13. Gorąca impreza u Ashley

19 grudnia 2017

Mediów nie obiegła następnego dnia informacja o śmierci kolejnej dziewczyny, a w poniedziałek Reed Hut cała i zdrowa pojawiła się na szkolnych korytarzach, wciąż unikając spotkania z nim. Siostra Gabe’a także czuła się znacznie lepiej, i choć nadal nie odzyskała świadomości, lekarze z coraz większym optymizmem mówili o jej szansach. Najwyraźniej morderca, niezależnie czy było to stworzenie, które skradało się ku Reed, czy też ktoś zupełnie inny, postanowił się na pewien czas przyczaić i po wpadce z Adally przeczekać, aż emocje opadną, a policja straci czujność.

Tymczasem słońce na dobre zagościło na niebie i wiosna zaczęła zbliżać się wielkimi krokami, a wraz z nią pierwsza poważna impreza w nowym roku. Pół szkoły żyło wydarzeniem towarzyskim roku, jakim miało być powitanie wiosny w willi Spencerów, rodziców Ashley. Samych państwa Spencer oczywiście miało w tym czasie nie być w domu, a nawet i w mieście. Wraz z młodszym bratem Ashley spędzali weekend w Los Angeles, pozostawiając swojej córce dom pod opieką. Jonah nie wiedział, czy państwo Spencer byli świadomi szykowanej przez córkę imprezy, czy też uważali, że będzie się grzecznie uczyć z koleżankami. Jeśli o imprezie wiedzieli, Jonah nie mógł się nadziwić zaufaniu, jakim darzą swoją córkę. Nie wyobrażał sobie, by jego rodzice pozwolili mu zorganizować dziką imprezę pod swoją nieobecność. Jeśli zaś o imprezie nie wiedzieli, byli bardzo naiwni.

Kiedy podjeżdżał pod dom przy Sequoia Park Drive 54912, przeszło mu przez myśl, że pomylił daty albo impreza została przeniesiona. Przed domem Ashley stały tylko trzy samochody, podczas gdy w Rino samochodami zastawiony był cały podjazd i spora część trawnika. Dźwięki muzyki również były znacznie cichsze, aniżeli w czasie pustynnej imprezy. Kiedy rozważał, czy nie powinien jednak zawrócić, kilka metrów za nim zatrzymał się suburban, z którego wysiadła grupa dzieciaków ze szkoły. Zaczął śmiać się w głos. W życiu nie przyszłoby mu do głowy, że licealiści mogą być podwożeni na imprezę przez rodziców. Przynajmniej ograniczy to ryzyko wypadków spowodowanych przez pijanych nastolatków. Kręcąc głową wjechał na podjazd, bez skrupułów zastawiając żółte camaro. Ktoś musiał być fanem serii o wielkich robotach z kosmosu.

Kiedy podszedł pod frontowe drzwi, muzyka stała się na tyle głośna, że postanowił odpuścić sobie dzwonienie, którego zapewne i tak nikt by nie usłyszał, i bezceremonialnie wszedł do środka, jak do siebie.

Po raz pierwszy znalazł się wewnątrz willi Spencerów. Ashley nigdy nie zaprosiła go do środka, zawsze każąc mu się zatrzymać przy chodniku. Teraz mógł wreszcie ocenić, jak mieszka dziewczyna, dla której połowa chłopaków w szkole jest na pstryknięcie palcami, gotowa wykonać każdy rozkaz, druga zaś połowa żałuje, że takiego pstryknięcia nigdy nie dostąpią. To niesamowite, jak wiele fajnych dziewczyn nie miało w liceum chłopaka, tylko dlatego, że faceci wzdychali do tych, które były poza ich zasięgiem. Między innymi dlatego Jonah mieszkając w Nowym Jorku nie zawracał sobie głowy szukaniem i zdobywaniem dziewczyny. Strata czasu, strata nerwów i zawód po odrzuceniu. Komu to było potrzebne? Teraz też nie zawracał sobie głowy szukaniem dziewczyny. Dla odmiany to one postanowiły zawracać mu głowę sobą.

Z wystroju wnętrza można było wyciągnąć dwa wnioski – albo państwo Spencer byli minimalistami, albo dom został pozbawiony wszelkich przedmiotów, które mogły uszkodzić się, uszkodzić kogoś, zaginąć, albo zwyczajnie zawadzać podczas imprezy. Pozostało tylko kilka stojących pod ścianami stołów, długa sofa i kilkanaście poduch do siedzenia. Po co Spencerom było tyle poduch do siedzenia, pozostawało zagadką. Wewnątrz kręciło się już co najmniej dwa tuziny gości. Głównie byli to mniej popularni uczniowie, którzy dostąpiwszy zaszczytu uczestnictwa w takiej imprezie nie chcieli przegapić z niej nawet minuty. Szwendali się więc po pokojach, niezdarnie próbując podrygiwać w rytm muzyki i udając wyluzowanych, choć czuli się tutaj niczym Tarzan zabrany z dżungli.

– Jonah! – Usłyszał niemal jednoczesny okrzyk dwojga gardeł. – Jesteś dokładnie tym, kogo nam trzeba.
W jego stronę spieszyły Betty i Jinx, dwie najlepsze psiapsiółki Ashley.

– Czuj się zaszczycony, zaraz cię wykorzystamy. – Zaćwierkały, chwytając go pod ramiona.

– Obiecanki cacanki. – Objął dziewczyny w talii, dając się zaciągnąć w głąb domu.

– Zobaczysz i żebyś później nie mówił, że cię nie ostrzegałyśmy. – Pchnęły go w zamknięte drzwi, przez które wpadł wprost do kuchni.

– Wilczku! – Ashley zakręciła się z drewnianą łychą w ręku. Był to surrealistyczny widok. – Właśnie twych silnych ramion mi trzeba. Zaniesiesz misę z ponczem do salonu. – Jak zawsze, z jej ust nie padło pytanie, ani prośba. Nie było to nawet polecenie, a zwykłe stwierdzenie faktu.

– Mówiłyśmy, że cię wykorzystamy. – Jinx cmoknęła go
w policzek.

– Mam ją postawić w konkretnym miejscu? – Spytał, podnosząc naprawdę ciężkie naczynie, z pływającymi w nim kawałkami owoców.

– Gdzie ci się spodoba, byle z dala od dzieci i wilczków… Poncz jest zrobiony jak należy, a ja nie chcę cię mieć na sumieniu. – Poczuł, jak mała dłoń wędruje powoli w głąb jego kieszeni.

– Ja się tym zaopiekuję. – Mruknęła Betty, wyjmując mu kluczyki ze spodni. Mając ręce zajęte ponczem, nie mógł się nawet bronić.

– Widzisz, już może pić spokojnie. – Zamachała do Ashley kluczami jego wozu.

– Ja się po to zgłoszę nim noc się skończy. – Powiedział, niezbyt zadowolony ruszając do salonu. Misa ciążyła mu coraz bardziej.

– Liczę na to.

– Tylko nigdzie mi nie zgiń. – Usłyszał przytłumiony okrzyk Ashley, kiedy wahadłowe drzwi zamykały się za nim.

Najprawdopodobniej nie był jedynym, który postanowił wejść bez oczekiwania na zaproszenie, gdyż w pomieszczeniu wyraźnie się zagęściło, a do towarzystwa dołączył już Gabe ze swoją ekipą i kilku kumpli z zajęć sportowych. Dla Jonaha była to świetna okazja, by zniknąć dziewczynom z widoku. Nie żeby miał coś przeciw ich towarzystwu, ale praca lokaja nie była tym, co lubił robić w ich towarzystwie najbardziej.

Imprezy ze znajomymi w Nowym Jorku bywały świetne, potrafiły być nawet szalone, choć nie mogli doczekać się chwili, kiedy wszyscy będą mogli wejść do porządnego klubu i zaszaleć naprawdę. Miały one jednak jedną wadę, sąsiadów. W tak zatłoczonym miejscu jak Nowy Jork, a tym bardziej Manhattan, sąsiedzi potrafią być prawdziwym wrzodem. Gdy zamieszkuje się apartament, a tym bardziej mieszkanie, prywatność jest pojęciem względnym, wystarczy kilka głośniejszych dźwięków, by sąsiedzi tłukli szczotkami, a parę dodatkowych decybeli muzyki w pięć minut po nastaniu ciszy nocnej sprowadzało na głowę smutnych panów w niebieskim.

Teraz nie zaprzątali sobie nawet głowy takim problemem jak sąsiedzi. Na dworze panował mrok, rozpraszany przez padające z okien światło i blask rozstawionych w ogrodzie lamp solarnych. Krew mocniej pulsowała mu w żyłach, kiedy kołysał się w rytm muzyki, po porządnej dawce przygotowanego przez Ash ponczu.

Tego wieczora chyba po raz pierwszy w pełni poczuł się częścią czegoś większego i nie chodziło tu o liczbę osób obecnych na imprezie. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że był członkiem grupy najpopularniejszych ludzi w szkole, nawet jeśli sam aż tak popularny nie był, ale do tego dnia jego życie towarzyskie rozpoczynało się, kiedy rano wjeżdżał na parking szkolny i kończyło, kiedy zatrzaskiwały się za nim stalowe wrota jego leśnej warowni. Czasami wydawało mu się, że żyje w hiperluksusowej pustelni, wyposażony we wszystkie zdobycze ludzkości, ale oddzielony od niej kilometrami dzikich, leśnych ostępów. Nikt jeszcze nie odwiedził go w domu i on nikogo nie odwiedzał, choć to ostatnie zrzucał na karb wciąż obowiązującego szlabanu. Tak to jest, kiedy żyje się całe kilometry od najbliższego kolegi. Na Manhattanie nieraz zdarzało mu się wpadać z wizytą do kumpli, obejrzeć jakiś film albo pograć na konsoli. Jedynie w nocy musiał pamiętać, by nie skracać sobie drogi przez ciemne zaułki, gdzie wpaść można było na delikwentów mających ochotę na cudzy portfel. Równie łatwo było zostać przez nich pobitym, jak zatrzymanym przez policję za ich pobicie, a on bić siebie raczej nie dawał. Po przeprowadzce do Redwood piesze dotarcie do kogokolwiek nie wchodziło w grę, bo nawet jeśli wystarczyłoby mu na to kondycji, to niebezpieczeństwo czyhało w lesie przez całą dobę i bardziej od utraty portfela należało się liczyć z utratą którejś z kończyn.

Tylko raz kapitan drużyny szkolnej zaprosił go do siebie, ale odwiedziny u kumpla bez strzelenia sobie piwka to nie odwiedziny. „Co, z kolegami się nie napijesz?”. Co prawda nie był święty, ale wolał nie kusić losu. Policja hrabstwa już trzykrotnie zatrzymywała go bez powodu, tylko dlatego że patrolując górskie drogi nie mieli nic lepszego do roboty. Lepiej żeby nie zatrzymali go mając ku temu powód. Jeden szlaban to wystarczająco dużo.

– Jak się bawisz, wilczku? – Poczuł jej dłonie na swoich biodrach, kiedy zakradła się do niego, przerywając mu rozmowę z chłopakami.

– Powinnaś dopisać na zaproszeniach „Co się wydarzyło w Vegas, zostaje w Vegas”. – Odpowiedział, delikatnie pozbawiając się dotyku jej dłoni. Nie czuł się komfortowo z jej gestem.

– Dlaczego? – Spytała, marszcząc brwi. Najwyraźniej zupełnie nie rozumiała o co mu chodzi.

– Zupełnie bez powodu. – Odpowiedział wciąż trzymając w dłoni jej dłoń. Nie wiedział, co ku takiemu dopiskowi skłaniało bardziej. Swoboda, z jaką rozmawiali ze sobą członkowie drużyn sportowych i fani planszówek, którzy w poniedziałek udawać będą, że się nie znają, czy jej zachowanie pod nieobecność chłopaka.

– Panowie wybaczą, idziemy zatańczyć. – Ashley pociągnęła go na środek pokoju.

– Twój chłopak się nie zjawił?

– Nie mam chłopaka. – Odpowiedziała swobodnie, odgarniając z szyi długie i grube włosy, których zazdrościła jej większość dziewcząt w szkole.

– A rozgrywający drużyny akademickiej? – W panującym półmroku wydawało mu się, że jej oczy zapłonęły lodowym blaskiem. Po krótkiej chwili wybuchnęła śmiechem.

– Nie sądziłam, że jesteś plotkarzem. Nie, nic mnie nie łączy z Trevorem Pridem. – Zarzuciła mu ręce na szyję, kiedy muzyka zmieniła się na wolniejszą.

– Może jestem plotkarzem, a może chcę cię pozbawić wszystkich tajemnic. – Jonah uśmiechnął się szelmowsko, obejmując ją w talii i bliżej przyciągając ją do siebie. Nigdy nie uczył się tańczyć, to było tak naturalne jak chodzenie. Nigdy nie przywiązywał większej uwagi do ruchów jakie wykonuje, ale to właśnie on już dwa razy zapraszany był na bal maturalny, jako osoba towarzysząca. Był gwarancją dobrej zabawy na imprezie tanecznej i teraz z tej gwarancji korzystała Ashley. Czuł jej ciężki oddech, kiedy złożyła głowę na jego ramieniu, korzystając z wolnego utworu, jako chwili na uspokojenie rytmu serca.

– Chcesz mnie pozbawić tajemnic, ale sam nie zdradzasz ani jednej.

– Jestem otwartą księgą. Możesz ze mnie czytać, ile tylko zechcesz. – Ze znudzeniem obserwował inne pary, które kołysały się w rytm muzyki, trzymając za dłonie albo obejmując czule. Słodycz jej perfum była tak przejmująca, że aż mdliło. Przyciskał Ash do siebie, z kolanem wsuniętym między jej uda, jedną dłonią spoczywającą na jej plecach, a drugą kciukiem zaczepioną o własną kieszeń. Żeby było romantycznie, musiałby być kwiaty, świece i kolacja. Nie przepadał za publicznym okazywaniem sobie uczuć. Szczególnie, jeśli takowe nie istniały.

– Znowu ten mur z ironii i sarkazmu. Ja mówię wszystko, a nie wiem nawet czy masz dziewczynę.

– Ash! – Jinx uratowała go od odpowiedzi, a przynajmniej odwlekła ją na kilka sekund. – Chciałabym skorzystać z któregoś pokoju.

– Przecież mówiłam, że możecie. – Ashley podniosła głowę z ramienia Jonaha.

– Ale wszystkie są zajęte. Ash, mogę wziąć klucze od twojego pokoju?

– Nie. – Jonah poczuł, jak mocniej wtula się w jego ramię.

– No to twojego brata.

– Już ci mówiłam, że jego pokój nie jest dostępny.

– Przecież nawet się nie dowie. Jest w LA.

– Nie zbliżysz się nawet do tego pokoju. – Poczuł, jak Ashley drży i wszystkie mięśnie w jej ciele napinają się. – Ta rozmowa jest skończona, Jinx. – Wycedziła, gdy dziewczyna chciała dalej oponować.

– Mówisz wszystko? – Tym razem nawet nie krył ironii. W jej oczach na nowo zagościł lodowy błysk, ale skryła go pod łagodnym uśmiechem, odsuwając się na odległość ramion.

– Masz mnie. Teraz wymierzysz mi jakąś karę?

– Kiedyś domagałyście się kwiatów i poematów, teraz marzą wam się tylko klapsy. Gdzie się podziały grzeczne dziewczynki? – Spytał, obserwując jednocześnie Meggy, która wtulała się w jakiegoś kolesia. Od niefortunnego telefonu w drodze do Reno nie zadzwoniła już ani razu, a kiedy się spotykali, raczyli się wzajemnymi złośliwościami. Irytowała go całą sobą i każdą ze swych cech z osobna, ale ku własnej irytacji nie mógł sobie odmówić choćby kilku minut jej towarzystwa.

– Nie ma. – Odpowiedziała mu krótko – Ale o T.J’u przecież mówiłam.

– Mhm, mówiłaś że masz brata. – Przypomniał sobie jedną ze zdawkowych rozmów, jakie prowadzili w jego aucie.

– Mhm. A ty masz brata?

– Siostrę.

– Młodszą?

– Starszą.

– T.J jest młodszy.

– I co, boisz się, że wyniosą mu ulubione samochody? – Zaśmiał się cicho.

– Nie o to chodzi. – Odpowiedziała oschle. – Może kiedyś ci powiem. – Dodała już spokojniej. – Jeśli zasłużysz.

– A ktoś już zasłużył?

– Jesteś na dobrej drodze. – Patrzył jej głęboko w oczy
i czuł, jak jego własna głowa zaczyna mu ciążyć. Pochylił się ku niej, lecz zamiast jej słodkich ust, poczuł metaliczny smak
i nieznośne pieczenie. Przetarł wargi kantem dłoni, obserwując smużkę krwi, która na niej pozostała. Kątem oka wyłapał kolegów z drużyny, ruszających mu na pomoc. Ledwie zdążył się podnieść, kiedy blondyn zadał kolejny cios i magicznie wylądował na podłodze. Koledzy zatrzymali się jak na komendę, obserwując co będzie dalej. Rozgrywający zerwał się z podłogi, natychmiast przechodząc do ataku. Najwyraźniej porażka w Reno nic go nie nauczyła. Jonah ponownie ledwie się przesunął, wykonując niedbały ruch rękoma, ale to wystarczyło, by napastnik sunął twarzą po posadzce.

– Ty mały skurwielu! – Ryknął, podnosząc się z ziemi. – Masz jaja, żeby zabierać się do mojej dziewczyny, to walcz!

– Trevor! – Ashley otrząsnęła się z szoku wywołanego nagłym starciem. Jeśli dziewczynie wydawało się, że jej okrzyk w jakikolwiek sposób wpłynie na zachowanie mężczyzny, nic o nim nie wiedziała, albo mocno się omyliła.

Widząc, że nic nie wskóra próbując Jonaha znokautować w otwartej walce, Trevor natarł nisko niczym byk, zamierzając chłopaka przygwoździć do podłogi i dopiero wtedy zniszczyć. Jonah nie dał się zwieść, od razu przejrzawszy plany przeciwnika. Cierpliwie odczekał, aż nabrawszy impetu blondyn wyskoczy do ostatecznego ataku i kiedy dzieliły ich tylko centymetry, nagle rzucił się na plecy pozwalając, by przeciwnik znalazł się nad nim. Zobaczył błysk triumfu w oczach Trevora, a potem szok, kiedy Jonah szybko wyprostował kolano, przerzucając go nad sobą. Blondyn gruchnął plecami o posadzkę z łoskotem upewniającym ludzi, że wszystkie jego kości rozsypały się właśnie w drzazgi. Spróbował się podnieść na powrót, ledwie jednak podźwignął się na kolana, kiedy Jonah przyskoczył do niego, sprawnym ruchem wykręcając rękę w nadgarstku.

Dla postronnych obserwatorów całego zajścia upłynęło może dziesięć sekund i nie wszyscy do końca pojęli to, co właśnie wydarzyło przed ich oczami. Jednak dla mającego za sobą lata treningów Jonaha upłynęły całe minuty od okrzyku Ashley, do tej chwili.

Trevor klęczał na podłodze, wypluwając wszystkie znane mu przekleństwa i grożąc Jonahowi śmiercią na tysiąc sposobów. Tłumek, który zebrał się w około, nie mógł zrozumieć, czemu trzymany jedynie za dłoń dryblas nie poderwie się do dalszej walki, a potem, po kolejnej wiązance obelg, Jonah odrobinę wzmógł nacisk na dłoń i przekleństwa przeszły w nagły wrzask, a ten w bezsilny szloch. Trevor nie mógł ani się podnieść, ani nawet upaść, na co miał teraz ogromną ochotę. Mógł jedynie klęczeć w nieskończoność, przeszywany przejmującym bólem przy najdrobniejszym ruchu. Czuł się, jakby rozpalonymi obcęgami rozszarpywano mu bark.

– Czy ty niczego się nie nauczysz? – Jonah spytał swobodnym tonem. – Rozniosłem was wtedy, w Reno, a ty atakujesz mnie sam?

Zdziwienie w jego głosie nie było grą. Sam nie mógł zrozumieć, jak ten koleś mógł być taki głupi, by go ponownie atakować. Jak mógł myśleć, że zdoła go zaskoczyć i pokonać?

– Przecież ja ci mogę złamać rękę. – Zwiększył nacisk, odbierając Trevorowi dech. – Nawet złamać kark. – Mężczyzna upadł na ziemię, przygnieciony do niej kolanem Jonaha – A ty nic nie możesz na to poradzić. Nie możesz nawet pisnąć. – Dodał, obserwując niemo poruszające się usta pokonanego.

– Jonah! – Ashley doskoczyła do mężczyzn, starając się oderwać Jonaha od dłoni zawodnika. Skutek był taki, że nagłe szarpnięcie, sprowadziło kolejny skowyt rozpaczy w ustach leżącego mężczyzny. – Jonah. Wystarczy, puść go natychmiast! – Uścisk na dłoni zelżał i Trevor bezwładnie legł na ziemi, oddychając głęboko i ani myśląc o ponownym ataku.

– Nie masz chłopaka, tak? – Jonah prychnął wzburzony. – Betty, kluczyki!

Rzucone dłonią cheerleaderki kluczyki od jego wozu poszybowały przez pół pokoju, zakreśliwszy delikatny łuk pod samym sufitem i lądując w jego dłoni. – Dzięki, kochana.

– Szkoda, że już wychodzisz. – Zawołała Betty
z uśmiechem, ale i żalem goszczącymi na ustach.

Kiedy opuszczał domu, wydało mu się, że usłyszał jeszcze za sobą wołanie Ashley. To zostało już jednak za nim, zakończył tę historię w akompaniamencie trzasku drzwi za swoimi plecami.

Zimne powietrze omiotło jego rozgrzane adrenaliną ciało, powodując nagły dreszcz. Światła jego czarnej bestii zapłonęły, kiedy idąc podjazdem odblokował drzwi. Chciał wydostać się stąd jak najszybciej. Musiał to zrobić, nim zmieni zdanie i wróci do środka, do Trevora, by skończyć to co zaczął.

Telefon zadzwonił dźwiękiem ledwie przedzierającym się do jego umysłu.

– Słucham! – Warknął.

– Jo, to ja. – Sam odezwała się cicho.

Jego świat legł w gruzach, rozsypał się i nie wyobrażał sobie, by mógł kiedykolwiek się z tego podnieść.

Silnik RAM’a zaryczał potwornie, kiedy z piskiem opon wycofywał z podjazdu. Wrzucił bieg i budząc całą ulicę wystrzelił w noc, zostawiając za sobą tuman dymu i smród spalin. Pierwszy raz w życiu miał ochotę prowadzić tak, jak robiła to Sam. Bezmyślnie, agresywnie, na pełnym gazie, nie bacząc na nikogo wokoło. Gdy wyjeżdżał na główną drogę, przez jego umysł prześliznęła się myśl o policjantach patrolujących w nocy ulice miasta i wzgórza. „Tej nocy na pewno ich nie będzie, a jeśli będą, to zginą pod kołami bestii.” Pokonywał kolejne skrzyżowania nie zwracając uwagi na światła, nie zwracając uwagi na inne samochody, na pieszych, którzy uskakiwali z jego drogi. Rozkoszował się piskiem opon, gdy zbyt ostro pokonywał zakręty i rykiem klaksonów aut pozostających za nim. Nim zanurzył się we wzgórza oddzielające zatokę San Francisco z jej miastami od Halfmoon Bay i wybrzeży Pacyfiku, utonął w dźwiękach swojego ukochanego jazzu, który zawsze przywracał mu zdolność racjonalnego myślenia. Odpuścił trochę gazu, spokojniej pokonując zakręty i słuchając, jak Nina Simone śpiewa swym niskim głosem o tym, jak cudownie się czuje. Jonah uwielbiał zagłębiać się ten utwór, kiedy następowała kolejna zmiana w jego życiu, niezależnie czy zmiana ta była dobra, czy zła. „Feeling Good” dawało nadzieję, że przed nim czeka na niego lepsze niż to, co pozostawił za sobą.

Kiedy jego umysł zaczynał się oczyszczać z przeżyć wieczora, z nieudanej imprezy, z telefonu od siostry, jego mózg zaczął rejestrować zupełnie inny obraz. Nadal widział drogę przed sobą, jednocześnie jednak pędził pośród drzew, z każdym krokiem wyrywając ostrymi pazurami fragmenty ściółki zalegającej wśród drzew. Czuł, że musi biec jeszcze szybciej, że nie może się spóźnić i mimowolnie docisnął pedał gazu. Pędził wśród drzew, wsłuchując się w swój równy oddech i po krętej drodze, pokonując każdy zakręt z coraz intensywniejszym piskiem opon. Czuł, że zaczyna brakować mu czasu, że jego cel jest już za kolejnym wzgórzem, za kolejnym zakrętem. Kiedy pokonał zakręt, potężne reflektory omiotły porastające pobocze zarośla i poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.

Bez chwili zastanowienia włączył zamontowane na dachu szperacze i docisnął pedał gazu. Snopy halogenowego światła sprawiły, że na drodze zrobiło się jaśniej aniżeli w słoneczne południe. Poczuł, jak samochód mknie do przodu, pędząc wprost ku rosłemu motocykliście, osaczającemu miotającą się postać w czerwonym płaszczu. Wszędzie rozpoznałby ten płaszcz, tak samo jak stojący na poboczu motocykl enduro, który nie raz widział w okolicy. Świat za oknami rozmazał się w dwie smugi, kiedy wskazówka wędrowała coraz dalej po tarczy prędkościomierza. Przechylił się przez fotel, otwierając drzwi pasażera, w tym samym momencie, kiedy usłyszał nieprzyjemny zgrzyt, towarzyszący uderzeniu, które posłało w las potężny motocykl i igliwie spod zblokowanych kół.

– Wsiadaj! – Ryknął. Usłuchała natychmiast, nie zastanawiając się kim jest. Ruszył, nim zdążyła zamknąć drzwi. W lusterku zobaczył podnoszącego się z ziemi mężczyznę. Silnik ryczał, a opony piszczały. Nie miał szans ich dopaść.

– Mógł cię zabić, albo gorzej! – Wrzasnął po kilku minutach jazdy.

– Nic by mi nie było. – Odpowiedziała cichym, pozbawionym emocji głosem.

– Właśnie widziałem. – Warknął, oddychając ciężko. To jedno wydarzenie sprawiło, że cały wewnętrzny spokój szlag trafił. Miał naprawdę kiepską noc i obawiał się, że będzie już tylko gorzej.

– Zniszczyłeś sobie samochód.

– To tylko rzecz. Życie jest ważniejsze. – Starał się choć trochę opanować.

– Nic by mi nie było.

– Akurat. Coś ty sobie myślała, włóczyć się w nocy po lesie! – Spojrzał na zegarek, który wyświetlał pięć po jedenastej wieczór.

– Wracałam do domu.

– A gdzie ty w ogóle mieszkasz? – Spytał zbity z tropu, uświadomiwszy sobie, że od dobrych kilku minut pędzą przed siebie bez celu.

– Tutaj. – Odpowiedziała mu cicho.

– Gdzie?

– Tutaj, w tej dróżce. – Wyciągnęła drobną dłoń, wskazując mu dawno nieużywaną ziemną drogę. Tę samą, na której przebierali się z Sam w drodze do Reno. Półciężarówka zatańczyła i stanęła w poprzek drogi, kiedy skręcił koła, jednocześnie zaciągając ręczny. Sam nie mógł się nadziwić, ale udało mu się stanąć idealnie na wprost dróżki.

– To ja tutaj wysiądę. – Sięgnęła do klamki, chcąc opuścić pojazd.

– Mowy nie ma. – Powoli zagłębił się w las, uważając, by nie najechać na jakiś zwalony pień lub w niebezpiecznie głęboką wyrwę.

– Proszę cię, wypuść mnie tutaj. – Nalegała błagalnym tonem.

– Jeszcze chwilę. – Docisnął odrobinę gaz, kiedy zdało mu się, że zobaczył potężny cień, przemykający z prawej strony auta. Zmęczony wydarzeniami nocy umysł zaczynał płatać mu figle. Wjechali na niewielką polanę, przy której stał mały domek, zbudowany z jasnych, drewnianych bali. W oknie jednego z pomieszczeń wciąż paliło się światło. Wygasił płonące na dachu szperacze, pozwalając autu mruczeć delikatnie.

– Więc to tutaj mieszka Reed Hut. – Powiedział, przyglądając się niewielkiemu domostwu, tak różnemu od jego własnego.

Przypomniał sobie wygląd domu dziadków Wolfich w Minessocie, w którym przesiadywali z Sam godzinami. Tamten też był zbudowany z drewnianych bali, pociemniałych już od długich lat zmagania się z żywiołami natury. Czuł się tutaj zadziwiająco swojsko. Reed siedziała na swoim miejscu, wpatrując się w polanę i dom przed maską samochodu. Drzwi domku powoli się uchyliły, wypuszczając na polanę snop ciepłego światła. Po chwili pojawiła się w nich malutka postać starszej kobiety.

– Twoja babcia? – Reed nie odpowiedziała, wyskakując
z pojazdu. Po chwili wahania odpiął pas, idąc w jej ślady. Odwróciła się, kiedy tylko usłyszała otwieranie drzwi. Zobaczył w jej oczach przerażenie, kiedy bezgłośnie poruszała ustami, mówiąc „proszę, nie.”

– Tylko się przedstawię. – Powiedział, podchodząc do niej. Zobaczył, jak z rozpaczą wodzi wzrokiem wokoło. Uniosła dłoń, jakby chciała zatrzymać go siłą, tylko po to by cofnąć ją natychmiast, w obawie przed dotykiem.

– Dobry wieczór. – Skłonił się delikatnie, stając przed starszą kobietą. Była pół głowy niższa od niego i miała bialutkie, kręcone włosy. Wyglądała niczym wyjęta z bajki. Przyglądała mu się uważnie, spod zmrużonych powiek. – Nazywam się Jonah Wolf. Mieszkam w pobliżu. – Oczy kobiety rozszerzyły się nagle, kiedy przeniosła wzrok na Reed.

– Jonah – jego imię było dla Reed nowością – chodzi ze mną do szkoły. Spotkaliśmy się po drodze i uparł się mnie podwieźć.

– Reed została napadnięta przez niebezpiecznego mężczyznę na drodze. – Z jakiegoś powodu uznał, że dziewczyna nie powie kobiecie całej prawdy.

– Dziękujemy panu za troskę, panie Wolf. – Kobieta odezwała się wreszcie lekko zachrypłym głosem. – Jest już dość późno, więc życzę dobrej nocy.

Zatrzasnęła drzwi, kiedy tylko Reed zniknęła w środku. Starsza pani okazała się być wcale nie tak uprzejmą, jak mogłoby się zdawać.

Przez chwilę jeszcze przyglądał się leśnej polanie, na której dziwne cienie tworzyły się w strugach świateł reflektorów jego wozu. Nie był tutaj sam. Pobudzone adrenaliną zmysły pracowały na pełnych obrotach. Obserwował las i wiedział, że las obserwuje jego. Widział ruch gałęzi, które nie powinny się poruszać, słyszał oddechy, których nie powinien słyszeć i czuł zapachy, których nie powinno tutaj być.

Najwyższy czas, by wracać do domu, to nie była najlepsza noc, a daleko jeszcze było ku jej końcowi.

 


 Jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego zrobić, rozdział poprzedni czeka na przeczytanie.

Jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach. Są one dla mnie bardzo ważne.
Koniecznie wpadnijcie także na mój profil Facebookowy. Link znajdziecie w Menu strony!

 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *