3. Sam

10 października 2017

Siedział na swoim łóżku, o dziwo nie dyszał, nie było mu gorąco, a zimny pot nie zalewał jego ciała. Siedział wyprostowany, wpatrując się w majaczący w ciemności zarys drzwi Na dworze wciąż panował nieprzenikniony mrok nocy. Chwycił leżącą na podłodze komórkę. Była trzecia w nocy. Wybrał numer.

– Halo? – Minęły ledwie dwa sygnały. Głos w słuchawce był zaspany.

– To ja. Miałem sen.

– Opowiedz mi – Sam odpowiedziała poważnym tonem.

Tej nocy nie miał nawet co marzyć o ponownym zaśnięciu. Zapalił wszystkie światła odgradzając się od panującego za oknem mroku, na uszy założył sobie słuchawki wciskając przycisk volume tak długo, póki chaotyczna muzyka zespołu trash metalowego zupełnie nie zagłuszyła jego myśli. Na podłodze wciąż zalegał stos pudeł, do którego nie miał najmniejszej ochoty się zabrać i znając życie wyjmowałby potrzebne rzeczy po jednej, aż wszystkie pudła samoczynnie by się opróżniły. Tym razem postanowił jednak zagryźć zębyi zabrać się za rozpakowywanie. W sumie, co innego miał do roboty. Nowe regały, które sobie zażyczył stały pod ścianą i lada dzień miały zacząć pokrywać się kurzem.

Jonah był zbieraczem. Nie kolekcjonerem, który skupia się tylko na jednej rzeczy, a zbieraczem, chwytającym tyle srok za ogon ile tylko da radę utrzymać. Lubił mieć zarówno rzeczy stare, których wartość rosła wraz ze znikaniem kolejnych egzemplarzy, jak i rzeczy całkowicie nowe, które dopiero ujrzały światło dzienne. W ten oto sposób wśród jego zbiorów znajdował się zarówno egzemplarz XVIII wiecznego podręcznika do ekonomii jednego ze wschodnioeuropejskich krajów, którego zdobycie graniczyło z cudem, a on odkupił go na pchlim targu za 5 dolarów, których brakowało starszemu mężczyźnie do sznapsa – skąd mężczyzna miał podręcznik, wolał nawet nie wiedzieć – jak i pierwsze numery komiksów, które dopiero co ukazywały się na rynku i większość z nich miała wkrótce być bezwartościowa.

Zapełniając półki nawet nie zauważył kiedy atramentowa noc przeszła w stalowy świt, a potem niebo przyjęło barwę błękitu. Otwierająca się ku północy dolina jeszcze długo miała czekać na pierwsze promienie słońca, sam jednak fakt, że w do niedawna czarnej ścianie mógł rozróżnić coraz więcej kształtów drzew, krzewów i skał, napawał go umiarkowanym optymizmem. Ocierając spływający mu po czole pot, przyglądał się świecącej pustką garderobie, której nie sposób było zapełnić jego ubraniami. Garderoba jego pokoju, podobnie zresztą jak łazienka ukryte były pod ziemią, a co za tym idzie kompletnie pozbawione okien. Każde z tych pomieszczeń było co najmniej tych samych rozmiarów co sam pokój, choć Jonah dałby sobie głowę uciąć, że były większe. W łazience mogłaby zresztą zmieścić się całkiem niezła impreza. W Nowym Jorku uznano by to za apartament
i policzono sobie zapewne z tysiąc dolarów miesięcznie. Chłopak był w pełni przekonany, że jego pokój zaprojektowano z myślą o dziewczynie.

Kiedy tak podziwiał niezwykły dla jego pokoju porządek usłyszał ciche pukanie.

– Wejdź – powiedział rozcierając kręgosłup, który bolał, jakby nosił na swych plecach słonia. Matka delikatnie pchnęła drzwi nie przekraczając progu.

– Widzę, że nie próżnowałeś – Wzrokiem omiotła pokój
i pudła, z których niemal połowa stała już opróżniona.

– Nie mogłem spać.

– Jonah, jeśli chodzi o sny, że one wróciły…

– Nie wróciły – uciął ostro, zbyt ostro by samemu móc w to uwierzyć. Przerwał na chwilę krzątanie po pokoju, by spojrzeć na matkę. – Miałem sen, wczoraj, kiedy położyłem się na chwilę przed przyjazdem taty. Śnił mi się ten las – przerwał na chwilę. – Wiesz, że nie podoba mi się pomysł z przeprowadzką.

– Poważnie? Słowem nie wspomniałeś – udała zdziwienie.

– Uważam, że mogliście mnie zostawić na ostatni semestr w Nowym Jorku, odczekać ze sprzedażą apartamentu, albo bez problemu znaleźć miejsce w jakiejś bursie. Położyłem się spać. Mój mózg musiał odreagować, więc mi się coś przyśniło. Potem byłem wyspany więc wstałem wcześnie i wziąłem się za porządki – wyjaśnił jej rzeczowo.

– No dobrze – uwierzyła. – Ale kolacji nie zjadłeś więc…

– Musiałaś mi przypomnieć! – Wykrzyknął, natychmiast zapominając o bolących plecach i snach. – Ależ jestem głodny – przez przeżycia poprzedniej nocy zupełnie zapomniał o tym, że od prawie 24 godzin nie miał nic w ustach.

– Tak nie pójdziesz – matka zaparła się w drzwiach, zagradzając mu drogę. Mógł ją oczywiście usunąć z przejścia kilkoma prostymi ruchami, ale nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, by wykorzystywać swoje zdolności przeciwko rodzicom. – Wyglądasz jak kocmołuch.

Faktycznie wyglądał jak kocmołuch, a takich przynajmniej nabrał podejrzeń po dokładnym przestudiowaniu dłoni, którą przetarł czoło. Była czarna. Najwyraźniej jego rzeczy były bardziej okurzone aniżeli się tego spodziewał.

Tego, jak jest brudny dowiedział się dopiero w łazience przeglądając się w zajmującym całą ścianę lustrze. Nie tylko jego ręce, ale i twarz – na czole pozostała rozmazana smuga w miejscu, w którym otarł pot – a nawet tors, pokryte były czarnawym osadem. Gdyby nie robił porządków ubrany w same bokserki bezsprzecznie musiałby teraz nastawiać pierwsze pranie w nowym domu.

Na dół zszedł z włosami wciąż lśniącymi od drobinek wody. Matka dokładnie tak, jak się tego spodziewał, siedziała za biurkiem zastawionym monitorami, które to biurko, również dokładnie tak jak się tego spodziewał stało w centralnym miejscu domu, w pół drogi do kuchni.

– Zorganizowałabyś sobie gabinet – jęknął mijając ją.

– Jest na górze, ale ja wolę pracować na otwartej przestrzeni, z widokiem na świat.

– Znaczy mieć wszystkich na oku.

– Mieć szerokie horyzonty.

Jonah tylko z rezygnacją machnął ręką. Potyczki słowne, czy dyskusje z matką nie miały sensu. Potrafiła przeciągać je w długie godziny, tylko po to, by ostatnie słowo należało do niej. Lepiej było się zająć buszowaniem po kuchni, co wbrew zewnętrznemu wyglądowi, stanowiło jedno z jego bardziej ulubionych zajęć. – Gdzie moja chińszczyzna? – Spytał rozglądając się po zakamarkach kuchni za pudełkiem ze swoją kolacją, którą przywiózł wczoraj wieczorem.

– Zjadłam na śniadanie – matka przyznała bez cienia emocji.

– Że co zrobiłaś?! – Wykrzyknął z takim oburzeniem, jakby matka dopiero co przyznała się do popełnienia masowego morderstwa.

– Zjadłam je na śniadanie – powtórzyła spokojnie.

– Ale czemu?

– Bo byłam głodna – wzruszyła ramionami, nie odrywając oczu od długiej tabeli liczb na ekranie.

– Ale była moja – jęknął ponownie. Jęczenie zaczynało powtarzać się zbyt często tego poranka, nie wróżąc za dobrze reszcie dnia.

– Trzeba było zjeść wczoraj. Dzisiaj nie było już na niej twojego nazwiska.

– Mamy takie samo nazwisko – zwrócił jej uwagę, grzebiąc w pudełku kuleczek czekoladowych, których nie zamierzał zalewać mlekiem.

– Ależ ty jesteś dzisiaj mądry.

– Nie tylko dzisiaj i pamiętaj. Mam to po tobie – wycelował w nią palcem niczym Wujek Sam na słynnym plakacie „I Want You”, zachęcającym do wstępowania do wojska.

– Mądrość?

– Wyszczekanie.

– Karma mi cię chyba zesłała.

– Ooo. Nie wiedziałem, że brała w tym udział jakaś Karma. Opowiedz mi o tym – przysiadł na brzegu jej biurka, wrzucając sobie do ust kolejne kuleczki, które rozgryzał z głośnym trzaskiem.

– Nie przeginaj i złaź. Przeszkadzasz mi w pracy – zepchnęła go z blatu.

– A co tak właściwie robisz?

– Szukam błędu – fuknęła, najwyraźniej zdeprymowana wykonywaniem zadaniem.

– No patrz, w życiu bym na to nie wpadł. Przecież jeszcze nigdy nie szukałaś błędów.

– Jonaaaah.

– No dobra, dobra. Ja się serio pytam.

– Dobrze, jeśli musisz wiedzieć – Odwróciła się od ekranu, podczas gdy on zaczął się nim coraz bardziej interesować. – Mój klient z Hongkongu wymyślił sobie, że jego informatyk napisze mu program do obsługi.

– Czego?

– Nieistotne. Informatyk program napisał, program wgrał, ale program nie działa.

– I ty masz znaleźć błąd – stwierdził, powoli kiwając głową. – Nie łatwiej byłoby napisać program?

– No patrz, w życiu bym na to nie wpadła – wykorzystała przeciw niemu jego własne słowa.

– Touche. Może plik instalacyjny jest uszkodzony? – Matka popatrzyła na niego tak, jakby zastanawiała się, czy jednak nie podmienili jej w szpitalu syna na idiotę.

– Rzecz w tym, że instalacja przeszła – wyjaśniła wreszcie spokojnie.

– A plik wykonujący? Może jest niekompletny? – Jonah połykał kolejne kuleczki, pochylony nad matką. Mała, pulsująca na skroni żyłka była jedynym świadectwem irytacji, jakie wywoływało w niej chrupanie syna. Sprawiało mu to nieskrywaną satysfakcję.

– Sprawdziłam spójność pliku, tak jak i komendy – uprzedziła jego kolejne głupie pytanie. – Problem musi być gdzieś tutaj – wskazała na ekran z otwartym kodem źródłowym programu.

– Tu masz błąd – wskazał na jedną z linijek programu. – Nie ma takiej cyfry.

– Dobre oko – pochwaliła matka. Tak naprawdę nie było to jednak dobre oko. Jonah nosił w sobie ogromną skazę, na pierwszy rzut oka niewidoczną, ale objawiającą się w najmniej spodziewanych momentach. Był dzieckiem dwojga informatyków i wszelkiego rodzaju ciągi liczbowe i równania były dla niego równie proste, jak dla przeciętnego człowieka chodzenie. Rodzice mówili czasem, że szybciej nauczył się czytania kodów, niż płynnego czytania po angielsku. Matematyka nie była dla niego liniami znaków zapisanych na kartce. Widział ją jak trójwymiarowy obraz, przestrzenny rysunek z brakującym elementem, którego odkrycie nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu.

Pewnego dnia, gdy miał trzynaście lat Sam przewiesiła mu się przez ramię, kiedy z braku lepszego zajęcia wpatrywał się tępo w przewijające się po ekranie kolumny cyfr towarzyszące instalacji jakiegoś programu o bardzo prymitywnej oprawie graficznej. Łaskocząc go swoimi długimi włosami zapytała wtedy, czy widzi tam brunetki blondynki i rude. Tylko, że życie to nie był film. On widział tam ciągi cyfr, które układały się w sensowne całości, mające jakieś znaczenie i zastosowanie. Widział błędy i ich rozwiązania. Niedoskonałości i ozdobniki tylko spowalniające wykonanie zadania. Nigdy nie zobaczył w kodzie żadnej blondynki, ale może to i lepiej. Wolał nie być jednym z tych kolesi, którzy zakochują się w dziewczynach, których nazwisko brzmiało JPG. Szkoda mu było na to czasu i ręki.

– Może byś mi pomógł? Przesłałabym ci połowę kodu – w głosie matki tliła się iskierka nadziei, wzbudzona chwilowym zainteresowaniem ze strony syna.

– O nie, nie, nie, koleżanko. Tak to nie ma. Raz, że każesz mi się wyprowadzić z Nowego Jorku – zaczął jej wyliczać na ubrudzonych czekoladą palcach. – Dwa, przywozisz mnie w tą dzicz. Trzy i to najważniejsze, zjadasz mi kolację, a teraz prosisz o pomoc? Myślę, że powinnaś spodziewać się spotkania z Karmą.

– Ugryź się – mruknęła.

Jonah stał przy szklanej fasadzie domu, przyglądając się trawnikowi na zewnątrz i pokrytym gęstym lasem wzgórzom, które tonęły w odcieniach zieleni brązu i złota. W świetle dnia okolica nie wyglądała tak strasznie, jak podczas nocnej przejażdżki, nie wyglądała nawet tak strasznie, jak w chwili, kiedy po raz pierwszy przemierzali ją taksówką. Był to zwykły las, jakich wiele było w kraju. Ostatni bastion przyrody powoli otaczany ze wszystkich stron przez cywilizację. Możliwe, że miejsce to mogło się okazać wcale nie bardziej dzikie aniżeli Central Park z jego kojotami, które coraz częściej nocami wybierały się na ulice miasta.

Kiedy wczorajszego ranka startowali z Nework, towarzyszyła im śnieżna zadymka i delikatny mróz. Pomimo zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, po wylądowaniu San Francisco powitało ich słońcem i szesnastoma stopniami. Dzisiaj zapowiadała się równie piękna pogoda. Ta zmiana była szokująca i wiedział, że o ile nie uda mu się na studia wyrwać z powrotem na wschodnie wybrzeże, to może zapomnieć
o śniegu na dobrych kilka lat.

– Zaczyna ci się tutaj podobać. Przyznaj się – matka obserwowała jego nieruchomą postać na tle dzikiej przyrody.

– Wprost przeciwnie, mamo. Wprost przeciwnie – mruknął odchodząc od okna. Matka nawet sobie nie wyobrażała, jak daleka była od prawdy, a on sobie nie wyobrażał jak to przynoszące koszmary miejsce, mogłoby mu się spodobać.

Pozostawił matkę przy komputerze, pochłoniętą rozwiązywaniem stojących przed nią problemów. Szukanie błędów w różnych programach, czasami napisanych przez nią samą, czasami przez kogoś innego, było dla niej niemal codziennością.

Matka była genialnym programistą i nie miało tu znaczenia w jakim języku program miał być napisany, czy też cel jakiemu miał służyć. Już dawno zrezygnowała z przesiadywania w biurze jakiejś wielkiej korporacji i zajęła się pracą „na własny rachunek”. Wedle wszelkiej posiadanej przez Jonaha wiedzy nigdy tego nie żałowała. Mogła pracować kiedy chciała, ile chciała i gdzie chciała. Co zazwyczaj sprowadzało się do spędzania przed komputerem niemal 24 godzin z małymi przerwami na jedzenie i kilka godzin snu u boku męża.

Niewątpliwie zarabiała teraz o wiele więcej, aniżeli w korporacji, ale i pracy miała niewspółmiernie więcej. Czasami był jej taki nawał, że nie chcąc stracić klienta przyjmowała zlecenie, nie mając na nie czasu. Wtedy też Jonah był dla niej jak przysłowiowa gwiazdka z nieba. Strzelał palcami, zasiadał przed komputerem i zgarniał niemałe pieniądze wykonując zlecenie matki. Tym razem był jednak zbyt wkurzony, by choćby myśleć o udzielaniu pomocy.

Pierwsze dni spędzane na zachodnim wybrzeżu ciągnęły się się w nieskończoność. Przynajmniej w jego opinii. Po leśnej przygodzie podczas pierwszej przejażdżki nawet nie przyszło mu do głowy by dotknąć kluczyków swojego samochodu. Raz, że gdy tylko pomyślał o przejażdżce, od razu wracało mu wspomnienie nocnego spotkania, a dwa, że co noc budził go ten sam koszmar. Wciąż i wciąż wędrował po ciemnym lesie na spotkanie z kobietą w czerwieni.

Całe dnie spędzał więc w swoim pokoju, czytając książki i surfując po internecie w akompaniamencie muzyki na tyle głośnej, by zagłuszyć dobiegające zza okna odgłosy natury. Nie bał się jej, ale doprowadzała go do szału.

Każdy dzień niezmiennie rozpoczynał od przejrzenia swojej skrzynki mailowej, która w niesłychanym wręcz tempie zapełniała się zaproszeniami na imprezy od osób, do których nie mogło dotrzeć, że był już poza zasięgiem. Kasował je nawet nie zawracając sobie głowy czytaniem. Jak dotąd godne uwagi okazały się jedynie dwie wiadomości. Jedna zawierała pożegnalną serię zdjęć od których robiło się naprawdę gorąco, przesłaną przez jedną z koleżanek. Druga była od mistrza. Mistrz był dla niego mentorem, a od wyjazdu Sam stanowił także jedyne oparcie, na jakie zawsze mógł liczyć w Nowym Jorku. Jonah nigdy nie odważył mu się zwierzyć ze wszystkich swoich tajemnic. Tajemnic, o których często wiedziała tylko i wyłącznie Sam i pojęcia o których nie mieli jego rodzice. Mimo tego, mistrz był tą osobą, która niejeden raz pomogła mu wyciszyć tkwiące w nim demony. Mistrz oferował skontaktowanie go z zaufaną osobą mieszkającą w pobliżu San Francisco.

Teraz, kiedy był daleko od Nowego Jorku, daleko od Sam i po tylu latach znowu śnił, wcale by się nie zdziwił jeśli zbudziłyby się i demony. Oferta wydawała się więc nader kusząca.

Wigilijny poranek powitał go niezmiennie błękitnym niebem, umiarkowanie ciepłym powietrzem, tonami spamu i matką okupującą swoje miejsce z którego widziała niemal cały dom. Po raz kolejny przyszło mu wybierać pomiędzy notorycznym kontaktem z matką, a uwięzieniem w swoim małym królestwie. Przygryzł wargę, niezdecydowany, czy wybrać śniadanie w towarzystwie matki, czy dwudniowe chipsy.

Żadna z tych opcji nie wydawała się zbyt kusząca. Jedna pozbawiona była smaku, a druga mogła przyprawić go o wrzody. W akcie desperacji uznał, że nic nie straci ryzykując śmierć z rąk czerwonego monstrum zamiast śmierci głodowej.

Dopiero za kierownicą swojego auta, w przyjemnym akompaniamencie mruczącego silnika uświadomił sobie, że wcale nie zna okolicy i pojęcia nie ma dokąd się udać. Nawigacja mogła mu podać najbliższe i najdalsze restauracje, ale z całą pewnością nie te smaczne, czy tym bardziej godne uwagi. Na fotelu pasażera spoczywała samotnie biała serwetka z East-West Dinning, w umyśle Jonaha skrystalizował się obraz zalotnie uśmiechającej się blondynki z okienka. Było raczej mało prawdopodobne, by dziewczyna miała być w pracy i nie wiedział dlaczego właściwie miałaby być na sali, gdzie zamierzał siąść, zamiast oczekiwać na zamówienia w okienku. „Może jej koleżanka złamała nogę” pomyślał wciskając gaz. Otaczające wąską dróżkę krzewy rozmyły się w jedną smugę.

Bar, czego nie zauważył pierwszego wieczora, wyglądał jak wyjęty z taniej komedii dla nastolatków. Takiej, w której to ubrane w mundurki cheerleaderek kelnerki zabiegają o względy miejscowych mięśniaków. Był to rozłożysty, parterowy budynek z przeszklonymi ścianami i mocnym betonowym zadaszeniem. Całość nie napawała optymizmem, choć matka nie narzekała na jedzenie, więc chyba było w porządku. Rozejrzał się raz jeszcze po okolicy, był dzieckiem Manhattanu. Najwspanialszego miejsca na świecie. Mieszkał w budynkach, które swoimi szczytami kroiły chmury, wyrastając ponad smog i poranną mgłę. Wyrastające przy barze osiedle domków budziło w nim na wpół śmiech, na wpół politowanie. Były jak domek z bajki o trzech świnkach i wilku, który chuchał, dmuchał i rozwalił chatkę w drobny mak.

Wnętrze lokalu było o tej porze niemal zupełnie puste. Zaledwie kilka osób zajmowało porozdzielane niskimi, trzcinowymi płotkami boksy ze skórzanymi kanapami, stoliki na środku sali pozostawiając zupełnie puste. Wystrój utrzymany gdzieś wpół drogi pomiędzy barem z hamburgerami a chińską restauracją bawił, ale i nadawał unikalnego klimatu.

Jonah siadł w jednym z boksów niemal natychmiast odpalając swój komputer i zabierając się do pisania opowiadania, które porzucił jeszcze w Nowym Jorku. Nie wiedział, czy ma podchodzić do baru, by złożyć zamówienie, ale małe karty na stole i kręcące się poprzedniego dnia po sali dziewczyny w kitelkach dawały nadzieję na bycie obsługiwanym. Kolejne słowa zaczęły uzupełniać jego historię o nowe, fascynujące elementy, które miały zacieśnić intrygę i zelektryzować potencjalnych czytelników.

– Co podać?

– Pierożki wonton – odpowiedział, nie podnosząc wzroku od ekranu. Strasznie ciążyła mu na sercu i żołądku utrata poprzednio zakupionej tu kolacji.

– Nie za wcześnie na wonton?

– Nigdy nie jest za wcześnie na wonton – podniósł wreszcie wzrok, tylko po to, by natrafić na zalotny uśmiech blondynki z okienka. Na jego usta zabłądził delikatny uśmiech – Chyba, że możesz mi zaproponować, coś naprawdę godnego uwagi?

– A więc pierożki wonton – zanotowała skrzętnie w małym notesiku. – Coś do picia?

– Do picia, hmm. Do picia najlepsza byłaby – zastanawiając się, delikatnie postukał się opuszkiem palca wskazującego w usta, nie przestając świdrować blondynki wzrokiem.

– Herbatka imbirowa?

– Tak. Też tak myślę – zgodził się, kiwając powoli głową.

– Czy to wszystko?

– Tak, dziękuję.

– Zaraz przyniosę herbatkę, na resztę zamówienia musi pan chwileczkę zaczekać.

– Jonah.

– Proszę?

– Jestem Jonah.

– Musisz zaczekać na resztę zamówienia, Jonah.

To było tak, jakby dwie rzeczy były ze sobą ściśle powiązane. Dzwonek zawieszony nad drzwiami zadzwonił, gdy tylko blond kelnerka odeszła ze złożonym przez niego zamówieniem. Jonah nie widział kto wszedł do wnętrza lokalu, ale od tej chwili nie mógł się skupić na poprzednim zajęciu. Nieustannie czuł potworny ciężar, który spoczywając na jego barkach napinał wszystkie mięśnie w ciele. Nie było to uczucie towarzyszące przeświadczeniu, że ktoś cię obserwuje, ani też uczucie niepokoju, czy przemożnej chęci odwrócenia się w tamtym kierunku. Było to uczucie, które towarzyszy potrzebie podjęcia działania, które wydaje się na wskroś nieodpowiednim, tylko dlatego, że sytuacja jest nieznośnie irytującą. Było to uczucie, które – jak pamiętał – zazwyczaj poprzedzało obudzenie się w nim demonów. Wziął kilka głębokich wdechów, uspokajając swój organizm, rozluźniając mięśnie i oczyszczając umysł, nim powoli odwrócił głowę. Dobre dziesięć metrów od niego, przy jednym ze stolików siedział wysoki chłopak o kasztanowych włosach w bezładzie opadających do połowy pleców. Ubrany był w oblepiony nazwami sponsorów kombinezon motocyklowy. Nawet z tej odległości Jonah czuł bijący od kolesia smród benzyny i zmokniętego psa. Choć ten drugi akurat, był zupełnie pozbawiony sensu. Poczuł, jak zaciskają mu się szczęki, a pięści zaczynają swędzieć, gotując się do brutalnego spotkania z przeciwnikiem. Ramiona na powrót się napięły, a ciało przybrało pozycję umożliwiającą jak najszybszy skok od stolika. Tylko tego mu teraz brakowało, by zaraz po przyjeździe obudził się w nim jeden z demonów. Choć właściwie, to czemu by nie. Co go powstrzymywało. Sam? Sam była daleko i nie widzieli się całe wieki. Rodzice? Oni już dawno nie stanowili argumentu. Mistrz? Po raz pierwszy od dawna znajdował się poza zasięgiem jego opiekuńczych ramion. „Jeśli nie możesz ich powstrzymać, to ty wybierz, który się objawi” Sam powiedziała mu podczas jednej z długich nocy, kiedy żadnemu z nich nie chciało się spać. Nigdy nie sprawdzał tej teorii i nie wiedział nawet jakie dokładnie demony kryły się w jego wnętrzu. Zwęził oczy, rejestrując całe otoczenie. Przykręcone do podłogi stoliki, krzesła o aluminiowych ramach, plastikowe stojaczki na menu, butelki z sosem zrobione z grubego szkła, małe doniczki
z drewnianymi kwiatuszkami. Poczuł, jak krew zaczyna pulsować w nim szybciej.

– Zobaczyłeś coś ciekawego? – Głos kelnerki podziałał niczym kubeł lodowatej wody.

– Szczerze powiedziawszy, przed wejściem do baru nie widziałem absolutnie niczego wartego mojego zainteresowania.

– Musiałeś mieć beznadziejnego przewodnika – dziewczyna wydukała, płonąc rumieńcem. Nie miał pojęcia, że w dzisiejszych czasach dziewczyny potrafiły jeszcze spłonąć rumieńcem. Było to ciekawe odkrycie.

– Taaa, muszę poszukać lepszego – bawiło go to igranie z dziewczyną. Nigdy nie zawracał sobie głowy flirtowaniem i właściwie nie wiedział, czy to co robił kwalifikowało się jako flirt. Najwyraźniej jednak działało… Jakoś. – Może możesz mi kogoś polecić.

– Może… ale dzisiaj nic na to nie poradzę – odpowiedziała, biorąc się w garść.

– Oj, a czemuż to?

– Koleżanka złamała nogę i musiałam ją zastąpić.

– Absolutnie nie mogę powiedzieć, by było mi przykro z tego powodu – odpowiedział jej, czując jak robi mu się zimno na wiadomość o złamanej nodze.

– Twoja herbata – nagle przypomniała sobie o wciąż trzymanym zamówieniu, z lekkim brzękiem stawiając filiżankę i czajniczek na blacie.

Rozmowa odwróciła jego uwagę od długowłosego faceta, pozwalając ponownie skupić się na pisaniu swojej powieści. Gdzieś w zakątkach umysłu wciąż tłukła mu się złamana noga kelnerki. Nie wierzył w coś takiego, jak zbiegi okoliczności, a w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin wydarzyło się ich tyle, że zaczynało go powoli mdlić.

Dziewczyna nie odezwała się już do niego, ani przy podawaniu zamówienia, ani kiedy przyniosła rachunek, choć wciąż się uśmiechała, kiedy na nią spoglądał. Nie widział, czy jest zła za jego opinię o złamanej nodze koleżanki, czy może wyczerpał jej się zasób tematów do rozmowy z klientami.

Do rachunku jak zawsze w takich lokalach dołączone było ciasteczko z wróżbą. Nie lubił tego zwyczaju i nie przepadał za bzdurnymi wróżbami, jakie zapisywane były na karteczkach: „Rozwiązanie twojego problemu jest już w twojej głowie”. „Miłość twojego życia jest tuż za rogiem”. „Póki się nie poddałeś, jesteś zwycięzcą.” Miał zostawić je nie przełamane, by ktoś inny znalazł swoją „szczęśliwą wróżbę”, ale to był nowy początek, czemu więc i nie spróbować. Ciasteczko trzasnęło, pyląc talerzyk drobnymi okruszkami, kiedy przełamywał je na pół. Wewnątrz jak zwykle znajdował się biały rulonik z dobrą wróżbą.

Ona czeka właśnie na ciebie”

Uśmiechnął się delikatnie. Jak zawsze o wszystkim i o niczym. Spojrzał na blond kelnerkę w oczekiwaniu na jego rachunek zajmującą się innym klientem. W nagłym impulsie wyjął z kieszeni długopis, na odwrocie wróżby zapisując numer telefonu.

Kiedy wychodził z lokalu jego mięśnie ponownie się napięły, a w nozdrza uderzył nieznośny smród. Zatrzymał się, machinalnie odwracając głowę ku źródłu smrodu, którym nadal był nieznany mu koleś.

– Na co się gapisz, młody? – Mężczyzna spojrzał na stojącego przed nim Jonaha. W jego wzroku kryła się jakaś dzikość i zezwierzęcenie.

– Śmierdzisz jak mokry kundel – Jonah warknął, marszcząc nos. Oczy mężczyzny błysnęły i przez chwilę wydawać się mogło, że Jonah doczeka się wymarzonej walki.

– Nie da się ukryć – koleś zarechotał, tracąc zainteresowanie Jonahem.

Idąc przez parking odwrócił się jeszcze w stronę lokalu, gdzie kelnerka chowała do kieszeni mały rulonik.

– Gdzie byłeś?! – Matka zawołała, gdy tylko trzasnęły drzwi.

– Podrywałem dziewczyny! – Odkrzyknął zbiegając już po krętych schodach.

– Ha, ha, ha – Usłyszał ironiczny śmiech matki. – Ja się poważnie pytam!

– Nikt w tym domu nie gotuje, więc wyskoczyłem na śniadanie – krzyknął po raz ostatni – i podrywałem dziewczyny – dokończył cicho, otwierając drzwi do swojego pokoju.

– Wystarczy że rzucisz sobie na ścianę odpowiednią fototapetę i fanki wampirów ustawiać się będą do twojego łóżka w kolejce, bez konieczności ich podrywania – Na jego łóżku w nonszalanckiej pozie leżała długowłosa blondynka obdarzona przez naturę wszystkim tym, co powala mężczyzn na kolana.

– Sam! – Wykrzyknął zszokowany, ale i uradowany jej widokiem.

– Cześć mały – nawet nie zaprzątnęła sobie głowy czymś takim, jak wstanie, by się przywitać.

– Ale jak? Przecież jak rozmawialiśmy byłaś w Bostonie. Nie byłaś? – Chłopak pogubił się na jej widok.

– Kiedy siedziałeś w tym lesie, wynaleźli coś takiego jak samolot. Swoją drogą, następnym razem masz po mnie wyjechać. Straciłam majątek na taksówkę. Nasze bardziej rypią, jak po nich skakać – Powiedziała podnosząc się wreszcie na łóżku i delikatnie na nim podskakując.

– Wasze łóżka rypią, bo zamiast się uczyć, ciągle po nich skaczecie – Przytulił ją mocno.

– Touche – zaśmiała się. – Sądziłam, że siedzisz tutaj zapłakany i chciałam cię pocieszyć jedzeniem – wyciągnęła w jego stronę papierowe pudełko. – Ale skoro sam już sobie poradziłeś z tym problemem…

– Dzięki! – Szybkim ruchem odebrał pudełko, opadając na łóżko obok niej i ciesząc się nieproporcjonalnie do otrzymanego prezentu. Mieli z Sam niemal identyczne upodobania, a za ulubione potrawy mogliby zabić, nawet jeśli byli całkowicie najedzeni, jak on teraz i miały im one wyjść uszami. – Rodzice wiedzą, że przyjechałaś?

– Nie. Teleportowałam się wprost do twojego pokoju. Ktoś mnie przecież do tej twierdzy musiał wpuścić – przewróciła oczami, odpowiadając z przekąsem. – To było jakieś tajne więzienie, czy coś?

– Ja stawiałem na kryjówkę Al-Kaidy – Zaśmiał się, zadowolony, że nie jest odosobniony w swojej opinii.

– Mm-mm. Al-Kaida nie chowałaby się w lesie. To zbyt oczywiste. Raczej ulokowaliby się w centrum jakiejś metropolii – powiedziała przełykając swoją porcję obiadu.

– Sam chętnie ulokowałbym się w jakiejś metropolii – przyznał. – Ale wracając do pierwszego pytania. Co ty tutaj robisz? Wywalili cię ze studiów?

– Jak możesz! – Udała urażenie. – Mam stypendium naukowe.

– Chodziło mi o to, co robisz po nauce.

– Po nauce śpię w swoim pokoju – uściśliła pospiesznie.

– Aktywnie.

– Pasywnie. Zajmij się lepiej swoim łóżkiem, bo jak sam zauważyłeś, jest mało wyskakane – posłała mu kuksańca pod żebra.

– Z tym klawiszem na dole? – Uśmiechnął się kwaśno. – Żadnego łóżka nie wyskaczę, chyba że udając że jest trampoliną. No ale dobra, to po co przyleciałaś?

– Odwiedzić rodzinę. Mam ferie, a święta za pasem. Gdzie choinka, Jo?

– Wybierz sobie dowolną. Za oknem są ich setki – wskazał ścianę lasu od widoku którego nie można było się uwolnić.

– I żadna nie jest ubrana – zwróciła mu uwagę.

– Ubrana została na Rockefeller Plaza.

– To nic, jakąś się znajdzie i ubierze. Jeszcze nic straconego – Zatarła ręce, gotowa do podjęcia się świątecznego wyzwania. Reszta posiłku i kolejna godzina zeszła im na rozmowie o Sam, która już czwarty rok studiowała w Bostonie, spędzając z rodziną zaledwie kilka tygodni w roku. Od ich ostatniego spotkania minęło prawie sześć miesięcy, co zaczynało być bardzo irytującym zwyczajem, który doskwierał im obojgu, bo choć jedno z nich wiodło już swoje dorosłe życie, a drugie w tą dorosłość wkraczało, nie odnajdywali rozrywki lepszej niż wzajemne przekomarzania i przyjaźni bliższej, aniżeli ich łącząca.

Samantha i Jonah byli szalonym rodzeństwem. Z jednej strony mimo różniących ich pięciu lat byli praktycznie nierozłączni i poszliby za sobą w ogień. Z drugiej zaś potrafili się tłuc i to bynajmniej nie do pierwszej krwi. Nie raz się zdarzało, że Jonah kończył jakąś sprzeczkę z rozcięta wargą, albo rozkwaszonym nosem. Sam świetnie się biła i uważała, że każda kobieta powinna potrafić nie tylko się obronić, ale i sprać przeciwnika. To za jej namową zaczął ćwiczyć wschodnie sztuki walki.

To także dzięki Sam Jonah przeszedł przez okres dojrzewania bez krępujących rozmów z rodzicami, czytania bzdur w internecie i dowiadywania się jeszcze większych bzdur od szkolnych kolegów. Czasami, kiedy w tych czasach słuchał „mądrości” kolegów z klasy nie wiedział, czy ma się śmiać, czy załamywać. Później, kiedy zaczął wchodzić w dorosłość, Sam wyjechała studiować na MIT. Nie miał do niej żalu o to, że chciała się rozwijać, ale po części to właśnie jej nieobecnością w tym okresie tłumaczył swoje niepowodzenia z dziewczynami. Nauczony okresem dojrzewania nie wierzył kolegom i internetowi, a odcięcie od ich kolorowanych opowieści i filmików w sieci sprawiło, że zupełnie nie wiedział, jak zabrać się do tematu.

– Na litość boską! – Wykrzyknęła podczas któryś odwiedzin w domu. – W naszych czasach musieliśmy sobie radzić bez RedTube! Kładziesz ją na plecach, zabezpieczasz się i robisz co należy. Dwie trzecie facetów ma gdzieś to, czy sprawiają dziewczynie przyjemność, więc i ty się tym nie przejmuj za pierwszym razem. Upośledzone dzieci internetu – zakończyła wtedy swoją przemowę.

Pomogło.

– Masz już plan, co będziesz robił po liceum? – Zmieniła nagle temat, kiedy opowieść o uniwersyteckim życiu dobiegła końca.

– Wyrwę się z tego lasu, choćbym miał sobie drogę wyrąbać tępym toporem – odparł masując sobie nadgarstek, jakby rozgrzewał go przed długą i ciężką pracą.

– Nie o to pytam.

– Chcę studiować na MIT, jak ty.

– Ani mi się waż! – Wykrzyknęła, aż zadzwoniło mu w uchu.

– Co, boisz się przedstawić mnie swoim koleżankom? Czy nie dałbym sobie rady?

– Jestem pewna, że byłyby tobą zachwycone i z całą pewnością dałbyś sobie radę. Jesteś za normalny, żeby z nami studiować. To by ci wyprało mózg.

– Tak jak tobie?

– Ja byłam szurnięta nim tam pojechałam – odparła z nieskrywaną dumą, wypinając pierś niczym mały bohater.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – wyszczerzył do niej zęby, za co oberwał łokciem w żebra.

– Po co się tam w ogóle pchasz?

– Najlepsze wydziały robotyki i nanoinżynierii w kraju.

– A nie myślałeś o filmoznawstwie, scenopisarstwie, albo reżyserii? – Strzeliła tak daleko od jego pomysłów, że przez chwilę nie wiedział co odpowiedzieć. – No co się patrzysz. Widziałeś więcej filmów niż cała rodzina razem wzięta.

– Sugerujesz, żebym został odszczepieńcem rodziny?

– Sugeruję, że możesz robić co chcesz i zarobić na tym lepszą kasę, niż na inżynierii i oboje wiemy, że jesteś w tym świetny. Przyznaj się, co ostatnio napisałeś? No przyznaj się – zachęcała, poszturchując go łokciem.

– Dam ci do poduszki, jeśli będzie ci się w nocy nudziło – uśmiechnął się zdawkowo.

– Umowa stoi – to niesamowite, jak szeroki uśmiech potrafił zagościć na jej twarzy, kiedy popadała w samozadowolenie. – i pamiętaj. Bądź kim chcesz, a rodziców zostaw mnie – zabrzmiało to naprawdę groźnie, koniec końców oboje wybuchnęli jednak gromkim śmiechem.

Obecność Sam w domu była miłą odmianą. Na pierwszy rzut oka nie przypominali siebie w niczym. Ona podobna do ojca. Blondynka o zgrabnym, lecz wysportowanym ciele i śniadej cerze. Swoim metr osiemdziesiąt pięć górowała nad innymi dziewczynami i większością chłopaków. On prawie pół głowy od niej niższy, szczupły brunet podobny do matki jak dwie krople wody. Teraz, w wyniku nowojorskiej zimy, dodatkowo blady jak ściana. Tylko czekał na kolejny dowcip o posypywaniu brokatem. Mieli jednak wspólną cechę, która ich matkę doprowadzała do furii, a pozbawionego poczucia humoru ojca na skraj załamania. Rodzeństwo było niezrównanymi mistrzami sarkazmu, którego pokłady były wprost niewyczerpane. Bywały takie dni, że nie porozumiewali się między sobą, ani z domownikami w inny sposób aniżeli sarkazmem, ironią i docinkami, nawzajem się napędzając. W takie dni ojciec milczał, nie wiedząc kiedy mówi się do niego prawdę, a kiedy się żartuje, a matka dostawała furii świadoma, że odziedziczyli tą cechę właśnie po niej. Teraz historia miała się powtórzyć.

W domu Wolfich święta nigdy nie były celebrowane w jakiś szczególny sposób. By nie powiedzieć, że nie były celebrowane wcale. Gdzieś w rogu stała niewielka choinka, na ścianie rozwieszone było kilka stroików i girlandy różnokolorowych lampek, a do żyrandola przywieszona była jemioła pod którą nikt się nie całował. Cały ten wystrój tworzony był z myślą o niespodziewanych gościach, którzy mogliby odwiedzić dom. Sami zaś domownicy zapuszczali cicho kolędy i zajmowali się swoimi sprawami. Jonah pisał sobie jakieś opowiadanie, albo oglądał z Sam durny film na zawieszonej na ścianie plazmie. Matka wykonywała kolejne zlecenie, a ojciec siedział nad firmowymi projektami, albo hodował wirtualną farmę na jednym z internetowych porali. Ot dzień jak co dzień. Tym razem było jednak inaczej.

Sam uparła się wyprawić prawdziwe święta, takie jak dziadkowie przed laty. Groźnym tonem nakazała ojcu przez telefon, by kupił po drodze choinkowe ozdoby w miejsce tych, które bezmyślnie zostawili w Nowym Jorku. Jonah został wypędzony z domu, by wykarczował krzaki, broniące dostępu do rosnącej na obrzeżach trawnika jodły. Matka uciekła w popłochu do swojego gabinetu, kiedy Sam objęła we władanie kuchnię, tłukąc się niemiłosiernie garnkami. Wszystko to było surrealistyczne do granic możliwości.

Na dworze wiało już chłodem, kiedy Jonah z maczetą w dłoni szedł przez lekko wilgotny trawnik w kierunku wysokiego drzewka. Słońce zapadało się coraz głębiej w wody Pacyfiku, oddzielone od nich pasmem zielonych wzgórz. W dolinę, którą mogli podziwiać z okien swego domu dawno kradł się mrok.

Zgrabiałe, poskręcane niczym przerażające ramiona leśnych wiedźm gałęzie roślin, które na zawsze pozostając ledwie wyrastającą ponad leśne poszycie knieją, stanowiły schronienie dla niezliczonych gatunków ptaków, gryzoni i zajęcy, pękały przy spotkaniu z ostrzem. To nie najostrzejsze z ostrzy, ani też niespotykana siła prowadzącego je człowieka sprawiały, że gałęzie na zawsze rozstawały się z pniem rośliny. Tajemnica tkwiła w pewnej dłoni osoby trzymającej maczetę. Kiedy opadające ostrze stykało się z ciętym przedmiotem, nie mogło wygiąć się choćby na milimetr. Ruch musiał być prosty, celny i pewny niczym uderzenie opadającej gilotyny. Jonah uderzał celnie, raz za razem, nie zatrzymując się nawet na chwilę i skupiając na szybkim ruchu co chwila opadającego ramienia, któremu towarzyszył dźwięk metalu tnącego coraz bardziej wilgotne powietrze. Szybko na jego czoło i ramiona wystąpiły krople potu, kiedy organizm rozgrzewał się od wysiłku. Po wykarczowaniu niemal wszystkich niechcianych roślin chłopak zatrzymał się, by otrzeć pot, którego słone strużki zaczynały już napływać mu do oczu, powodując ich pieczenie. Natychmiast poczuł oblepiające jego ciało zimno bijące od przyrody, wziął kilka głębokich wdechów, ale nie przyniosły mu one spodziewanej ulgi. Wraz z oblepiającym chłodem, jego ciało opanowało inne uczucie. Uczucie bycia obserwowanym. Szybko odwrócił się ku domowi, gdzie Sam siedziała na kuchennym blacie machając nogami i rozprawiając się z miską dyniowych pestek. Dłoń mocniej zacisnęła się na rękojeści maczety, przygotowując ją do natychmiastowego ciosu. Odruchowo przygiął się, naprężając się w gotowości do odparcia ataku. Dokładnie tak, jak w czasie treningów z Mistrzem. Uważnym wzrokiem przeczesywał ścianę lasu poza i ponad ich trawnikiem, nie dostrzegając najmniej oznaki cudzej obecności. Wykonał szybki obrót, ale i tym razem nie dostrzegł nic ponad delikatnie falujące gałęzie.

– Jeszcze nie skończyłeś? – Sam spytała zdziwiona, wychodząc na trawnik.

– Nie. Musiałem chwilę odpocząć – odpowiedział jej, powoli odwracając się plecami do czarnej ściany lasu.

– Odpocząć? Niby po czym?

– Chcesz sobie pomachać – wyciągnął w jej stronę dłoń, wciąż kurczowo zaciśniętą na rękojeści maczety.

– Machaj, machaj. Nic ci nie będzie – odwróciła się, udając że nie widziała podawanego jej narzędzia.

– Szkoda, bo ja też pojadłbym sobie pestek – odpowiedział jej z nieskrywaną drwiną.

– Nie podskakuj Jo, bo stanę się wyrodną siostrą – zabrała się za zgrabianie obciętych gałęzi.

– A to jesteś inną? – Trzonek grabi śmignął o centymetry od jego uda i to tylko dlatego, że zdążył odskoczyć. Sekunda nieuwagi i już leżałby na ziemi, sycząc z bólu i nie mogąc porządnie chodzić co najmniej przez dwa dni. Rodzeństwo resztę wieczoru spędziło na wspólnym czyszczeniu trawnika i ubieraniu najwyższej choinki, jaką mieli kiedykolwiek. Chłopaka nawet na chwilę nie opuściło jednak uczucie bycia obserwowanym i całe pozytywne nastawienie, z dzisiejszego powrotu do domu i obecności siostry prysło.

W nocy znowu męczył go koszmar, lecz tym razem coś się zmieniło.

Jeden komentarz

  • Mirellka2R 25 października 2017jako09:43

    Musze sie wam pochwalic w koncu zrzucilam – 6 kilogramow. Przeszukalam chyba caly polski internet zeby znalezc cos na odchudzanie i znalazlam. Wpiszcie sobie w google: ranking srodkow odchudzajacych xxally

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *