11. Koszmar staje się krwawą rzeczywistością

5 grudnia 2017

Kolejne dni mijały w Redwood niczym kartki wyrywane z kalendarza, a każdy podobny był do poprzedniego. Jonah wtopił się w szkolną społeczność, znajdując sobie w niej własną przestrzeń. Meggy odpowiadała warczeniem na jego zaczepki i dwuznaczne komentarze. Reed Hut po niefortunnym spotkaniu na korytarzu nadal unikała kontaktu z nim, umykając w przeciwnym kierunku kiedy tylko krzyżowały się ich drogi. Od jakiegoś czasu przestała nawet nawiedzać go w snach, więc z biegiem dni przestał się nią interesować.

Po pierwszej rozmowie Ashley nie wspomniała już więcej o Suzzy i choć co jakiś czas kazała odwozić się do domu, była wtedy skupiona raczej na przekonywaniu go, jak cudownym miejscem jest zachodnie wybrzeże. Nic nie wskazywało, by przejęła się rewelacjami na temat swojego chłopaka, albo miała być zła na Jonaha za rozgłaszanie takich plotek. Wprost przeciwnie, zdawała się tryskać humorem i pilnowała, by chłopak zawsze był w pobliżu. Wszystko to nie oznaczało jednak, że na Zachodnim Wybrzeżu panowała sielska, bajkowa atmosfera. Wprost przeciwnie. Zaczynało się robić coraz dziwniej.

– Znowu to oglądasz? – Jonah jęknął z dezaprobatą, widząc na zawieszonej w salonie plazmie dokładnie ten sam serwis informacyjny, który przed chwilą wyłączył na swoim tablecie.

– Dziennikarze mówią, że to jakiś seryjny psychopata.

– Dziennikarze zawsze mówią to, co najlepiej się sprzedaje.

– Dobrze, że Samantha wyjechała już na uniwersytet.

– Tak, bo w Bostonie nie ma psychopatów i jest super bezpiecznie. – Spojrzał na idealnie wykadrowaną plamę krwi na leśnym parkingu.

– To już piąta dziewczyna, a policja nadal nic nie wie. Podejrzewają dzikie zwierzę.

– To nie dzikie zwierzę. – Jonah wyłączył telewizor. – Puma mogłaby zaatakować w środku lasu, nie na ulicy, czy parkingu. Leśnicy wykluczają niedźwiedzia, a wilk nie jest wystarczająco silny, by rozerwać człowieka na strzępy.

– Więc uważasz, że to człowiek?

– Nie, to nie człowiek. – Chłopak wzdrygnął się na wspomnienie wizji ataku na dziewczynę idealnie pokrywającej się terminem z drugim morderstwem. – To bydlę.

– Zważaj na język!

– Tylko dostosowuję go do sytuacji. – Z jabłkiem w dłoni zaczął się wspinać po schodach.

– Wybierasz się gdzieś po szkole?!

– Przecież mam szlaban!

– I dobrze. Przynajmniej nic ci nie grozi.

– Samotna nastolatka w środku lasu, to nie mój profil! – Odkrzyknął, będąc już przy drzwiach wejściowych.

W oczekiwaniu na otwarcie bramy Jonah przeglądał wyświetlającą się na ekranie komputera playlistę w poszukiwaniu dobrej muzyki na drogę do szkoły. Gdy podniósł wreszcie głowę, ku swojemu zdziwieniu znalazł się oko w oko z mężczyzną w radiowozie, który był wyraźnie zaskoczony nagłym otwarciem się bramy. Obaj powoli wysiedli ze swoich pojazdów, nawet na chwilę nie spuszczając z siebie wzroku, niczym dwaj kowboje na Dzikim Zachodzie.

– Dzień dobry, synu. Szeryf Matt Strzyżewski. – Mężczyzna dotknął ronda kapelusza.

– Jonah Wolf, w czym mogę pomóc, szeryfie? – Stanęli naprzeciw siebie, rozdzieleni linią graniczną, stworzoną przez szynę potężnej stalowej bramy.

– Czy jest ktoś z dorosłych w domu? – Jonah bez słowa sięgnął po telefon.

– Pozwól na górę… szybciutko. – Odezwał się, wykręcając numer matki. Mundurowy i nastolatek patrzyli na siebie ciekawie w milczeniu.

– Piękna maszyna. – Szeryf kiwnął głową w stronę półciężarówki Jonaha. – 1000?

– 1500.

– Potężna maszyna. Czuje się moc pod nogą?

– Nie miałem okazji wypróbować.

– Mhm.

Po krótkiej wymianie zdań ponownie zapadło milczenie, przerwane na szczęście pojawieniem się matki Jonaha. Kobieta popatrzyła odrobinę skonsternowana najpierw na stróża prawa, a potem swojego syna.

– Co zmalowałeś?

– O ile wiem, to nic. – Chłopak odwarknął jej półgębkiem.

– Szeryf Matt Strzyżewski, proszę pani. Ja nie w sprawie pani syna.

– Elizabeth Wolf. – Podała rękę mężczyźnie. – Zechce pan wejść?

– Tak właściwie to ja tylko przejazdem. Muszę objechać jeszcze sporo domów w okolicy.

– Co pana do nas sprowadza?

– Przede wszystkim, nie miałem jeszcze okazji powitać nowych mieszkańców naszego hrabstwa. – Raz jeszcze dotknął ronda kapelusza. – Sprowadza mnie jednak inna sprawa. Policja stanowa poprosiła nas byśmy wzmogli patrole.

– Chodzi o te zabójstwa?

– Więc już pani słyszała?

– Trudno nie słyszeć, jak telewizja trąbi o tym przez cały czas. Sądziłam jednak, że to miało miejsce na południe
i wschód od zatoki. Zabójca przeniósł się w naszą okolicę? – Kobieta była wyraźnie przestraszona tą informacją.

– Wydajemy ostrzeżenie dla wszystkich rejonów zatoki. Gdyby zauważyła pani coś dziwnego…

– Ja pracuję w domu i praktycznie się z niego nie ruszam, ale mój syn codziennie jeździ do szkoły.

– Synu… – Szeryf ponownie przeniósł wzrok na chłopaka. Jonahowi przeleciały przez umysł wszystkie dziwne wydarzenia, jakie miały miejsce, od dnia przyjazdu w to miejsce. Tajemnicza dziewczyna w czerwieni. Dziwne sny. Motocyklista i wreszcie przerażająca wizja podczas medytacji. – Synu?

– Wie pan, szeryfie, większość życia spędziłem w Nowym Jorku, więc niewiele jest mnie w stanie zdziwić, ale na pewno dam panu znać. Teraz przepraszam. Nie chciałbym tłumaczyć spóźnienia do szkoły spotkaniem z szeryfem. To może nie wyglądać za dobrze.

Silnik ryknął, kiedy chłopak odrobinę zbyt nerwowo opuszczał podjazd, sprawnie wciskając się w szczelinę pomiędzy zderzakiem radiowozu a okalającymi podjazd drzewami.

Tego dnia w szkole był jakiś nieswój. Nie mógł się skupić ani na nauce – przez co dostał pierwszą w swoim życiu dwóję z matematyki – ani na życiu towarzyskim. Nawet Meggy nie uświadczyła tego dnia jego uszczypliwych komentarzy. Po głowie wciąż krążyło mu poranne spotkanie z szeryfem, a właściwie nie tyle samo spotkanie, co wspomnienie śnieżnobiałych kłów odbijających się w oczach przerażonej dziewczyny z jego wizji. Nie mógł powiedzieć o tym szeryfowi, bo ten prędzej skierowałby go do psychiatryka, niż zechciał sprawdzić ten trop. Zresztą jaki to był trop? Białe zęby? Policja miałaby chodzić po lesie i zaglądać w zęby każdego napotkanego zwierzęcia? Prychnął pitym sokiem.

– Coś cię rozbawiło, wilczku? – Zapytała zdziwiona Ashley. Siedzieli razem przy ich zwyczajowym stoliku w końcu sali. Prawdę mówiąc, nie do końca wiedział jak i kiedy się tam znalazł. Wszyscy wokoło patrzyli na niego.

– Nie, przepraszam. Po prostu mi się coś przypomniało. O czym mówiliście?

– O tym, że Emilly zmarł wczoraj kot. – Ashley wyjaśniła cierpko.

– Przepraszam, Em. – Dziewczyna popatrzyła na niego krzywo lekko zapuchniętymi oczami. – Naprawdę ci współczuję. Po prostu był dziś u mnie szeryf. Zresztą nieważne. Przepraszam.

Ponownie uciekł myślami do swojego umysłu. Był pewien, że coś mu umyka, coś bardzo ważnego, tylko nie wiedział co. Przebłysku doznał dopiero na szkolnym parkingu.

– Sorry, Ash. Dzisiaj musisz odwieźć się sama. – Zawołał do idącej kilka metrów za nim dziewczyny, pozostawiając ją zszokowaną w obłoku spalin.

Dojazd do Stan Lee East-West Dinning zajął mu zaledwie kilka minut. Nie był głodny. Ciągnęło go niezrozumiałe przeczucie, że tam się wszystko jakoś zbiega. Odnosił wrażenie że uczucie, które coraz częściej towarzyszyło mu podczas medytacji, wizja której doznał, jego sny, że to wszystko ma wspólny mianownik, który już zna.

– Czego tutaj chcesz? – Spokojnie odstawił swoją herbatkę. Nad jego głową stała wsparta pod bogi Meggie.

– To jest restauracja. W restauracji się je. – Odpowiedział jej spokojnie.

– Dałeś mi spokój w szkole, ale postanowiłeś nadrobić mi w pracy?

– Nie schlebiaj sobie. Nawet nie wiedziałem, że dzisiaj pracujesz. Poza tym obsługuje mnie twoja ruda koleżanka i jest bardzo miła. – Dziewczyna odeszła fucząc coś pod nosem.

Lokal był zupełnie pusty i na parkingu, jeśli nie liczyć samochodu szefa i kilku skuterów należących do kucharzy i kelnerek, nie było niemal żadnego pojazdu. Jonah korzystając z sielskiej atmosfery, tak odmiennej od domu, w którym z jednej strony czyhał las, a z drugiej upierdliwa matka, w spokoju odrabiał zadania domowe na kolejny dzień.

Choć miał szlaban, a w domu miał być od niemal godziny, jego telefon wciąż milczał jak zaklęty. Opcje były co najmniej trzy. Matka zapomniała się w swojej pracy tak bardzo, że nie wie która godzina. Wie która godzina i szykuje niezłą awanturę na jego powrót im późniejszy, tym lepiej. Ewentualnie dopadł ją seryjny morderca. Ta ostatnia opcja wcale go nie przerażała, ale czego się spodziewać po nastoletnim synu?

Spędził dwie godziny na bezproduktywnym zastanawianiu się, czemu w ogólne obchodzi go seryjny morderca, który upatrzył sobie nastolatki, czemu w ogóle interesuje go jakikolwiek morderca, skoro właśnie przyjechał z miasta, które świętowało ostatnio niebywały rekord – 12 dni bez morderstwa. Pierwsza taka sytuacja od roku 1990!

Rzucił na stół zwinięty banknot, spokojnie wystarczający na należność z napiwkiem i zniechęcony wyszedł z knajpki. Najwyraźniej jego przeczucie było mylne i umysł ściągnął go w miejsce, gdzie mógł posiedzieć w spokoju, a nie to, w którym spodziewał się czegoś dowiedzieć. Zresztą nie był przecież policjantem. Opuszczając parking omal nie zderzył się z wjeżdżającymi na niego trzema motocyklistami. Głośnym trąbieniem wyraził swoje niezadowolenie ich manewrem. W bocznym lusterku zobaczył, jak jeden z mężczyzn pokazuje mu środkowy palec. Półciężarówka cofnęła z prędkością i precyzją, jakiej nie powstydziłaby się nawet Sam. Wyskoczył, zostawiając włączony silnik. Zbliżając się do mężczyzn czuł, jak jego ciałem wstrząsają dreszcze.

– Ty! – Ryknął w stronę rosłego faceta. – Masz coś do powiedzenia?

– Co? Ty do mnie, młody? – Mężczyzna zdjął kask. To był ten sam facet, z którym spotkał się kilka tygodni wcześniej w tym barze. Nawet, jakby go nie zobaczył, smród był przejmujący. W zasadzie jego towarzysze śmierdzieli tak samo. – Coś cię zabolało, to poskarż się mamusi.

– Ciebie zaraz coś zaboli! – Jonah zacisnął pięści, był już pięć metrów od nich. Niemal na odległość skoku. Długowłosy
i jeden z jego towarzyszy zarechotali.

– Dawaj. – Mężczyzna zrobił krok do przodu, uśmiechając się krzywo.

– Panowie, spokój. – Harleyowiec z brodą, na oko najstarszy z nich, rozdzielił ich ramionami.

– Z drogi, Jurgen. – Warknął długowłosy, chcąc go wyminąć.

– Stój! – Polecenie było krótkie i skuteczne. Facet zamarł jak na komendę. – Chłopcze, zostałeś urażony, ale nie chcemy robić awantury na oczach tych panów. – Spojrzał ponad ramieniem Jonaha. Po przeciwnej stronie ulicy zatrzymał się radiowóz, jeden z mężczyzn meldował coś przez radio, obserwując ich uważnie.

Jonah nadal nie był pewien, czy nie chce się rzucić na rosłego mężczyznę. W sumie, policja mogłaby mu w tej sytuacji uratować życie, jeśli sprawa wymknęłaby się spod kontroli. Oddychał ciężko.

– Uspokójmy się więc wszyscy. – Kontynuował mężczyzna – I nie róbmy nic głupiego. Max, przeproś tego chłopca za swoje zachowanie.

– Przepraszam. – Długowłosy warknął przez zęby.

– Teraz wszyscy zapomnimy o całej sprawie i rozejdziemy się w pokoju. – Harleyowiec powoli opuścił dłonie. – Bezpiecznej drogi, chłopcze. Nie żywimy urazy.

– Jakbym to ja was obraził. – Jonah splunął, czym prędzej wracając do samochodu. Policjanci poczekali aż opuści parking, nim włączywszy na chwilę syreny pojechali w swoją stronę.

To spotkanie na parkingu przypomniało Jonahowi, co tak bardzo ciągnęło go dzisiaj właśnie do tej knajpki. To ten smród i ładunek agresji, jaki uwalniał w nim długowłosy motocyklista. Ciekawe, jakby się to skończyło, gdyby tamten był sam. Albo gdyby jego starszy towarzysz nie interweniował. Przez całą drogę do domu Jonah rozważał różne scenariusze walki. W jednych wygrywał, w innych był zatłuczony na śmierć. W niektórych Meggy wypadała zapłakana, rzucając się by go ocalić. Te scenariusze bawiły go najbardziej. Zawsze lubił fantastykę i jej pochodne.

– Skoro już byłeś tyle czasu w knajpie, to mogłeś coś kupić do jedzenia do domu. – Zawołała matka z dolnego piętra.

– Skoro wiedziałaś gdzie jestem, od sms’a ręka by ci nie odpadła. – Odkrzyknął.

Dziwił się że nie wpadł na to, iż matka śledzi GPS w jego samochodzie i dlatego nie dzwoni, by go ochrzanić. Rzucił swój plecak w kąt pokoju. Dzięki odrobionej w knajpie pracy domowej miał wieczór i cały weekend tylko dla siebie.

Znudzonemu człowiekowi różne dziwne pomysły przychodzą do głowy. Jonah zdążył już nadrobić wszystkie interesujące go seriale, posprzątać pokój, zagrabić trawnik – który wcale tego nie wymagał, bo las był iglasty – a jeszcze nie nastał nawet sobotni wieczór. W odruchu skrajnej rozpaczy, bo inaczej wyjaśnić tego się nie dało, wziął wiadro, wąż i zaczął myć wszystkie trzy samochody, jakie posiadali domownicy. O ile on i ojciec od czasu do czasu odwiedzali myjnię, o tyle praktycznie nie ruszany z garażu suburban matki pokryty był grubą warstwą kurzu. W zasadzie, gdyby nie czujniki cofania, Jonah musiałby umyć szyby przed opuszczeniem garażu, gdyż absolutnie nic nie było przez nie widać. Paradoksalnie, pomimo całego swojego lenistwa i awersji do prac domowych, mycie samochodów naprawdę mu się podobało. Może było to związane z faktem, że mieszkając w Nowym Jorku nigdy nie miał okazji tego robić, więc praca mu jeszcze nie obrzydła będąc czymś nowym, a może to powolna powtarzalność ruchów, jakie musiał przy tym wykonać. To było coś na wzór medytacji, połączonej z wysiłkiem fizycznym, powolne dokładne ruchy, starannie kontrolowany oddech. Chromowane wykończenia jego półciężarówki lśniły niczym lustro. Jonah podziwiał właśnie w jednej z potężnych rur swoje przedziwnie zniekształcone odbicie, kiedy jego wzrok zarejestrował ruch za nim. Powolne, staranne ruchy, które mogły niemal umknąć ludzkiemu spojrzeniu. Zamarł na chwilę, wpatrując się w odbicie i nasłuchując otoczenia. Z samochodowego radia płynęła muzyka, z domu płynęły dźwięki telewizora zawieszonego w salonie. Ulicą przemknął samochód. Obraz za nim ponownie się poruszył, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku. Chłopak wstał powoli, odkładając mokrą szmatę i tak długo, jak było to możliwe, nie spuszczając wzroku z odbicia, odwrócił tyłem do samochodu. Przed sobą miał stojący na podjeździe elektryczny samochód ojca, a dalej betonowy mur okalający dom. Nikogo tam nie było, ale i nikogo się tam nie spodziewał. Powoli podniósł wzrok wyżej, ponad zwieńczające mur metalowe daszki, na najbliższe drzewo i dalej po jego pniu na pierwszą z gałęzi.

– Chcesz żebym dostał zawału? Tak się skradać. – Pokręcił głową z dezaprobatą, patrząc wprost na leżącą na gałęzi pumę. Wielki kot uderzył ogonem o gałąź. – No już dobrze. Już ci nie przeszkadzam, tylko tu nie wskakuj, bo to droga w jedną stronę.

Może sprawiły to hipnotyzujące, świecące niczym dwa onyksy oczy dzikiego kota, a może zmęczenie spowodowane myciem samochodów połączone z chłodnym wieczornym powietrzem, ale Jonah poczuł, jak odlatuje. Cofnął się o dwa kroki, nim jednak postawił ostatni z nich już go tam nie było. Znowu pędził przez las, tym razem głębokim rowem na poboczu drogi, wsłuchując się w równy rytm swojego serca. Słodka woń coraz mocniej drażniła jego nozdrza, poczuł jak się uśmiecha. Wiedział, że cel jego biegu jest tuż za najbliższym zakrętem. Skupił całą swoją wolę na jednej myśli. Byciu sobą, a nie zwierzęciem, którego oczami teraz patrzył. Skupił się na myśli, że jest Jonahem Wolf, siedemnastolatkiem z Nowego Jorku. Powtarzał to sobie tak długo, aż obraz zadrgał niczym odbicie w wodzie, gdy wrzucisz do niej kamień. Stał oparty o karoserię swojego samochodu, mocno ściskając w dłoniach chromowaną ramę. Spoczywająca na drzewie puma przyglądała mu się przenikliwie z dziwnie przechyloną głową. Kiedy na nią spojrzał, w jednym skoku umknęła w las. Przetarł czoło mocno zroszone potem.

Następnego ranka nie musiał włączać telewizora, by wiedzieć, co będzie główną informacją w porannych wiadomościach i wszystkich kolejnych serwisach lokalnych stacji telewizyjnych i radiowych. Morderca po raz pierwszy zaatakował w hrabstwie Half Moon Bay. Dwadzieścia kilometrów od ich domu.

Matka pół dnia spędziła wisząc na telefonie i powtarzając Sam, jak bardzo się cieszy, że ta wyjechała, nim to wszystko dotarło tak blisko ich domu i że gdyby tutaj była, każdego dnia zamartwiałaby się na śmierć. Godna podziwu ulga, biorąc pod uwagę policyjne statystyki miasta Boston w Massachusetts. Obaj zamieszkujący dom mężczyźni ewakuowali się jak najdalej. To oznaczało, że po raz pierwszy od bardzo dawna spędzali czas razem, grzebiąc w elektronice firmowego Volta.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *