4. Uroki mieszkania z siostrą

17 października 2017

Miał nadzieję, że przyjazd Sam przywróci porządek w jego życiu, coś zmieni. Faktycznie, coś się zmieniło. Nie był jednak pewien, czy sprawiła o wizyta Sam i czy sama zmiana była na lepsze. Teraz stał pod strumieniem lodowato zimnej wody, czekając, aż wypłucze z jego umysłu wspomnienia ostatniej nocy. Zimna woda była dobra, otrzeźwiała umysł, wypłukując z niego kłębiące się myśli, przynosząc spokój i jasność myślenia. Nigdy nie pojął, dlaczego ludzie tak uwielbiają gorące kąpiele. On sam zawsze używał najwyżej letniej wody. Raz jeden jedyny został zaciągnięty pod gorący prysznic. Czuł się, jakby stał na torturach polewany żywym ogniem, a co gorsza, jego oprawczyni się uśmiechała. Po takim przeżyciu odechciało mu się czegokolwiek, a zwłaszcza tego, do czego prysznic miał być wstępem. Marzył jedynie o chłodnych odmętach rzeki Hudson. Parsknął urywanym śmiechem, przypominając sobie tą historię. Rozkoszując się chwilą zaczął sobie delikatnie nucić przypadkową melodię.

– Frankiem Sinatrą, to ty nie będziesz – omal się nie przewrócił, słysząc jej głos. Siedziała na brzegu wanny, rozglądając się ciekawie.

– Co ty tu robisz! – Wykrzyknął z oburzenia.

– Siedzę sobie. Miałam dość matki trajkoczącej mi nad głową, więc przyszłam do ciebie.

– Sam! Weszłaś do mojej łazienki. Mogłem być goły – starał się przekazać siostrze coś, co powinno było być dla niej jasne jak słońce.

– No i co. Już widziałam cię nago. Przez piętnaście lat wiele się zmienić nie mogłeś – Machnęła dłonią w jego stronę. – Zresztą, jestem dużą dziewczynką. Jakoś bym to przeżyła.

– Sam…

– Dobrze, już dobrze. Poczekam w pokoju. Pomyśleć, że taki wstydliwy, a z dwoma dziewczynami to naraz sobie poradził.

-Sam! – Warknął wściekle. Do dziś nie wybaczył jej nakrycia go na spotkaniu z pewnymi bliźniaczkami, a raczej tego, że bezczelnym komentarzem skłoniła je do ucieczki.

– Przecież idę – jęknęła otwierając drzwi.

Faktycznie, czekała w pokoju, przeglądając jego niezwykłą kolekcję, która pięknie prezentowała się na specjalnie dla niej zamówionych półkach.

– Powiem ci szczerze, że mam mieszane uczucia – odezwała się, nie odwracając. – Nie wiem, czy mam ci gratulować kolekcji, czy tracić wszelkie nadzieje. Jeśli jakaś dziewczyna zobaczy komiksy na półkach, to jesteś spalony i to nie tylko u niej, ale u wszystkich jej koleżanek i ich koleżanek i koleżanek ich koleżanek. No chyba, że jakaś dziewczyna lubi komiksy, ale jak znam życie to nie jest to Miss Universum.

– Są warte kupę kasy.

– To przyczep do nich metki z aktualną wartością, najlepiej możliwie wielką czcionką. Chociaż w sumie to nie ma o czym gadać – odwróciła się wreszcie w jego stronę. – Póki matka jest w domu i tak żadna dziewczyna nie zawita do tego pokoju.

– Oprócz ciebie.

– Ja nie jestem dziewczyną. Jestem twoją siostrą.

– Z kurtuazji nie zaprzeczę – pokazała mu język. – Tak w ogóle, to wesołych świąt, Sam.

– Dostałeś prezent – wskazała na leżącą na łóżku świąteczną skarpetę.

– Dałaś mi prezent? – Odrobinę się zdziwił, ale i zmieszał. Nawet nie pomyślał, żeby coś dla niej przygotować.

– Proszę cię – odparła z politowaniem. – Już dawno ustaliliśmy, że świętego Mikołaja nie ma. – No chyba, że masz coś dla mnie?

– Mogę być dla ciebie miły.

– Pasuje. To i ja będę dla ciebie… milsza.

– Zgoda – ucieszył się, na taki prezent świąteczny. – No to zobaczmy, co mi przyniósł Mikołaj.

– Mikołajowa – poprawiła go. – Wychodząc z łazienki nakryłam ją jak wiała z pokoju i to bynajmniej nie przez komin.

– Na płytę to za duże – Jonah mruknął, obracając duże pudełko w dłoniach. – Na komputer za lekkie – niemal co roku Jonah i Sam dostawali od rodziców jakiś elektroniczny gadżet. Najczęściej były to kolejne wersje telefonów, komputerów, albo konsoli. Kiedy byli dziećmi było to nawet zabawne, gdy zaczęli dorastać i urządzenia te zaczęły służyć im nie tylko do zabawy, ale i do pracy, a może przede wszystkim do pracy, ciągłe zmiany nastręczały jedynie kłopotów.

To się wydarzyło, kiedy Jonah miał jakieś dwanaście, lub trzynaście lat i nie wierzył w Mikołaja od co najmniej pięciu. Kilka tygodni przed gwiazdką poszli z Sam do rodziców, oświadczając im, że w tym roku nie chcą kolejnych prezentów. Rodzice patrząc wilkiem na Sam, zaczęli się plątać, że przecież to nie oni dają prezenty i nie mogą nic poradzić na decyzje świętego. Skończyło się na tym, że Sam dostała od Mikołaja rózgę, za karę że wmawia bratu, że Mikołaja nie ma, a Jonah znalazł przy łóżku płaskie pudło, którego nawet nie rozpakował i po dziś dzień nie wiedział co się w nim znajduje. Oba prezenty zalegały na dnie szafy i wedle wszelkiej posiadanej przez niego wiedzy przyjechały tutaj wraz z nimi.

– Powąchaj, może to Pizza?

– Jeśli tak, to mrożona, bo absolutnie nie czuję zapachu – Jonah niczym rasowy pies powęszył nad pudełkiem, wywołując salwę śmiechu u siostry.

– No już, otwieraj to pudło – Przysiadła na łóżku na kolanach, z miną małego dziecka czekając na otwarcie przez brata prezentu.

– O nie! – Chłopak jęknął, rozerwawszy papier.

– Koniecznie musisz założyć ją na świąteczny obiad – zachichotała. – Twarzowa.

– Nawet nie jestem fanem tego serialu – jęknął ponownie, wyciągając z pudełka koszulę z wzorem rodem z garderoby Charliego, nim telewizja go zabiła pod wagonem paryskiego metra.

– No to chyba musisz zrobić dokładną listę, najlepiej w formie elektronicznej, bo nie wiem czy pamiętają, że na papierze można czytać i pisać – naprawdę twarzowa.

– Nie miałabyś ochoty na małą bójkę? Taką z rzucaniem mnie w chaszcze?

– Obiecałam być dla ciebie milsza, ale nie przeginaj. Możliwości oglądania cię w… tym, sobie nie odpuszczę. Może nawet zrobię parę fotek i puszczę do sieci.

– Ale ci się poprawił humorek, po wyjściu z łazienki. Trzymasz jakąś flaszkę u mnie pod łóżkiem? – Zajrzał z nadzieją pod kołdrę.

– Chodźmy już. Śniadanie czeka – zeskoczyła z łóżka, nie odpowiedziawszy na jego pytanie.

Święta to magiczny czas, dla wszystkich ludzi na świecie. Nie ważne, czy mieszkają tuż za rogiem czy na najdalszych krańcach kuli ziemskiej. Każda z tych osób, każda z rodzin w każdym z miast każdego kraju miała swoje własne świąteczne zwyczaje.

Czasami były to wystawne kolacje, innym razem spokojny wieczór z puszką piwa przy telewizorze. Niezależnie od tego, jak od siebie odległe były sposoby obchodzenia świąt, zawsze były one magiczne. Chyba, że mówimy o rodzinie Jonaha i Sam.

Rodzina Wolfich wcale nie obchodziła świąt, traktując je jak kolejny dzień w roku. Jednak nie zawsze tak było. Jak to zazwyczaj bywa, spoiwem łączącym ogniwa rodziny byli dziadkowie i to u nich każdego roku zbierała się rodzina, by śpiewać kolędy, jeść kruche ciasteczka i pieczonego indyka. Dziadkowie odeszli, kiedy Jonah miał siedem lat i o ile pamiętał, ich pogrzeb był ostatnim spotkaniem, na które zjechała się cała rodzina. Niedługo potem wyprowadzili się zresztą z Minessoty do Wielkiego Jabłka i nieustający, szybki puls wielkiego miasta, stał się jedynym rytmem życia, jaki Jonah pamiętał.

Przez pierwszych kilka lat, które upłynęły od śmierci dziadków, Liz z Markiem pragnęli zapewnić swoim dzieciom prawdziwe, rodzinne święta, choćby sami nie wiedzieli, jak bardzo miałoby być to dla nich męczące. W swoich staraniach, nie zauważali nawet, że Jonah i Samantha są nieodrodnymi dziećmi swoich rodziców i tak już wkrótce, cała czwórka raz do roku zasiadała do świątecznego stołu, uśmiechając się, jedząc świąteczne potrawy i marząc o powrocie do swych codziennych zajęć, czując się przy tym stole niczym ryby wyciągnięte z wody. Dzień w którym odpuścili sobie wreszcie obchodzenie Bożego Narodzenia wszyscy czworo wspominają, jako jedne z najbardziej udanych świąt.

W tym roku również nikt nie planował świąt, potem jednak zjawiła się Sam ze swym niedorzecznym zapałem.

Nim Jonah zdążył zejść na dół, Sam już uwijała się w kuchni, szykując indyka wraz z tuzinem innych potraw, które znalazła w starym zeszyciku z przepisami ich babci.

Stał jak oniemiały, kiedy siostra wcisnęła mu w ręce ciężką misę i kazała energicznie machać zanurzoną w gęstej substancji ubijaczką. Zapewne zamarłby tak na wieki, gdyby nie drewniana łycha, która świsnęła tuż nad jego głową, skłaniając go do posłuszeństwa. Chwilę zajęło chłopakowi zorientowanie się, co się stało z jego ojcem. To była ta chwila, która poprzedzała ciężkie uderzenia topora, którym Mark rąbał drwa do kominka mając przy tym nietęgą minę.

Jedynie matka, kierowana swym kobiecym instynktem pierwszy raz w życiu zamknęła się w swoim gabinecie, skąd miała zostać wkrótce wyciągnięta darem przekonywania, tudzież słowną bądź siłową perswazją Sam.

Nim nadeszła pora obiadu, wszystkie potrawy stały już na stole, przykrytym świątecznym obrusem w motywy ostrokrzewu i reniferów. Do lampy nad nim przyczepiona była gałązka jemioły, a w kominku wesoło huczał ogień. Na dworze nie było nawet płatka śniegu, a przez ciężkie chmury, z których jeszcze rano padał rzęsisty deszcz przebijało się teraz błękitne niebo, tworząc surrealistyczną otoczkę dla obwieszonego świątecznymi ozdobami iglastego drzewka. W domu czuło się jednak niemal tak świąteczną atmosferę, jak ta, która tkwiła głęboko we wspomnieniach Jonaha, z czasów, kiedy mieszkali w Minnesocie.

Samantha aż drżała z satysfakcji, że wszystko tak pięknie jej się udało i najwyraźniej była gotowa wyjść z siebie, byle tylko reszta rodziny była równie zadowolona z tych świąt, jak była ona. Poświęcenie takie nie było jednak konieczne, gdyż po raz pierwszy od długiego czasu wszyscy naprawdę dobrze się bawili i naprawdę szczerze uśmiechali, a Markowi udało się nawet nie spalić dwóch dowcipów, choć akurat w jego wypadku na tym dobra passa się skończyła. Jonah tego dnia nawet przez chwilę nie pomyślał o powrocie do swojego pokoju i obejrzeniu jakiegoś filmu. Nie myślał nawet o włączeniu własnej muzyki, kiedy w tle leciały świąteczne standardy, które zazwyczaj doprowadzały go na skraj furii lub rozpaczy, gdy słyszał je grane w nieskończoność w galeriach handlowych, sklepach i lokalach. Inna sprawa, że Sam zlitowała się i na lecącej w tle składance zabrakło niemal trzydziestoletniego hitu formacji „Wham!”, który w święta prześladował każdego, kto nie był całkowicie głuchym.

To był naprawdę przyjemny wieczór po którym była noc, a w nocy było jak zawsze…

– Wstawaj.

– Ale, że szo? – Mruknął zaspany.

– Wstawaj – powtórzyła, mocno szarpiąc jego ramieniem.

– Ale po co? – Jęknął, wiedząc już, kto nad nim stoi.

– Bo na dworze jest pięknie – uderzył go powiew zimnego powietrza.

– Ale ja mam to gdzieś – przekręcił się na drugi bok, nakrywając poduszką.

– Wstawaj Jo! – Chłopak na ślepo wymacał leżący na podłodze telefon.

– Jest siódma rano – Jęknął patrząc jednym okiem, na rozświetlony ekran.

– Na MIT już byś był na zajęciach.

– Powaliło was – mocniej naciągnął kołdrę na głowę.

– Dość mam twojego jojczenia, Jo. Bardzo uprzejmie cię proszę wstań – podziałało. Na te słowa Jonah w sekundzie znalazł się na podłodze, choć ze wstawaniem nie miało to wiele wspólnego.

– Widzę, że ćwiczyłeś – Sam powiedziała, przyglądając się jego mięśniom brzucha, kiedy leżał na podłodze w pozycji przedziwnie przypominającej psie poddaństwo. Nie odpowiedział, uważnie ją obserwując. Ostatni raz, kiedy „bardzo uprzejmie go poprosiła” utykał przez dwa tygodnie.

– No raz, raz. Zbieraj się – z rękoma uniesionymi w wyćwiczonym bloku, chłopak wycofał się do łazienki, podejrzliwie patrząc na siostrę. Kochające się rodzeństwo.

Kiedy wrócił do pokoju po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. Sam stała w przeszklonej ścianie, z czubkami palców wystającymi na zewnątrz. Przez ułamek sekundy głupia myśl przemknęła mu przez głowę, że siostra chce wyskoczyć przez okno. Prawda była o wiele gorsza. Zorientowawszy się w jego obecności, Sam kategorycznie nakazała mu siadać na podłodze, gdyż będą medytować.

Wsłuchiwali się w odgłosy lasu. Śpiew ptaków, szum gałęzi, dźwięki których nie potrafił rozpoznać. Jo nie medytował od wieków i bardziej niż na otoczeniu skupiał się na nie zaśnięciu, które mogłoby się skończyć poturbowaniem przez siostrę.

Te poranne medytacje, podobnie jak wieczorne, o których w tamtej chwili nie miał jeszcze pojęcia, miały stać się ich codzienną rutyną, tak długo, jak Sam pozostawała w domu.

Po tym pierwszym razie, przenieśli się z medytacją na trawnik, gdzie jak Sam twierdziła, będę mieli lepszy kontakt z otaczającą ich równowagą przyrody. Jo twierdził, że na trawniku mają co najwyżej większe szanse na odmrożenie tyłka od siedzenia godzinami na zimnej ziemi. Sam, co jakiś czas rzucała w niego szyszkami, kiedy tylko odgadywała, że zaczyna odpływać myślami poza medytację, co było znacznie trudniejsze, kiedy musiał się skupiać na tym, by nie dzwonić zębami.

Po pięciu dniach nie wiedział, czy odzyskuje spokój wewnętrzny i czuje łączność z przyrodą. Wiedział, że czuje przemrożony tyłek i bardzo tego nie lubił. Siedział na ziemi starając się nie myśleć o niczym, a przez jego umysł przepływały odgłosy otaczającego ich lasu. Jeszcze tego nie wiedział, ale powoli zachodziła w nim zmiana, której nie mógł zatrzymać, ani nią kierować. Choć dla przyrody wciąż był niczym dziecko we mgle, już teraz słyszał, widział i czuł więcej, aniżeli Sam miała odczuć kiedykolwiek.

– Możesz mi powiedzieć, po co to robimy? – Wzdrygnął się, już niemal odpłynął w niebyt, gdy otrzeźwiło go odległe pohukiwanie sowy.

– Bo to dobra zabawa – odpowiedziała mu, nie otwierając oczu.

– Dobra zabawa to jest pograć na konsoli, albo pójść na porządną imprezę. My odmrażamy sobie tyłki na ziemi.

– Na imprezę to ja mogę pójść na studiach, a pomedytować mogę tylko z tobą. Skup się mały.

– Yyyyy – Jonah jęknął, przewracając się na plecy.

– Co ty robisz? – Złapał rzuconą w niego szyszkę.

– Ciiii. Nie przeszkadzaj. Wsłuchuję się w odgłosy przyrody. Zamknął oczy słuchając otaczającego go świata, raz po raz skupiając się na innym odgłosie. Po chwili Sam przyłączyła się do niego. Wzdychając głęboko. – Dlaczego nie chcesz się ze mną bić?

– A dlaczego ty tak strasznie chcesz się bić, mały?

– Bo to taka nasza tradycja.

– A masz – klepnęła go w tors. – Zadowolony?

– A masz – leniwie odwzajemnił cios – teraz już tak.

– Bić kobiety?! Już ja ci pokażę! – To było nawet zabawne, zarówno dla nich, jak i każdego, kto mógł przyglądać się tej scenie. Choć udawali, że ze sobą walczą, tak naprawdę leżeli twarzą w twarz grając w szaloną wariację gry w łapki. Pół godziny później wracali do domu dysząc ciężko, z policzkami zaczerwienionymi od chłodu i śmiechu.

Leżał z zamkniętymi oczami wsłuchując się w zbliżające się kroki.

– W czym mogę ci pomóc – powiedział cicho, kiedy usiadła na brzegu łóżka.

– O, nie śpisz. Jak cudownie. Dzisiaj mamy tyle do zrobienia – poklepała po pościeli, w miejscu, gdzie powinna znajdować się jego dłoń.

– Sprawdzałem zegarek. Dopiero dochodzi szósta.

– Wiem.

– Męczyć medytacją masz mnie dopiero za godzinę.

– Dzisiaj nie medytujemy – Jej samozadowolenie skłoniło go wreszcie, do otwarcia powiek.

– Sam… Co się dzieje? – Spytał podejrzliwie. Przeciągnął się i od razu tego pożałował. Wszystkie przemrożone poprzedniego dnia stawy strzeliły mu niemal jednocześnie. Brzmiało to, jakby rozpadał się na kawałki. – Ty coś knujesz.

– Jedziemy zwiedzać San Francisco!

– Następnym razem, jak będziesz coś brała, to się podziel – wygięła usta w podkówkę, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko. – Ale będzie fajnie. Zobaczysz. Zobaczymy tyle rzeczy. No idź już się myć, nie siedź jak ten kołek. Chociaż kołek to zazwyczaj stoi. Nie siedź tak. Czekam na dole – wepchnęła go do łazienki, będąc przy tym dość brutalną.

Stojąc pod lodowatym prysznicem rozważał nie pierwszy raz w życiu, czemu los pokarał go taką siostrą. Czym sobie zasłużył i to jeszcze przed urodzeniem, by mieć za siostrę wariatkę z sadystycznymi zapędami. Od kiedy pamiętał Sam zawsze miała durne pomysły. A to kąpała się w środku zimy w lodowatym strumieniu w pobliżu domu ich dziadków w Minnesocie, to znowu wyciągnęła go drabinką techniczną na najwyższe przęsło zawieszonego nad rwącą rzeką mostu, tylko dlatego, że był to najwyższy punkt w okolicy, a ona chciała popatrzeć na widoki. Byli wtedy ściągani przez helikopter, bo strażacy absolutnie nie zgodzili się, by zeszli tą samą drogą. Podrobiła podpis na pozwoleniu, byle tylko uczyć się jeździć konno, podczas gdy rodzice obawiali się, że skręci kark. Dowiedzieli się o wszystkim, dopiero gdy do domu przyszedł pierwszy dyplom z zawodów. W drugiej klasie wybiła szóstoklasiście zęba, bo chciał jej zabrać drugie śniadanie.

Jonah po dziś dzień śmiał się na wspomnienie wieczoru, kiedy Sam po raz pierwszy wróciła do domu radiowozem, po tym, jak wracając do domu skopała jakiegoś faceta. Tego wieczora po raz pierwszy powiedziała, że „coś jej mówiło” że powinna to zrobić. Miała wtedy czternaście lat i od dwóch lat uczyła się w miejscowym Do-Jo. O tym rodzice oczywiście także nie wiedzieli, wierząc że Sam chodzi do biblioteki uczyć się. Przynosiła piątki, więc nie wzbudzała podejrzeń.

Dwa dni później okazało się, że sprawa rozejdzie się po kościach bo skopany okazał się pedofilem i seryjnym gwałcicielem, który miał na koncie napad na co najmniej kilka nieletnich. Tym razem źle trafił, Sam dostała nagrodę od szeryfa, a rodzice pozwolili jej trenować dalej. Wymogli na niej jedynie obietnicę, że nie będzie trenowała na Jonahu, jednak gdy rok później Sam namówiła brata, by sam zaczął trenować, rodzice zupełnie utracili kontrolę nad bójkami rodzeństwa, z przerażeniem oglądając siniaki i porozcinane wargi. Z perspektywy czasu Jonah nie mógł uwierzyć, że opieka społeczna nie zainteresowała się poobijanym rodzeństwem, choćby raz odwiedzając dom. Nie wykluczał oczywiście, że Sam przechwyciła ich po drodze i dosłownie wybiła taki pomysł z głowy. Dowodów na to jednak nie miał. Miał za to dowody na wpędzenie bezksiężycową nocą kłusownika w jego własne wnyki. Facet sam dokuśtykał wtedy na policję płacząc jak małe dziecko, że gonił go demon. Miała wtedy dwanaście lat. Miał też dowody na podrzucenie do auta gniazda szerszeni komornikowi, który w wigilijny poranek jechał do domu ich znajomych. Drugiego stycznia znajomi dostali zaległą pensję i spłacili długi, a komornik wyszedł ze szpitala tydzień później. Za każdym razem Sam mówiła, że to nie ona to robiła, nie ona decydowała co za chwilę się wydarzy, lecz sprawiało to jej ogromną satysfakcję. Mówiła też, że czuła się wtedy, jakby coś próbowało się z niej wydostać.

Przy całej swojej agresji potrafiła być jednak taka słodka i opiekuńcza. Kiedy chorował na świnkę, jako jedyna z domowników bez cienia strachu w oczach podchodziła, by nakarmić go odrobiną rosołu. Wręcz walczyła o to, by ją puścili. Czuwała, kiedy trawiła go gorączka i skakała z radości, kiedy czuł się lepiej.

To ona grała z nim w kapsle i urządzała wyścigi ślimaków, kiedy inni stukali się w głowę. Ona podała mu hasła do komputerów wszystkich nauczycieli w szkole, żeby mógł sprawdzać pytania egzaminacyjne bez ryzyka złapania na hakowaniu i przebierała się za księżniczkę, kiedy ćwiczył przed przesłuchaniami do szkolnego przedstawienia o Kopciuszku. To ona podpowiadała mu, że może wyciszyć swoje demony, kiedy po raz pierwszy stracił kontrolę.

Nie wiedzieli co się wtedy stało, ale na jego butach i spodniach były smużki krwi, koszula była porozrywana, a tors podrapany jego własnymi paznokciami. To był chyba jeden jedyny raz, kiedy na twarzy Sam widział strach. Wtedy właśnie zaprowadziła go do Mistrza i zaczęła ćwiczyć z nim medytacje, a kiedy czuł, że traci kontrolę znajdowała jakiś wentyl bezpieczeństwa. To wreszcie ona była tą, która zawsze była gotowa go wysłuchać, kiedy po raz pierwszy pojawiły się sny i kiedy mówił, ze się boi, powtarzała, żeby pamiętał, że to ona jest tą bardziej pokręconą w rodzinie, a on zdolniejszym.

Przejechał dłonią po torsie, w miejscach gdzie przed laty rozdarł ciało własnymi dłońmi. Skora była gładka, po całym wydarzeniu nie pozostał nawet najdrobniejszy ślad, on jednak czuł jak te szramy pulsują głęboko pod powłoką jego ciała, osłabiając go, tworząc szczeliny, przed które demony tym razem mogą wydostać się na świat. Był chodzącą bombą zegarową i nie wiedział czy stanowi zagrożenie tak długo, jak żyje, czy może to jego życie stanowi ostatnią barierę pomiędzy światem, a tym czymś, co w nim siedzi. Czemu ta przeklęta Sam wymyśliła wyjazd do San Francisco! W jego umyśle skrystalizowała się najistotniejsza w tej chwili kwestia i jęknął zrezygnowany. Przeciąganie prysznica i tak nic mu nie da, bo znając siostrę, gotowa jest wpaść tu po niego i wyciągnąć nago, byle tylko zrealizować zamierzony plan.

Przegrzebał swoją mało zasobną garderobę w poszukiwaniu czegoś, co nie będzie działało niczym ogromny szyld z napisem „HEJ JESTEM TURYSTĄ” i schodząc po schodach modlił się, by Sam nie wpadła na pomysł kupienia czapeczki, albo bluzy z napisem „I Love SF”. Z drugiej strony. Tak długo, jak nie będzie na niej obrazka mostu Golden Gate, zawsze może mówić, że to skrót od Science Fiction.

– Słyszałam, że jedziecie zwiedzać San Francisco? – Matka uznała powitanie za zbędny wstęp.

– Też tak słyszałem – mruknął, targając wciąż wilgotne włosy.

– Więcej entuzjazmu – Sam zawołała z ustami zapchanymi tostem. – Zobaczymy plan zdjęciowy do Genezy Planety Małp, Star Treka, 2012, Godzilli, Pacific Rim, Sokoła Maltańskiego.

– Długo zajęło ci szukanie tego wszystkiego? – Przerwał siostrze wyliczankę.

– Wikipedia – wzruszyła ramionami.

Most Golden Gate – powiedzieli oboje, widząc zagubienie matki. Kolejna osoba w rodzinie, która nie ogląda filmów. „Aha” kobieta za komputerami odparła niemo.

– Masz tu kanapkę – Sam wcisnęła mu w dłoń gorący jak diabli sandwich z nieznaną mu, a co za tym idzie podejrzaną zawartością – i lecimy.

– Wszystko jest jeszcze zamknięte – zaprotestował ciągnięty za ramię, robiąc wszystko by nie poparzyć się trzymanym tostem.

– Most jest zawsze otwarty, a ja nie zjawię się tutaj co najmniej przez kolejne pół roku.

To obietnica? – Spytał przewrotnie. Sam nie raczyła odpowiedzieć, była niezwykle zdeterminowana do tego zwiedzania, więc nie pozostawało mu nic innego, jak poddać się i pójść za nią.

– Mogę prowadzić? – Zapytała z werwą, oglądając auto i dzwoniąc kluczykami, które powinny znajdować się w zupełnie innym miejscu, aniżeli jej dłoń. Do tej pory sądził, że jadą autem ojca, albo matki.

– Zapomnij – spróbował wyrwać jej kluczyki.

– Ale czemu – wygięła usta w podkówkę, odskakując poza zasięg jego ramion.

– To na mnie nie działa. Pamiętam co robiłaś wielokrotnie z Corollą biednego Ernesto.

– Prowadź, mistrzu kierownicy – rzuciła w niego kluczykami, z drwiącym uśmiechem przyglądając się tylnej oponie, która nosiła wyraźne ślady niedawnego tańca na asfalcie.

Pomimo wczesnej pory, na drodze panował spory ruch i musieli przepuścić kilka samochodów, nim udało im się wyjechać z drogi dojazdowej, prowadzącej do ich twierdzy w środku lasu. Sam twierdziła oczywiście, że wyjechałaby o wiele wcześniej. Jonah był tego absolutnie pewien, obawiał się jednak, że mogłaby być to ostatnia jego podróż, albo przynajmniej ostatnia podróż jego samochodu.

– Zatrzymaj się na poboczu – odezwała się, nim przejechali choćby kilometr.

– Mowy nie ma. Nie dam ci prowadzić.

– Nie chcę prowadzić. Znaczy chcę, ale nie o to mi chodzi. Zatrzymaj się na poboczu. O, wjedź w tamtą dróżkę – wskazała podjazd jeszcze bardziej zapuszczony niż ich własny. Wyskoczyła z auta nim do końca się zatrzymało.

Jonah zobaczył w lusterku, jak siostra wspina się po kole na pakę, wyjmując z niej plecak.

– Mam nadzieję że nie masz łupieżu? – Zawołała, nadal przewieszona przez burtę paki.

– Co? Nie, a co?

– Trzymaj – w odpowiedzi rzuciła w jego stronę równo złożone ubrania i sama zaczęła się rozbierać, nim zdążył spytać o cokolwiek więcej. – No, przebieraj się – ponagliła go, stojąc już w samej bieliźnie. Bez pytań, które w tym wypadku bynajmniej nie były zbędne zaczął się przebierać w podane mu ciuchy, które jak się okazało pochodziły wprost z jego garderoby.

– Przed każdym facetem rozbierasz się równie łatwo? – spytał, zapinając czarną koszulę z wysokim kołnierzem, której ostatni guzik znajdował się na wysokości splotu słonecznego.

– Jesteś moim bratem, nie facetem – odpowiedziała ubrana w samą bluzkę. – Jeśli pytasz czy każdy facet może oglądać mnie nago, to nie. Żaden nie może.

– Prócz Adama – poprawił ją.

– Adam też nie ogląda mnie nago.

– Zerwaliście? – Jonah zamarł, zapomniawszy o zapinaniu spodni. – Przykro mi, myślałem że…

– …Był fiutem. Myślałeś, że był fiutem – dokończyła za niego.

– Tak dosadnie tego nie ująłem.

– Miałeś rację. Adam okazał się być fiutem – skończyła wciąganie obcisłych szortów, zakrywających niewiele więcej niż majtki, a na pewno nie zakrywających jej zgrabnych nóg. – Na szczęście przekonałam się o tym po zerwaniu. – Zatrzasnęła za sobą drzwi, kręcąc zgrabnym skądinąd tyłkiem po skórzanym fotelu, który okazał się być nieprzyjemnie zimny w zetknięciu z nagimi udami.

– To czemu zerwaliście? – Spytał, wycofując na drogę. Nie rozumiał czemu jego siostra przekreśliła właśnie trzy ostatnie lata życia.

– Bo powiedziałeś mi, żebym to zrobiła – powiedziała bez żalu.

Jonah oczywiście pamiętał tą rozmowę. Odbyli ją w ubiegłe wakacje, kiedy Sam przyleciała do Nowego Jorku w drodze na staż w dużym koncernie, o którym absolutnie nie chciała mówić. Nie pierwszy raz usłyszeli wtedy o tajemniczym Adamie, doktorancie na MIT. Niezwykle inteligentnym, niezwykle dowcipnym i ze świetlaną przyszłością na dowolnym stanowisku, jakie sobie wymarzy. Sam zachowywała się jak rozchichotany podlotek, zamykając na całe godziny w przeróżnych miejscach i rozmawiając z Adamem przez telefon. Osoba, która wtedy ich odwiedziła na pewno nie była jego siostrą i bardzo mu się to nie podobało. Nie żeby tęsknił za bójkami, choć nie, jednak za nimi tęsknił. Bardziej chodziło mu o poczucie, że przez pół roku oczekiwał przyjazdu jedynego domownika, z którym rozumiał się bez słów i przy którym mógł poczuć się wreszcie sobą, a zamiast tego pojawił się kosmita, jego siostrę przypominający tylko wyglądem.

– Siadaj Sam – powiedział, kiedy znajdowali się w ich ulubionym miejscu. Na dachu apartamentowca, z którego rozciągał się wspaniały widok Central Park. – Co wiesz o Adamie? – Zaczął bez zbędnego wstępu.

– Przecież ci mówiłam. Jest doktorantem na biomechanice. Zajmuje się nonotechnologią. Ma propozycję pracy na uczelni i w sektorze prywatnym – zaczęła wyliczać na palcach.

– Ale co o nim wiesz? – Spytał, cały nacisk kładąc na ostatnie ze słów.

– Urodził się i mieszka w Baltimore, wychowuje się z ojcem. Ma dwoje rodzeństwa. Siostra jest chora, co skłoniło go właśnie do takiego kierunku.

– Nadal mnie nie rozumiesz, Sam – przerwał jej, zanim nakręciła się na kolejną wyliczankę. – Co z tego wiesz? Co sprawdziłaś? Czego nie wiesz tylko od niego?

– Nie muszę go sprawdzać, ufam mu – oburzyła się.

– Cieszę się, ale bądź rozsądna – Jonah mimo rosnącego w nim napięcia starał się zachowywać wtedy obojętny ton, jednocześnie dziwiąc się, że to on stał się nagle tym rozsądniejszym z ich dwojga. – Czy przedstawił cię swoim kolegom? Zabiera cię do miasta?

– Czasami – wcięła mu się.

– Gdzie się spotykacie?

– U mnie. On straciłby akademik, ale mamy wynająć mieszkanie.

– A ty nie stracisz? – Spytał z ironią w głosie. Sam zacisnęła szczęki, Zastanawiał się, czy siostra nie wymierzy mu zaraz ciosu. – Adam jest w Baltimore, może wpadnij do niego w odwiedziny?

– Nie znam jego adresu.

– Nie podał ci? – Wszystkie mięśnie w ciele Sam napięły się, kiedy podrywała się na równe nogi. Chłopak nawet nie drgnął, pozwalając siostrze, by go uderzyła. Ona jednak tylko odeszła, zostawiając go samego.

Sam wyjechała następnego dnia, nie odezwawszy się do niego ani słowem. Nocny telefon był ich pierwszą rozmową.

– Ja tylko zapytałem, co o nim wiesz – poprawił ją.

– Wystarczyło. Zadzwoniłam do niego zaraz po naszej rozmowie. Chciałam żeby mnie zaprosił do Baltimore. Powiedział, że jest w Seatle i nie może rozmawiać, bo prowadzi. Adam nie miał prawa jazdy.

– Zakładam, że nie tylko tego nie miał? – Sam pokręciła głową.

– Na uczelni też go nikt nie znał, ani w akademiku. Zerwałam z nim następnego dnia.

– Nadal nie wiem, czemu to zrobiłaś – powiedział łagodnie.

– Bo jeszcze nigdy nie udzieliłeś mi złej rady.

– Zawsze mógł być ten pierwszy raz, a tak w ogóle, to co ty u licha robisz? – Spytał, zezując na leżącego na jej kolanach minibooka.

– Hakuję twój GPS.

– Mogę powiedzieć po co? – Właściwie to chciał krzyknąć „Że co!”, ale uznał, że w przypadku jego siostry, takie pytanie jest zbędnie.

– Żeby nie można było nas znaleźć.

– Wystarczy go wyłączyć.

– Proszę cię. Jesteś członkiem informatycznej rodziny. Powinieneś doskonale zdawać sobie sprawę, że komputer można zdalnie włączyć.

– Po co go wyłączasz tak w ogóle?

– Żebyś mógł skręcić w prawo – odpowiedziała lakonicznie, nadal klepiąc w klawiaturę.

– Kiedy?

– Teraz! – Wykrzyknęła zaciągając hamulec ręczny. Tylne koła Pic-upa zblokowały się nagle na środku skrzyżowania. Jonah szarpnął kierownicą, stawiając auto w poprzek, przy ogólnym akompaniamencie klaksonów, kiedy tylko auto zmieniło kierunek, koła ponownie się zakotłowały, a samochód tańcząc na drodze wystrzelił w nowym kierunku. Całe zdarzenie trwało ledwie kilka sekund, a po chwili jego jedynym dowodem były czarne ślady czterech potężnych opon sunących po asfalcie.

– Jesteś szalona! – chłopak wykrzyknął, czując jak krew uderza mu do głowy, pulsując nieznośnie.

– Dzięki – uśmiechnęła się, wygodnie rozpierając się w fotelu.

– To jest RAM, nie auto z NASCARu!

– Nie da się ukryć – mruknęła. – Mówiłam, żeby kupili ci Chargera, albo żółtą Cudę, którą znalazłam w ogłoszeniu, ale się uparli, że ma być duży i bezpieczny – wzruszyła ramionami.

– Mogłem się spodziewać, że samochód to twoja robota – oczywiście, że mógł, a nawet powinien był. Rodzice o samochodach wiedzieli tyle, że mają cztery koła (zazwyczaj) i służą do poruszania się. Od osiągów bardziej interesowały ich nowinki techniczne w nich zamontowane. Sam podchodziła do tego zupełnie inaczej. Dla niej samochód musiał być przede wszystkim Cool. Kiedy ojciec zaproponował jej kupienie Priusa, ostentacyjnie zaczęła wszędzie chodzić pieszo, aż uzbierała na bardzo stare Camaro. Dziwił się, że wcześniej nie wpadł na to, komu zawdzięcza auto. – Dziękuję.

– Dasz się przejechać i będziemy kwita.

– Na środku pustyni, gdzie w nic nie uderzysz.

– To się bardzo dobrze składa – ucieszyła się.

– Gdzie jedziemy? – Zapytał natychmiast.

– Do Reno. Zabawimy się trochę.

– Ostatni raz, jak zabrałaś mnie żeby się zabawić, chodziło o zabawienie się moim kosztem – wypomniał jej wydarzenie, którego z całych sił starał się nie pamiętać.

– Ale teraz masz więcej niż jedenaście lat i urodę w stylu Zmierzchu.

– Zaraz wysadzę się na poboczu! – Wrzasnął, słysząc jej komentarz. Akurat tego jednego filmu nie znosił.

– To pokój też ci się pewnie nie spodobał – spytała niewinnie.

– Pomyśleć, że zacząłem się obawiać, że zrobiłaś się dla mnie miła – Sam zaśmiała się w głos.

Nim sprzeczka między rodzeństwem zdołała wybuchnąć płynąca z głośników muzyka australijskiej kapeli rockowej zmieniła się w dzwonek telefonu. Oboje zamarli w oczekiwaniu, że to matka. Na ekranie komputera pokładowego wyświetlał się jednak zupełnie im nieznany numer. Sam wzruszyła tylko ramionami.

– Słucham? – Jonah spytał niepewnie.

– Cześć, Jonah! – W głośnikach usłyszeli pełny entuzjazmu, dziewczęcy głos.

– Cześć? – Ani on, ani tym bardziej Sam nie mieli pojęcia kto właśnie zadzwonił.

– Tak fajnie wypadło, że dzisiaj mam wolne.

– Ok? – Ta rozmowa zaczynała przybierać coraz dziwniejszy obrót.

– I tak sobie pomyślałam, że zadzwonię do ciebie.

– Fajnie, ale nie bardzo wiem z kim rozmawiam – postanowił coś wreszcie wyjaśnić.

– Jestem Meggy.

– Fajnie. Więc, Meggy, e, skąd masz mój numer? – Szukał w swojej pamięci jakiejś Meggy i były tam różne Mendy, Molly, Megan, czy Morgan, ale żadnej Meggy. Nic. Całkowita pustka.

– Sam mi go dałeś – dziewczyna powiedziała urażonym głosem.

– Ja?!

– Tak, w poprzedni piątek w barze. Napisałeś go na wróżbie z ciasteczka.

– Ach! Przemiła blond kelnerka! – W tym momencie Sam nie wytrzymała, wybuchając histerycznym śmiechem. – Miło cię słyszeć, Meggy – powiedział, trzepiąc siostrę na odlew, żeby się uciszyła. Oczywiście nie poskutkowało.

– Mi też jest miło, choć byłoby milej, gdybyś od razu mnie poznał. Najwyraźniej często rozdajesz telefony dziewczynom.

– No właśnie nigdy i absolutnie nie sądziłem, że go zobaczysz, a tym bardziej zadzwonisz.

– Niespodzianka.

– To może wy sobie porozmawiacie, a ja w tym czasie zajmę się tym gigantem – Sam wyciągnęła się do kierownicy.

– Trzymaj ręce przy sobie – Jonah strzelił ją po dłoniach, na co odpowiedziała kolejnym wybuchem śmiechu. – Przepraszam. Więc w czym mogę ci pomóc, Meggy.

– Mówiłeś, że dopiero się przeprowadziłeś i tak sobie pomyślałam, że mam wolne aż do jutrzejszego porank
i mogłabym ci pokazać to i owo. Wiesz, pozwiedzać – dodała szybko.

– Super pomysł. Dzięki, ale akurat dzisiaj mam zajęty cały wieczór. Właściwie nawet teraz już jestem zajęty, ale bardzo chętnie pooglądam to i owo z tobą innym razem – Sam popłynęły łzy, kiedy powstrzymywała kolejny napad śmiechu. – Jestem pewien, że będziesz świetnym przewodnikiem.

– Ok. To innym razem – dziewczyna wyraźnie straciła entuzjazm.

– Daj znać, jak tylko będziesz miała znowu wolne. Chętnie wpadnę.

– Jasne. Pa – W głośnikach samochodu ponownie rozbrzmiała muzyka, a Sam wreszcie mogła spokojnie się śmiać, jednocześnie osłaniając się, przed uderzeniami ręki Jonaha.

– Ty, wstrętna, wyrodna, głupia, niedojrzała, pokręcona, zboczona siostro – po każdym epitecie wymierzał jej kolejnego liścia, z których żaden nie trafił celu.

– To nie ja chciałam ci pokazać to i owo – wysapała zapowietrzając się ze śmiechu.

– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi.

– Ale sam przyznasz, że cała sytuacja była komiczna.

– Tak, masz rację. Dawno nie odwaliliśmy takiego numeru – przyznał, oddychając głęboko, by uspokoić umysł. – No to co jest w Reno? – Zapytał, kiedy tylko znaleźli się na szerokiej autostradzie prowadzącej przez miasta tworzące tak zwany rejon zatoki wprost na pustynię.

– Moja koleżanka.

– Z akademika?

– Ze studiów. Powiedzmy, że ona nie musi mieszkać w akademiku.

– Ty też.

– Ale ja to lubię.

– Nie przebierałaś nas na poboczu, bo jedziemy do koleżanki – wytknął jej z wyrzutem.

– Poważnie jedziemy do koleżanki – zapewniła go z pełną determinacją.

– Sam, bo zawrócę na następnym zjeździe – wskazał zbliżające się tablice z nazwami kolejnych miejscowości.

– Ech – westchnęła z rezygnacją – No dobrze, u koleżanki jest impreza.

– No i wyszło szydło z worka, pani turystko – przewrócił oczami. – Ponownie zaczynam się obawiać, że planujesz się zabawić moim kosztem – czarne myśli zaczęły kłębić się w jego głowie

– Więcej wiary, Jo – Dała mu kuksańca w udo. – Po tej przeprowadzce przyda ci się trochę rozrywki. Wiem, jak się cieszysz z opuszczenia Nowego Jorku.

– Aż skaczę z radości – warknął przez zęby.

– No właśnie. Zobaczysz, spodoba ci się. Z tego co mówiła, to ma tam ogromny dom, basen, saunę i to wszystko z dala od ludzi, więc można zrobić część drugą Projektu-X, no może bez rujnowania jej domu – zastrzegła na koniec.

– Mhm, ale na wszelki wypadek przebrałaś mnie tak, żeby każdy mnie zauważył – powiedział obserwując jej szorty i białą bluzkę, które dawały jej wygląd Alicji Silverstone w teledysku Amazing i siebie, od stóp do głów odzianego w czerń.

– Żebyś miał rwanie.

– Marne szanse – mruknął zjeżdżając z autostrady. Znudził go widok betonu, stara trasa przez pustynię kusiła znacznie bardziej.

– Bo zabierałeś się za licealistki. Zobaczysz, pójdzie jak z płatka – dała mu mocnego kuksańca pod żebra.

– Nie bij kierowcy, kiedy prowadzi! – Krzyknął, zginając się, od nagłego ukłucia bólu.

– Przepraszam pana bardzo, panie kierowco. To ile ich miałeś? Przecież mówimy sobie wszystko, Jo – Świdrowała go wzrokiem.

– Parę – odpowiedział niechętnie.

– No to tutaj na pewno nadrobisz.

– Sam! Ja nie mówię, że nie wyrywałem lasek. Tylko, że jestem licealistą, nie studentem.

– Szczegóły. Za pół roku będziesz już na uniwerku, a nikt o okazanie legitymacji nie będzie dzisiaj cię prosił.

– Studentki to nie licealistki – jęknął zrezygnowany. Owszem. Miał ochotę poderwać kilka dziewczyn, ale na imprezie pełnej studentów nie miał na to zbyt wielkiej szansy.

– A jaka jest różnica?

– Licealistki są tępe jak but.

– Gwarantuję. Nie zobaczysz różnicy – wyrzuciła z siebie w nagłym ataku śmiechu. – Najmniejszej różnicy – mruknął coś niezrozumiale.

Jazda bocznymi drogami była dłuższa, ale znacznie ciekawsza niż mknięcie wielopasmową autostradą. Mimo zimy słońce przypiekało przez szybę, jakby była późna wiosna a nie ostatni dzień grudnia, zmuszając podróżnych do uruchamiania klimatyzacji. Obie strony drogi porastały wyschnięte krzaki, z których gdzieniegdzie wyrastał kaktus rodem z westernu. Po kilku nieudanych próbach, Sam odpuściła sobie prośby o dopuszczenie do kierownicy i siedziała naburmuszona. Jonah uparcie twierdził, że nawet tutaj bez problemu znalazłaby sposób na uszkodzenie samochodu. Nie był daleki od prawdy, biorąc pod uwagę, że pustynie na zachód od wielkiego kanionu były gęsto przetkane leżącymi swobodnie głazami i przepięknymi kamiennymi formacjami, które zapierały podróżnym dech w piersiach, powodując rozkojarzenie w czasie jazdy. Fanowi kina udało się wychwycić kilka miejsc, które służyły jako tło scen w głośnych produkcjach kinowych, lub też służyły za wzór, który odtwarzano później komputerowo. Wciąż naburmuszona, Sam rozsiadła się wygodnie, zakładając swoje długie nogi na kokpit i rozkoszując ogrzewającym je słońcem, które stało już w zenicie.

– Opowiedz mi – powiedziała leniwie.

– Opowiadałem ci przez telefon.

– Opowiedz mi więcej. – Mówiła, jakby była małym dzieckiem, oczekującym bajki, która ukołysze ją do snu. – Zawsze jest więcej. – Zwróciła się w jego stronę. Miała przymknięte oczy. Rozkoszowała się chwilą. Jonah opowiedział jej więcej. Opowiedział jej o śnie, jaki miał zaraz po przyjeździe do nowego domu. O spotkaniu na drodze i śnie, po którym do niej zadzwonił. Opowiedział też o reakcji rodziców. Sam słuchała, niezmiennie trwając z wyrazem sennej rozkoszy na twarzy.

– Może to było zwierzę? – Odezwała się łagodnie.

– Nie ma czegoś takiego jak dwumetrowe szkarłatne zwierzę spacerujące poboczem! – Wykrzyknął, sam się dziwiąc swojej reakcji.

– A no nie ma – zamruczała. – Ale pokryte krwią Yeti chyba jest?

– Też nie ma! – Nie wiedział, czy się z niego nabija, czy prowokuje do śmiechu, albo bójki.

– Więc zacząłeś wizualizować swoje sny w realnym świecie – Absolutnie nie przejęła się tak fantastyczną ideą. – W dzieciństwie kończyło się na snach.

– W dzieciństwie nie włóczyłem się Pic-upem po lasach, więc nie możemy mieć pewności.

– Nie możemy – przyznała – ale dorastasz, rozwijasz się. Mogę więc spokojnie założyć, że i twoje zdolności się rozwijają.

– Nie mam żadnych zdolności – zaprzeczył jej.

– Oczywiście, że masz.

– Albo mam halucynacje?

– Nie masz halucynacji – zamruczała, przeciągając się i układając w wygodniejszej pozycji, z rękoma za zagłówkiem swojego fotela. – Halucynacje mają osoby pod wpływem alkoholu, narkotyków, innych środków odurzających, lub po ich nagłym odstawieniu. Osoby o konkretnym uszkodzeniu mózgu o dowolnej proweniencji i osoby chore umysłowo. Ty nie kwalifikujesz się do żadnej grupy.

– Mogłem dostać hyzia.

– Nie mogłeś.

– Skąd wiesz. Nie widzieliśmy się od pół roku. Mogłem go dostawać powoli dzień po dniu.

– Doskonale wiesz, że twoje sny omal nie zaprowadziły mnie na medycynę – przypomniała mu. – Możesz mi więc zaufać, że to spotkanie ma inne podstawy, aniżeli choroba umysłowa.

– Jest coś jeszcze – powiedział zdeterminowany, do wyrzucenia z siebie wszystkiego.

– Mmmm?

– Pamiętasz co mówił doktor Proctor?

– Proctor mówił bardzo wiele rzeczy, często sprzecznych ze sobą – przypomniała sobie lekarza, do którego rodzice uparli się prowadzać Jonaha, kiedy ten bał się zasypiać. Sam szczerze nie znosiła tego mężczyzny, uważając że jeszcze bardziej szkodzi jej bratu. Była jednak zbyt młoda, by ktoś jej wtedy posłuchał.

– Mówił żebym zapisywał każdy sen, jaki będę miał i palił kartkę z tym snem, by przekazać mu, że nie chcę go już śnić.

– Mówił też, że powinieneś się cieszyć, że masz sny, bo faza REM jest bardzo ważna dla organizmu – przypomniała mu leniwie.

– Spisywałem wszystkie sny, jakie miałem i jakie pamiętałem z wcześniej. Przywiozłem ten dziennik ze sobą.

– Chyba nocnik – ziewnęła.

– Sennik. W pierwszych snach występowała mała dziewczynka, cała w czerwieni. A wtedy tamtej nocy widziałem kobietę w czerwieni we śnie i na ulicy.

– Mówiłeś, że na ulicy widziałeś postać w czerwieni, albo raczej czerwone coś, które zniknęło.

– Ale we śnie była kobieta.

– Projekcja i autosugestia. Przeczytałeś sen z dzieciństwa
i dostosowałeś wspomnienie do niego.

– Nie. Dziennik znalazłem dopiero rano, po naszej rozmowie. Wtedy śniła mi się kobieta. Przed laty dziewczynka, myślę…Myślę, że to może być ta sama osoba, bo… po przeczytaniu sennika znów widzę dziewczynkę. – Samantha szybko zgramoliła się z kokpitu siadając wyprostowana i całkowicie przytomna.

– Mów mi o dzienniku.

– To już jest to dziennik?

– Jo, proszę – skarciła go.

– W dzienniku było, że śniła mi się dziewczynka w czerwieni. Nigdy nie widziałem jej twarzy, a może raczej nie rozpoznawałem. Ona była dzieckiem i ja byłem dzieckiem. W każdym śnie spacerowaliśmy razem po lesie. Nie odzywaliśmy się. Tylko szliśmy przez las w milczeniu. Czasami się w nim bawiliśmy.

– To jej się bałeś? – Spytała podekscytowana. – Dlatego nie chciałeś chodzić spać.

– Raczej bałem się śnić o lesie – sprostował. – Bałem się go, to nie był taki las jak u nas, czy u dziadków kiedy mieszkaliśmy w Minnesocie. Bałem się, bo z każdym snem coraz trudniej było mi ją odnaleźć, a potem tylko szukałem, szukałem i szukałem i bałem się chodzić spać.

– Jo, zawsze mówiłeś, że boisz się zasypiać, a nie że boisz się konkretnego snu.

– Może wtedy odbierałem to inaczej.

– Jo, wybacz mi, że wcześniej sobie tego nie przypomniałam. Powinnam była przy naszej rozmowie w nocy.

– Ale czego?

– Wiesz kiedy zaczęły się twoje sny?

– Po przeprowadzce do Nowego Jorku.

– Kilka miesięcy po przeprowadzce to rodzice zabrali cię do Proctora. Sny miałeś już w Minnesocie – Jonah zahamował, sypiąc kurzem z pobocza. – Tylko mnie nie wysadzaj! – Krzyknęła lekko histerycznie.

– Niby za co? – Zdziwił się, zbyt podekscytowany jej słowami, by powiązać fakty. – Jakie sny.

– W dzieciństwie uwielbiałeś spać.

– Jak każde dziecko.

– Nie, uwielbiałeś swoje sny. Nie opowiadałeś o nich dokładnie, zresztą miałam dziesięć lat, więc sam rozumiesz. Lubiłeś je, bo mówiłeś, że masz tam przyjaciół, a może przyjaciela, nie pamiętam, i się bawisz w ganianego i w chowanego. Naprawdę tego nie pamiętam – przyłożyła dłonie do skroni, jakby to miało w czymś pomóc.

– A nie powiedziałaś o tym Proctorowi, bo?

– Bo mnie o nic nie pytał. Rodzice zabierali mnie tam, bo nie mieli lepszego pomysłu z kim mnie zostawić. Myślisz, że śniłem o dziewczynce?

– Możliwe i proszę cię, naucz się hamować, albo daj mi prowadzić.

– Kierownica należy do pani – uprzejmie wskazał siostrze koło kierownicze auta.

– Poważnie? – Spytała z mieszanką szoku i ekscytacji
w głosie.

– Poważnie. – Musiał przemyśleć wszystko co mu powiedziała. Miał też nadzieję, że ona wie dokąd mają jechać w Reno, on nie miał bladego pojęcia. – Sam…

– Tak?

– Skoro mówimy sobie wszystko…

– To?

– Jest coś jeszcze – zawiesił na chwilę głos, zastanawiając się, jak jej to powiedzieć. W końcu uznał, że najlepiej powiedzieć jej to wprost. – Myślę, że budzą się we mnie demony – w napięciu oczekiwał na jej reakcję. Gwałtowne hamowanie, wzrok pełen przerażenia. Wybuch jakichś emocji.

– Nie tylko ty musisz z nimi żyć – odpowiedziała swobodnie.

– Ale moje są gorsze.

– Nieprawda – głos miała beztroski, nawet trochę radosny. – Oboje doskonale wiemy, że nie są.

– Ty nigdy nie wróciłaś zakrwawiona i w podartych ciuchach w środku nocy.

– To było tylko raz.

– Sam, ja czułem potrzebę… Myślę, że miałem ochotę rzucić się na jednego faceta. Chyba chciałem go zabić.

– Co takiego zrobił? – Siostra zdawała się wcale nie przejąć jego słowami.

– Wszedł do baru śmierdząc benzyną i mokrym psem.

– Niejedna dziewczyna miała ochotę zabić faceta tylko za to, że wszedł – wybuchnęła serdecznym śmiechem. – A jakby przy tym śmierdział mokrym psem i benzyną… – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– To nie jest zabawne!

– Nie jest – przyznała, opanowując się – ale możesz nad tym panować.

– Brak mi twojej samokontroli.

– Jesteś zdolniejszy ode mnie w każdym aspekcie. Myślę, że gdybyś chciał nie tylko mógłbyś je kontrolować, ale zupełnie w sobie zdławić.

– Jak na razie to one chcą zdławić mnie.

– To wybierz jakiegoś, niech poszaleje – wzruszyła ramionami.

– Sam!

– No co?

– Co ty w ogóle opowiadasz? Proponujesz, żebym następnym razem dał im poszaleć?!

– Jak mówię, że masz samokontrolę, jest źle. Jak mówię, żebyś je uwolnił, też źle. Chcesz żebym pogłaskała cię po główce i powiedziała mój ty biedulku? Zapomnij, prędzej cię strzelę w ten łeb, aż zacznie pracować jak należy. Weź się chłopie w garść. Jedziemy na dziewczyny!

– Mówisz, że studentki wcale nie są mądrzejsze?

– Takie nastawienie to ja rozumiem – mocniej docisnęła gaz, pozwalając potworowi zaryczeć.

Jeden komentarz

  • LKA 20 października 2017jako14:16

    Kiedyś, dawno temu właśnie na tym rozdziale skpnczyłam czytać to opowiadanie. Bardzo jestem ciekawa co będzie dalej☺ Pozdrawiam LKA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *