12. Groza wkracza do szkoły

12 grudnia 2017

W poniedziałkowy poranek wszystkich uczniów czekała niespodzianka. Zamiast na pierwszą lekcję, zostali zaprowadzeni na apel do szkolnej auli.

Napięcie wśród uczniów sięgnęło zenitu, kiedy na podwyższeniu oprócz wyraźnie podenerwowanego dyrektora szkoły zobaczyli umundurowanych mężczyzn z policji miejskiej i biura szeryfa.

– Poproszę o spokój – dyrektor wszedł na mównicę. Jonah wyraźnie widział, jak mężczyzna nerwowo wyciera spoconą dłoń o spodnie. Stojąca w kącie wicedyrektor także nie trzymała się lepiej. Pomimo jej afroamerykańskiego pochodzenia chłopak był święcie przekonany, że kobieta jest blada. – Nie będę przeciągał. Oddaję głos komendantowi Applebaumowi z policji Redwood.

Pospiesznie opuścił mównicę, zupełnie jakby chciał się zapaść pod ziemię. Na sali poniósł się podniecony szum.

– Szanowne grono pedagogiczne, dziewczęta i chłopcy. – Mężczyzna zaczął bardzo oficjalnym tonem. – Żałuję że spotykamy się w tak nieprzyjemnych okolicznościach, choć z doświadczenia wiem, że z niektórymi spośród was spotykałem się w być może gorszych. – Uśmiechnął się niewyraźnie, ale najwyraźniej dowcip nie rozbawił nawet jego, jeśli miał być dowcipem oczywiście. – Media od kilku tygodni coraz intensywniej nagłaśniają sprawę serii zgonów młodych kobiet. Do ostatniego doszło w sobotę, na terenie hrabstwa Half Moon Bay, czyli o rzut kamieniem stąd.

– To Matt Strzyżewski, nasz szeryf. – Jonah szepnął do Gabe’a.

– Stąd obecność szeryfa hrabstwa. W dniu dzisiejszym jestem zmuszony poinformować was, że ta seria zgonów jest dziełem seryjnego mordercy. – Na sali znów zaszumiało, kilkanaście co wrażliwszych dziewcząt zaczęło piszczeć głośno, jednej udało się chyba nawet zemdleć. Jonah stał niewzruszony, choć nawet Gabe’owi źrenice rozszerzyły się
z podniecenia.

– Wczoraj rano sprawę od policji przejęło FBI. Stąd też obecność agenta… tych służb razem z nami. – Z cienia wyszedł około 30 letni blondyn, w ciemnym garniturze i nałożonej na niego granatowej kurtce z żółtym napisem FBI. Jonah wcześniej zupełnie nie zarejestrował obecności tego mężczyzny. Stróże prawa zamienili się miejscem na mównicy. Ta zabawa zaczynała nudzić Jonaha. Zupełnie jakby jeden mężczyzna nie mógł powiedzieć wszystkiego sam. Na scenie był jeszcze szeryf, wicedyrektor i sekretarka, a strach pomyśleć, kto krył się za kulisami by przedłużyć tę karuzelę twarzy.

– Po konsultacji z szefami służb porządkowych okolicznych hrabstw i miast wprowadzamy obostrzenia, które mają zapewnić zwiększenie bezpieczeństwa. Wiemy, że człowiek ten atakuje na terenach podmiejskich, leśnych, stąd obecność szeryfa, na którym spocznie duża część odpowiedzialności za bezpieczeństwo. Do tej pory nastąpiło sześć ataków, o których wiemy. Szczegółów nie będę państwu przedstawiał, zresztą znacie je zapewne z mediów. Najważniejsze jest to, że napastnik zdaje się mieć swój typ. Do tej pory wszystkie zaatakowane kobiety były w wieku 16 – 19 lat. Miały bardzo ciemne włosy, w przeważającej liczbie czarne. Budowa ciała zdaje się nie mieć znaczenia. Wszystkie poruszały się samotnie w terenie leśnym. Proszę mnie nie zrozumieć źle. Osoby o profilu, jaki właśnie podałem powinny szczególnie mieć się na baczności, nie oznacza to jednak, że inne mogą czuć się bezpiecznie. Na tak wczesnym etapie trudno jest mówić, że napastnik skupi się tylko na tych osobach. Zwłaszcza, że ataki są coraz częstsze. Sposób w jaki dokonuje on morderstw wyraźnie wskazuje na to, że człowiek ten wpada w morderczy szał. Przy takim zachowaniu nie można wykluczyć, że czując potrzebę morderstwa napastnik zaatakuje kobietę nie odpowiadającą profilowi. Co więcej, może on zaatakować nawet mężczyznę, jeśli ten stanie się przypadkowym świadkiem jego napaści.

Odchrząknął i mówił dalej.

– Na terenach podmiejskich zostanie zwiększona liczba patroli, ale najważniejsze byście państwo sami zadbali o swoje bezpieczeństwo. Proszę o nieporuszanie się po terenach podmiejskich po zmroku. Jeśli musicie się udać w taki teren poruszajcie się w grupach, lub znajdźcie kogoś, kto może was podwieźć. Dobrze jest też mieć przy sobie środki obrony koniecznej. Gaz pieprzowy, czy sygnał dźwiękowy na sprężone powietrze. My ze swojej strony zrobimy wszystko, by życie jak najszybciej wróciło do normy.

Tego dnia uczniowie nie rozmawiali o niczym innym, jak poranny apel z udziałem agenta FBI. Dziewczyny skupiły się na tym, że one już nigdy nie pojadą na ognisko do lasu, no chyba że będzie im towarzyszył taki przystojny agent. Wtedy gotowe byłyby zamieszkać z nim w środku głuszy choćby na miesiąc. Jonah z niedowierzaniem kręcił głową słuchając tych wynurzeń, a to podobno faceci myślą tylko o seksie. Z drugiej strony szkolni mięśniacy przechwalali się, jak to by załatwili gostka kilkoma szybkimi prostymi, jeśli tylko by się im napatoczył.

Pomimo że apel był najciekawszym wydarzeniem w szkole od bardzo dawna, wraz z upływem dni sprawa zaczęła powoli przycichać i zapewne wkrótce poszłaby zupełnie w zapomnienie, gdyby nie fakt, że w piątkowy poranek szkołę obiegła szokująca wiadomość. Starsza siostra Gabe’a, rozgrywającego i kapitana szkolnej reprezentacji, została zaatakowana poprzedniego wieczora. Co najgorsze, to Gabe był tym, który ją znalazł. Dzisiaj chłopaka nie było w szkole, a całą historię przy stoliku VIP’ów przekazał jego kumpel z zespołu, Diego. Wiele osób chciało posłuchać tej opowieści, ale reszta zespołu skutecznie przepędzała postronnych słuchaczy opowiadanej tragedii.

– Adally była na wzgórzach u swojego chłopaka. Pojechała tam zaraz po zajęciach na uniwerku. – Diego opowiadał cicho, pochylonym ku niemu słuchaczom. – Koleś ma złamaną nogę, więc nie mógł jej odwieźć i umówiła się, że Gabe ją odbierze. Umówili się na dziewiątą, ale później zadzwoniła, żeby dał jej jeszcze godzinę. Za dziesięć dziesiąta zadzwoniła do niego z pytaniem gdzie jest, bo zaraz będzie wychodzić. Gabe mówi, że musiała być jeszcze w środku, bo słyszał telewizor. To samo powiedział jej chłopak. Gabe był na miejscu pięć minut później. Zadzwonił że jest, ale nie odebrała. Zatrąbił, wiecie dom tego chłopaka jest 20 metrów od drogi. Z ulicy widać co się dzieje w środku. Nie dało się go nie usłyszeć, ale nie wyszła, wysiadł i zadzwonił powiedzieć, że już po nią idzie i usłyszał jej telefon. Leżała dziesięć metrów dalej w krzakach na poboczu. Musiał ją minąć podjeżdżając pod wjazd do kolesia. – Diego mocno przełknął ślinę, wyraźnie nie chciał odpowiedzieć na pytania „i co, i co”, ale w końcu zebrał się w sobie.

– Ja wiem, że ten gliniarz mówił, że to jakiś seryjny morderca, ale jak dla mnie, to to nie mógł być człowiek. Żaden człowiek by tego nie zrobił. Nie zrobiłby tego w pięć minut. Ona była 20, może 30 metrów od domu. Jej chłopak słyszał jak Gabe podjeżdża i słyszał jak trąbi, a nie usłyszałby jej wrzasków? Policja zwinęła go w charakterze podejrzanego, ale z tą nogą na bank go puszczą. Nie było szans by w 5 minut wypuścił ją z domu, napadł na poboczu, przetrącił kręgosłup, złamał szczękę, obie nogi, pogruchotał masę kości i niemal urwał rękę, a potem sobie wrócił do domu i siadł na kanapie z piwem.

Ashley wybiegła z sali trzymając się za usta. Jinx nie miała tyle szczęścia i zwymiotowała cały lunch do swojej markowej torebki. Meggy kurczowo trzymała się rantu stołu i po raz pierwszy nie zareagowała nerwową ucieczką na dotyk Jonaha, który ścisnął jej dygoczącą dłoń.

– Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Adally przeżyła. Operowali ją całą noc, ale przetrzymała to. – Teraz i Jonahowi zrobiło się niedobrze. Przed oczami zatańczyły mu mroczki, ale po chwili uspokoił się na tyle, by wycedzić.

– Ktokolwiek to jest, trzeba zabić skurwiela. – Reszta chłopaków pomrukiem przyznała mu rację, strzelając przy okazji knykciami.

Tego wieczora spróbował czegoś nowego. Dotychczas medytując starał się skupić na jednym aspekcie otoczenia. Trzasku gałęzi, szumie koron drzew, pohukiwaniu sowy. Izolować się od innych elementów otaczającego świata, by maksymalnie poznać i doznać tego jednego. Dzisiaj postanowił, że jego umysł nie będzie radiem w którym można posłuchać jednej stacji. Dziś postanowił być odbiornikiem, który nasłuchuje wszystkich sygnałów naraz. Każdego wieczoru, kiedy tylko rozpoczynał medytacje, był właśnie taką anteną, z której wybierał jeden sygnał otoczenia. Dzisiaj potrzebował zrobić to dokładniej. W rogach niewielkiego koca, na którym zazwyczaj odbywał swoje sesje, postawił cztery talerzyki, na które nasypał wybrane na chybił trafił co bardziej aromatyczne zioła. Były tam więc lawenda czy szałwia, ale i mięta, kolendra, oregano czy lubczyk, oraz suche igły, które znalazł pod drzewami. Swój brzuch, tors, szyję i ramiona natarł olejkiem kamforowym.

– Co ty odstawiasz najlepszego?! – Matka wydarła się na pół lasu, stając w szklanych drzwiach. – Naćpałeś się czegoś? W Nowym Jorku ci nie odwaliło, a tu daje w czapę?

– Uspokój się. Niczego się nie naćpałem. – Odpowiedział, oddychając głęboko. Od intensywnego zapachu kamfory zaczynało mu się kręcić w głowie.

– A to zioło to co?

– W koszu masz opakowania. Wszystko jest ze sklepu zielarskiego w mieście. Nic nielegalnego, a teraz pozwól. Zamierzam medytować. – Nie chciał się denerwować, bo mogłoby to zniweczyć jego plany, ale czuł, jak zaczyna mu się podnosić ciśnienie. Kiedy matka raczyła już dać mu spokój, wymruczawszy niezrozumiale jeszcze kilka opinii, podpalił wreszcie kupione zioła. Chwilę zajęło, nim naprędce zrobione kadzidła rozpaliły się na dobre, ale kiedy to się już stało, efekt był natychmiastowy i niewiarygodny. To, co sekundę wcześniej było jego zwykłym odczuwaniem rzeczywistości – już znacznie doskonalszym aniżeli u innych osób, lecz wciąż dalekim od ideału – nagle uderzyło w niego z siłą nie zdwojoną, nie potrojoną, a silniejszą po stokroć. Od nagłego uderzenia dźwięków i obrazów zahuczało mu w głowie, która zdawała się mu zaraz eksplodować. Zgiął się w pół, łapiąc za uszy, powstrzymując od krzyku resztkami woli. Kiedy pierwsza fala minęła, a on odrobinę oswoił się z nową głębią swojej podświadomości, zaczął powoli odkrywać ten wszechświat nowych możliwości.

Odkrył że to, co dotychczas było jedynie dźwiękiem pohukującej sowy czy oddechem wydawanym przez skradającego się wielkiego kota, teraz jest obrazem dumnego ptaka, który rozgląda się za kolacją przemykającą wśród listowia i wielkim kotem, który ostrożnie stawia swoje łapy, zostawiając płytkie ślady w błocie. Wszystko to, co do tej pory słyszał, teraz widział i co najważniejsze, mógł sam zadecydować o tym co ogląda. Widział z gałęzi najwyższej sosny siebie, siedzącego na trawniku i widział wiewiórkę, która obserwuje go siedząc na tej gałęzi. Widział rysia, który skacze ku niemu i zająca, który ucieka w popłochu przed nim wykonującym ten skok. Z niepohamowaną ekscytacją przeskakiwał od stworzenia do stworzenia, obserwując coraz to nowy obszar lasu z każdej możliwej perspektywy. Zastanowił się, gdzie mieszkają jego koleżanki i czy kruki mają w zwyczaju zaglądać im przez okna. Zaśmiał się w tym samym momencie, kiedy sowa zahuczała dziwnie podobnie. Otrząsnął się z tych myśli. Nie po to nawąchał się potencjalnie niebezpiecznych ziół, by oglądać przebierające się koleżanki.
Z drugiej strony, czemu miałby nie robić tego przy okazji? Wziął dwa głębsze oddechy, spychając w głąb świadomości wizje rozebranych koleżanek i skupiając się na zadaniu, jakie przed sobą postawił. Przemierzał las, obserwując go oczami jego mieszkańców. Raz był rysiem goniącym za swoją ofiarą, by po chwili stać się wiewiórką chrupiącą orzech, lub myszą ukrywającą się wśród listowia. Las był ogromny i nie sposób było przemierzyć go całego, nawet jeśli wiedziałoby się, czego się szuka. Nie wiedział też, w jaki sposób ma odnaleźć te oczy, które aktualnie obserwują drogę i samochody. Wystarczyła ta jedna myśl, o samochodzie pędzącym po drodze, by zawisł nagle dziesiątki, jeśli nie setki metrów nad ziemią, czujnym okiem sokoła przyglądając się przecinającej wzgórza wąskiej wstążce asfaltu pod nim. To niesamowite, ile rzeczy i z jak wysoka potrafiły dostrzec sokoły. Widział kruki latające tuż nad drzewami i myszy harcujące w listowiu pobocza. Gdzieś w oddali stado wróbli biło się o niedojedzoną bułkę, robiąc niesamowitą ilość hałasu. W pobliżu poboczem szła dziewczyna. Była odwrócona do niego plecami, ale wszędzie poznałby jej czerwony płaszcz. Reed Hut spacerowała beztrosko, jakby jej nie dotyczyły ostrzeżenia policji i FBI. Nawet z tej odległości, obserwując jej zachowanie miał pewność, że dziewczyna cieszy się tym spacerem. Przyglądała się przyczajonej na drzewie wiewiórce, którą on obserwował z rosnącym od dobrej chwili apetytem. Przystanęła na chwilę przy stadzie walczących wróbli. Prąd gorącego powietrza zmusił go do zatoczenia koła i wzniesienia się niemal sto metrów wyżej.

Wtedy go zobaczył. Potężny płowy kształt poruszający się w ślad za nią w lesie, zaledwie kilka metrów od drogi. Kiedy dziewczyna przystanęła, on również się zatrzymał, przywierając do ziemi i nie spuszczając z niej oka nawet na chwilę. To coś było większe od rysia, czy pumy i zwinniejsze od niedźwiedzia. Nie miał pojęcia, co to za zwierzę, ale wiedział że nie powinno go tu być. Krążąc wysoko w powietrzu starał się krzyknąć „Hut”, ale z jego trzewi wyrwał się jedynie skrzek jastrzębia, którym nie przejęła się żadna istota w lesie.

Reed ruszyła dalej, a po chwili uniosło się śledzące ją zwierzę, powoli krok za krokiem zbliżając się do dziewczyny. Zapikował w dół na skrzydłach jastrzębia, raz za razem skrzecząc w języku jastrzębi „Reed, Reed, Reed”, był coraz niżej i zaczynał wątpić, czy ten ptak jest w stanie nie rozbić się o ziemię z takiego nurkowania. Jeszcze sto metrów, pięćdziesiąt, trzydzieści. Dziewczyna odwróciła się, patrząc na niego zdziwionym wzrokiem. Usłyszał za sobą krótki sygnał policyjnej syreny.

Otworzył oczy, siedząc na trawniku za swoim domem. Gdyby takie coś przydarzyło mu się kilka miesięcy temu uznałby, że się nawąchał za dużo ziół. Po wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce od jego przyjazdu tutaj wiedział, że wszystko co przed chwilą widział było prawdą.

Jeden komentarz

  • NIE WILK 12 grudnia 2017jako16:01

    prosimy Pottera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *