ktoś mógłby uwierzyć – odwrócił się na powrót do studentów, pozostawiając Vanessę zmieszaną. – To chyba należy do mnie – odebrał swój kubek ruszając dalej.

Zaczynało mu tu się nawet podobać.

Jakkolwiek zimowy dzień na pustyni mógł się wydawać ciepły, szczególnie dla osób, które zjawiły się tutaj z zasypanego śniegiem wschodniego wybrzeża, noc absolutnie nie nastrajała do pozostania na dworze. Uczestnicy imprezy zaczynali gromadzić się w przestronnym salonie oraz przylegającym do niego krytym basenie pod szklanym dachem. Sam miała rację że na imprezie w większości obecni będą rasowi frajerzy oraz członkowie drużyn akademickich. Niewielu było facetów w jego opinii godnych zainteresowania. Kilka dziewczyn przyglądało mu się ciekawie, dając nadzieję na znalezienie miłego towarzystwa na resztę wieczoru. Nadal jednak nie wpadł na to, od czego zacząć z nimi rozmowę. Uznał, że na początek dobrze będzie mieć zajęte czymś dłonie, a pełny kubek wydawał mu się całkiem dobrze do tego nadawać. Beczka z piwem, a właściwie teraz to już kilka beczek, stały nadal nad basenem, gdzie robiło się coraz tłoczniej. Parę osób zrzuciło już nawet ciuchy i unosiło się beztrosko w wodzie, od spodu podświetlanej błękitnymi i fioletowymi światłami. Część zespołu cheerleaderek skusiło się by zrzucić z siebie wszystko i wylegiwało w pełnym gorących bąbelków jakuzzi popijając szampana. Skąd go wzięły, nie miał pojęcia.

Uśmiechnął się widząc podłączanie świeżej beczki z piwem i przyspieszył kroku w nadziei na dobrze nagazowany napój. To co wydarzyło się w chwilę później w pełni go zaskoczyło. Najpierw poczuł silne uderzenie, a w chwilę później potężna siła oderwała go od ziemi rzucając wprost w objęcia wypełniającej basen wody. Zachłysnął się wdzierającą do ust wodą i stracił na chwilę dech, a kiedy wynurzył się by złapać odrobinę powietrza, coś ponownie pociągnęło go pod wodę. Potężnym kopnięciem nóg wyrwał się ponownie na powierzchnię, rozglądając zdezorientowany. Obok niego prychając i kaszląc unosiła się dziewczyna, niemal równie zdezorientowana, jak on sam. Kilka osób śmiało się, kilka robiło zdjęcia telefonami, niektórzy klaskali. Wyglądało na to, że był tylko przypadkową ofiarą kogoś, kto uznał za dowcipne wepchnąć dziewczynę do basenu.

– Kto by pomyślał – odezwała się zachrypniętym głosem, kiedy pomagał jej wyjść z basenu. – Poziom intelektualny spada wprost proporcjonalnie do czasu spędzonego na uczelni – kilku półgłówków zataczało się ze śmiechu. Zapewne to oni byli odpowiedzialni za ich kąpiel. – Jestem Suzzy – uśmiechnęła się, odgarniając opadające jej na twarz mokre rude włosy.

– A ja jestem wściekły – warknął, ruszając do chłopaków. Było ich pięciu. Wszyscy w koszulkach drużyny akademickiej.

Pierwszy poleciał do basenu, zanim zrozumiał co się stało. Drugi próbował zasunąć mu w zęby, ale Jonah uchylił się, z całej siły waląc przeciwnika knykciami pod żebra, facet wygiął się w pałąk, padając na ziemię, próbując złapać oddech. Zajmie się nim później. Trzeciego nawet nie dotknął, po prostu się odsunął, kiedy chłopak natarł nisko, by złapać go wpół. Utraciwszy swój cel, stracił równowagę i wylądował koło kolegi w wodzie. Czwarty sam chyba nie wiedział co chce zrobić. Wywinął w powietrzu młynka, oberwał kopniaka w brzuch i wylądował obok mokrych kolegów. Największy z nich wszystkich, barczysty blondyn z lekko kręconymi włosami złapał Jonaha za ramię z okrzykiem – Hej ty! – Nikt się nie dowiedział, „hej co” miał do powiedzenia Jonahowi, bo po chwili klęczał na ziemi z wykręconą ręką, nie mogąc się ruszyć. Wszystko trwało ledwie kilka sekund i zakończyło się, nim większość osób zdążyła się zorientować, że coś nadzwyczajnego się dzieje. Ruchy Jonaha były tak szybkie, że zdawały się dziwnie rozmywać, a jeśli tylko mrugnęło się okiem, zupełnie znikać. Dla samego chłopaka nie był to nawet film puszczany w spowolnionym tempie. On zamierał w oczekiwaniu na ruch, który już dawno zmaterializował się w jego głowie, choć przeciwnicy nie zaczęli go jeszcze wykonywać. Zupełnie, jakby to on telepatycznie sugerował im, co mają zrobić. Nawet jeśli udałoby się go zaskoczyć, niespodziewanym ruchem, nikt nie był tak szybki, by go pokonać.

– Jo! – Sam krzyknęła, kiedy Jonah mocniej wykręcił chłopakowi rękę, powodując głośny trzask stawów i sprowadzając na jego twarz łzy. – Wystarczy – położyła dłoń na ręku stojącego nad swoją ofiarą Jonaha. – Już wystarczy – powtórzyła, patrząc bratu w oczy. – Nie chcesz mu złamać ręki – uśmiechnęła się do niego delikatnie. Jonah wpatrywał się w jej szare oczy. W tkwiące w nich pokłady życzliwości, zrozumienia i miłości. – Nie chcesz tego.

– Przeproś – warknął w stronę klęczącego kolesia, którego kumple nadal unosili się w wodzie.

– Idź do aaaaauuuu. Przepraszam – zawył czując, jak trzeszczy mu bark.

– Nie mnie. Ją przeproś – Jonah kiwnął w stronę mokrej dziewczyny.

– Przepraszam, przepraszam, przepraszam. – Chłopak wykrzyczał, nim Jonah wykonał jakiś ruch. Ledwie przebrzmiały przeprosiny, padł na ziemię, nie mogąc ruszyć wykręconą ręką.

– Szukałem cię, Sam – odezwał się cicho. – Gdzie byłaś?

– Dałam ci trochę luzu – nadal trzymała jego dłoń, patrząc mu w oczy. – Ale teraz już będę przy tobie.

– Spokojnie – uśmiechnął się. – Obiecuję dziś nikogo więcej nie pobić. – Cmoknął ją w policzek.

– To jeszcze nie koniec – ten z wykręconą ręką, zaczynał się podnosić. Nim Jonah zareagował, Sam wykręciła piruet częstując faceta kopniakiem.

– Imprezę możemy chyba uznać za udaną – zaśmiał się do siostry.

– Prawie. Ktoś na ciebie czeka – powiedziała cicho, patrząc nad jego ramieniem.

Na brzegu basenu wciąż stała dziewczyna imieniem Suzzy, wyżymając długie włosy. Ubranie kleiło jej się do ciała, ociekając wodą, zupełnie jak jego. Nienawidził tego uczucia. Nienawidził, kiedy złapał go deszcz, gdy szedł bez parasola, albo samochód oblał wodą zebraną na poboczu. Idąc wzdłuż basenu rozpinał lepką koszulę, by jak najszybciej uwolnić od niej ciało. Udało mu się to, właśnie w chwili, kiedy stanął twarzą w twarz z dziewczyną.

– Suzzy, tak? Jestem Jo – przedstawił się z delikatnym uśmiechem.

– I…? Naprawdę…? Nic…? – spytała ze zdziwieniem, nadal zajmując się swoimi włosami, zupełnie nie zwracając uwagi na mokre ubranie, które jemu tak przeszkadzało. – Nie wstrząśnięty? Nawet nie zmieszany? Nie wiem czy mam się czuć urażona, czy zawiedziona.

– Myślę, że okoliczności spotkania są wystarczająco wstrząsające, by móc pominąć sobie zmieszanie – zastanawiał się ile jeszcze osób słyszało tekst, który powiedział tamtej dziewczynie. Suzzy wybuchnęła śmiechem.

– Jo, czyli Joe?

– Ani trochę. Po prostu Jo. Nie powinnaś się przebrać? – Spytał, obserwując, jak mokry materiał ciasno przyległ do jej ciała uwydatniając zgrabną figurę i delikatnie prześwitując.

– Przebrać, czy rozebrać? – uśmiechnęła się figlarnie, obserwując subtelnie zarysowane mięśnie na jego brzuchu i torsie. Nie była w tym zresztą odosobniona.

– Tą decyzję zostawiam tobie – marzył o tym, by zdjąć ciężkie od wody spodnie, obawiał się jednak, że dziwnie może to wyglądać, kiedy będzie tak szedł przez dom w samych bokserkach klejących mu się do ciała. Zwłaszcza, jeśli w międzyczasie spodoba mu się jakaś dziewczyna.

– A ty się przebierasz, czy rozbierasz? – Teraz w jej głosie wyraźnie słychać było już kpinę.

– To zależy tylko od ciebie – grał Va Banque, co najwyżej mógł dostać w twarz.

Wsunęła mu rękę pod ramię. Jeszcze tylko zobaczył patrzącą z zazdrością Vanessę i Sam puszczającą mu oko. Łatwo poszło, samo i jakoś tak przypadkiem.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *