14. Zjawa i Epilog

26 grudnia 2017

Szedł przez las cicho stawiając kolejne kroki. To był magiczny czas, magiczna pora. Moment, kiedy noc jest najciemniejsza, tuż przed pierwszymi oznakami jutrzenki. Stworzenia nocy poszły już spać, a stworzenia dnia wciąż spoczywały w swych legowiskach. Nawet jeden ptak nie przerywał wszechobecnej ciszy. Ostrożnie omijał kolejne pnie, bardziej wiedząc o ich obecności, aniżeli je widząc. Dostrzegł ją już z daleka, jej długi płaszcz płonął niczym czerwona pochodnia wśród nocy. Była jak żywy drogowskaz.

Przyspieszył kroku, w biegu przeskakując zwalone konary i zagradzające mu drogę gałęzie. Tym razem żadna siła go nie pchała, to on sam biegł do niej. Czuł potrzebę, by znaleźć się przy niej. Szła przed siebie, ale nie tak jak zawsze, kiedy spacerowała, gładząc mijane pnie. Dziś jej krok był zdecydowany, zmierzała do celu. Nie była sama, dwa kroki przed nią kroczył płowy wilki. Tylko raz spotkał się oko w oko z wilkiem, ten był ogromny. Zwierzę zdawało się nie zwracać uwagi na ich obecność, kroczyło dostojnie ku tylko sobie znanemu celowi. Jonah patrzył na Reed, która zdawała się go nie słyszeć. Widział w niej zmianę. Nie była już tą wystraszoną dziewczynką sprzed kilku nocy. Kroczyła dumnie, tak jakby ten wilk dodawał jej odwagi, której sama nie miała w swoich snach.

– Las to jest bardzo niebezpieczne miejsce, Reed Hut. – Powiedział, wpatrując się w nią.

– Nawet nie masz pojęcia. – Szepnęła, spoglądając przed siebie. Stali na doskonale mu znanej skale, którą codziennie oglądał z okna swojego pokoju, a przed nimi stał spowity w mroku dom Wolfów.

– Nawet nie masz pojęcia. – Powtórzyła, zwracając się
w jego stronę. Z jej ust wyrwał się przeszywający wrzask.

Jonah poderwał się z łóżka, szybko podbiegając do okna, za którym panował mrok. Na skale w cieniu drzew stał ogromny szary wilk patrząc w okno… Patrząc prosto w jego oczy.


Siedziała na swoim łóżku dysząc ciężko. Czuła jak serce jej kołacze, pragnąc się wyrwać i uciec jak najdalej. Wokół panowała nieprzenikniona noc. Usłyszała tupot stóp o nagie deski podłogi. W drzwiach pokoju stanęła babcia, ubrana jedynie w białą koszulę, z niewielką lampą w dłoni.

– Co się stało, dziecko? – Musiała krzyczeć.

– Miałam koszmar, miałam koszmar, miałam koszmar. – Ostatni raz powiedziała te słowa niemal ze śmiechem w głosie. Miała koszmar. Nigdy w życiu nie miała koszmaru, a teraz go miała i chciało jej się śmiać.

Była Reed Hut. Dziewczyną, która kroczy w czerwieni i na dodatek miała koszmary. Świat nabierał dla niej zupełnie nowych barw.

Nawet nie wiedziała, co czeka ją już wkrótce.

Jeden komentarz

  • NIkiTKA 27 grudnia 2017jako23:26

    Czytałam z wypiekami na twarzy…. Znów. Mam pewność, że zawsze mnie będzie tak emocjonować ta powieść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *