10. Za dużo dziewczyn, stanowczo.

28 listopada 2017

Pogoda nareszcie się poprawiła. Nad San Francisco i okolicami zaświeciło pierwsze słońce w nowym roku, przywracając wszystkim radość życia. Ulice Redwood City, które jeszcze niedawno wyglądały niczym po apokalipsie zombi, teraz na powrót zapełniły się mieszkańcami podmiejskiego osiedla. Jechał powoli, nerwowo bębniąc palcami w kierownicę. Ludzie za oknami skracali sobie drogę w poprzek ruchliwej ulicy, nie zważając na sznury samochodów. Wyglądali przy tym, jakby słońce uczyniło ich najszczęśliwszymi istotami na świecie.

Świecące na błękitnym niebie słońce wdzierało się przez szerokie okna na wypełnione roześmianymi uczniami szkolne korytarze, wypełniając je niekończącymi się pokładami pozytywnej energii. Oswojenie się z nowym otoczeniem przyszło Jonahowi łatwiej, aniżeli się tego spodziewał i teraz czuł się tutaj niemal tak dobrze, jak w starej szkole. Co prawda nie udało mu się załapać do żadnej z drużyn i nie nosił kurtki z emblematem szkoły, nie przeszkadzało mu to jednak w pozostaniu w towarzystwie mięśniaków i cheerleaderek. Mógł dzięki temu każdego dnia droczyć się z Meggy, która na sam jego widok zaczynała syczeć, obnażając zęby. Zupełnie jakby była dziką kocicą. Zaśmiał się bezgłośnie do tej myśli.

Łup! Nagłe uderzenie sprowadziło go na ziemię i to niemal dosłownie. Zachwiał się i cofnął o dwa kroki. Na podłogę z lekkim szumem posypały się wytrącone z rąk zeszyty i luźne kartki. Był tak zaaferowany rozglądaniem się po szkole, że zupełnie nie zwracał uwagi, na to, co dzieje się tuż obok.

– Przepraszam. – Przykucnął, by pomóc w zbieraniu rozsypanych zeszytów. – Nie zauważyłem że idziesz.

– Nic nie szkodzi. – Usłyszał melodyjny, lekko gardłowy dziewczęcy głos. Zebrawszy rozsypane zeszyty w niechlujny stos podał je właścicielce. Teraz dopiero po raz pierwszy spojrzał na dziewczynę, z którą się zderzył. Wyglądała, jakby walczyła pomiędzy chęcią znalezienia się możliwie daleko od niego, a pragnieniem pozostania tu jeszcze choć przez chwilę. To ją widział pierwszego dnia przez okno samochodu i to ją widział niemal każdej nocy.

– Śniłaś mi się. – Powiedział wreszcie. Zobaczył jak krew odpływa jej z twarzy. Zerwała się, w kilka chwil znikając w bezładnej chmurze uczniów.

– Nie powiem, masz talent do podrywania. – Gabe zarechotał, stając obok niego. – Mam nadzieję, że to nie był twój najlepszy tekst.

– Zdarzają mi się lepsze. – Odpowiedział bez uśmiechu. – Co to za jedna?

– A co? Coś ci wpadło w oko, Jonahu Wolf? – Kapitan walnął go w plecy, ale natychmiast spoważniał. – My mówimy na nią czerwona. Na imprezy nie chodzi, od chłopaków ucieka, z dziewczynami też się nie zadaje. Niedotykalska taka, czy coś. Jak masz ochotę na dziewczynę, to znajdź sobie jakąś inną, dobrze ci radzę.

– Jak Ash? – Jonah zaryzykował strzał.

– Jeśli chcesz stracić zęby, to proszę. Ja tam wolę nie ryzykować.

– Kapitan drużyny boi się startować do cheerleaderki? – Teraz to Jonah się zaśmiał, odrobinę zbyt głośno, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokoło.

– To ty nie wiesz, kim jest jej facet?

– Nie zapominaj, że jestem tutaj nowy. Nie znam wszystkich plotek.

– To rozgrywający drużyny Stanfordu. – W głowie Jonaha wyklarowało się nagle wspomnienie pustynnej nocy w Reno.

– Taki blondyn, ze smokiem na ramieniu?

– Znasz go?

– Zdarzyło mi się go skopać. – Jonah wzruszył ramionami. – Podobno nie przepuści żadnej lasce.

– Kto nie przepuści żadnej lasce? – Jedna z cheerleaderek uwiesiła się na ramieniu Gabe’a, czym najwyraźniej nie był zachwycony.

– Taki jeden baseballista. – odpowiedział spokojnie, piorunując Jonaha wzrokiem.

– Łech. Faceci i ich sport. – Dziewczyna udając zdegustowanie, odczepiła się od ramienia kapitana.

– Dobra, to na mnie też czas. – Jonah czuł, że palnął głupstwo i wolał teraz wykręcić się od dalszej rozmowy.

– Czekaj, czekaj, Wolf. Nie tak prędko. – Gabe złapał go za ramię. – Zdarzyło ci się go skopać? – Syknął, tak by nie usłyszała go stojąca nieopodal cheerleaderka.

– Tak jakoś wyszło. Trochę się wkurzyłem, bo przez niego wpadłem do basenu, więc skopałem jego i jego kumpli.

– A laski?

– Zaliczył już wszystkie cheerleaderki i zabiera się za inne dziewczyny. Wiem od studentki Stanforda.

– Niby czemu ta laska ci to powiedziała? – Gabe cedził każde słowo przez zęby.

– Żeby wyjaśnić, czemu wylądowaliśmy w basenie i musimy się rozebrać. Nie chciała mu dać, uznał że kąpiel będzie zabawną karą. – Spróbował wyszarpnąć ramię z uścisku kapitana szkolnego zespołu.

– Tak sobie jednak myślę, Wolf, że czasami może lepiej i stracić zęby, niż… Trzymaj się z dala od czerwonej. – Puścił wreszcie Jonaha, pozwalając mu odejść.

Naprawdę zaczynał się śpieszyć na zajęcia. Kiedy przechodził obok wmontowanych w ścianę szafek, odniósł wrażenie, że cheerleaderka ukradkowo mu się przygląda.

Gdy w czasie przerwy obiadowej wchodził do stołówki, wciąż jeszcze miał w głowie poranną rozmowę z kapitanem szkolnej reprezentacji. Nie wiedząc, czy ktoś usłyszawszy ich rozmowę nie puścił plotki w obieg, wolał trzymać się z dala od cheerleaderek. Na domiar złego od chwili wejścia do stołówki towarzyszyło mu spojrzenie Gabe’a, który niemal nie spuszczał go z oka. Przez cały czas spędzony w kolejce z tacą czuł chodzące mu po plecach zimne ciarki, przeplatane uderzeniami gorąca. W każdym innym wypadku uznałby, że przechodzi wyimaginowaną menopauzę. Tym razem chodziło jednak o uczucie bycia obserwowanym. Całe szczęście, że zjawił się w stołówce zaraz po dzwonku i wciąż jeszcze miał do wyboru sporo wolnych miejsc. Zaledwie dwa rzędy dalej siedziała Siri ze swoimi przyjaciółmi, ale perspektywa przebywania w towarzystwie Paula skutecznie go zniechęcała. Facet był po prostu niekwestionowanym i rasowym dupkiem. Ostatecznie skończył przy pojedynczym stoliku w końcu sali, gdzie
w spokoju mógł żuć swojego hamburgera.

– Chyba pomyliłeś stoliki, wilczku. – Na ramieniu poczuł dotyk delikatnej dłoni. Ashley stała za nim z kilkoma koleżankami. Dzisiaj nie nosiła już wystrzałowego stroju cheerleaderki, tylko obcisły pulower w kolorze moreli
i pistacjowe jeansy.

– Dzięki, ale już prawie skończyłem.

– Bo pomyślę, że mnie unikasz. – w jej tonie było coś takiego, że Jonah poczuł się nagle, jakby siedział przed prokuratorem. Nie żeby kiedykolwiek miał do czynienia
z prokuratorem, czy nawet policyjnymi śledczymi, ale wyobrażał sobie, że musi to być właśnie takie uczucie.

Całe szczęście posadzony przy stoliku Ashley nie musiał się wiele odzywać. Nikt nie wymagał od niego włączania się do rozmowy. Tak naprawdę to nikt się do niej nie wtrącał, tylko wszyscy ze znużeniem słuchali Pam, która opowiadała o oblanym właśnie sprawdzianie z geografii, no bo po co komuś wiedzieć, co jest stolicą Teksasu i jaka jest największa rzeka w ich stanie. Nikomu, ale to nikomu nie udało się jej uciszyć ani przegadać, ani tym bardziej wytłumaczyć jej, że jest głupia. Wszyscy siedzieli więc w milczeniu, co jakiś czas kiwając jedynie głową ze znudzonymi minami.

To wprost niesamowite, jak jedna osoba może zdominować i zagłuszyć kilkanaście innych, zmuszając ich do słuchania swojej opowieści.

Druga połowa dnia upłynęła mu stanowczo zbyt szybko. Najwyraźniej czas postanowił sobie z niego zakpić i pędził nieubłaganie ku ostatniemu dzwonkowi, po którym będzie musiał wrócić do domu, gdzie czekał na niego kolejny dzień szlabanu. Nawet zajęcia sportowe, które zazwyczaj wlokły się w nieskończoność tego dnia postanowiły być zabawne.

– Coś cię bawi, Wolf? – Głos Rogersa sprowadził go
z powrotem na matę treningową.

– Tak, trenerze. Dziewczyny w rogu sali. – odparł zgodnie z prawdą, obserwując zespół cheerleaderek ćwiczący nowy układ na najbliższe zawody i dziewczyny w przydużych podkoszulkach, przewracające się przy rzucie ogromną piłką lekarską.

– To nie jest pora na dziewczyny! Skup się na tym co mówię, bo potem będziesz zdziwiony, że…

– Że będziemy dzisiaj ćwiczyć zapasy. Pana również słucham trenerze. – odparł głośno i z szacunkiem. Widząc jak pozostali uczniowie stoją niemal na baczność założył, że trener Rogers jest jednym z tych, którzy swoich uczniów traktują niczym oddział wojskowy.

– Cieszę się, że masz podzielną uwagę. Dzięki temu jedną jej część możesz skupić na tym co mówię, a drugą na tym co pokazuję, czyli całą uwagę skupić na mnie. Czas ucieka, do roboty. – Trener klasnął w dłonie.

Po tej krótkiej przemowie motywacyjnej zawodnicy przystąpili do rozgrzewki żeby rozruszać i uelastycznić mięśnie. Pomimo upływu lat, po dziś dzień Jonah pamiętał słowa swojego pierwszego trenera, wypowiedziane kiedy zaczynał trenować aikido.

Nie ma kogoś takiego, jak zawodnik podatny na kontuzje. Każdy z was jest zbudowany z tego samego materiału. Kluczem do tego, czy wyjdziecie z walki w pełni sprawni jest odpowiednie rozgrzanie mięśni. Możecie stanąć na macie teraz i za dziesięć minut mieć skręconą nogę, albo poświęcić te dziesięć minut na rozgrzanie mięśni i przetrwać do końca dnia.”

Wtedy oczywiście żaden z nich nie uwierzył trenerowi
i wracali do domów utykając, nie mogąc ruszyć rękoma lub schylić się, mając powykręcane różne stawy. Po kilku tygodniach, kiedy pojęli wreszcie naukę, nadal wracali utykając i nie mogąc ruszyć rękoma. Tym razem jednak był to wynik wielokrotnych spotkań z matą, kiedy na przemian rzucali i byli rzucani przez kolegów.

Same treningi aikido idealnie mu się teraz przydały. Mocno musiał się pilnować, by nie wybuchnąć śmiechem, kiedy przygważdżał do maty trzy razy większego od siebie chłopaka, który mógłby z powodzeniem występować w zawodach wrestlingu. Może była to kwestia temperatur, jakie zimą panują w Kalifornii, zupełnie innych od tych w Nowym Jorku, a może zwyczajnie ostatnio za mało się ruszał i przesadzał ze słodkimi napojami, ale pod koniec zajęć, pomimo że stoczył jedynie trzy walki, Jonah był spocony jak mysz.

Kiedy wreszcie trener kazał im iść pod prysznice, odetchnął z ulgą. Czuł jak kropelki potu spływają mu po karku i czole, drażniąc oczy zawartą w nich solą. Koszulka, którą założył na zajęcia, kleiła mu się do ciała. Strasznie nie lubił przyklejonego do ciała, mokrego materiału, nieważne czy był to wynik intensywnego wysiłku, deszczu, czy wrzucenia do basenu w Reno. Tak więc pierwszą rzeczą, jaką zrobił po końcowym gwizdku, było ściągnięcie mokrej koszulki, która teraz spoczywała przewieszona przez jego ramię.

– Wolf! – Usłyszał za sobą ryknięcie trenera. – Regulamin szkolny wyraźnie mówi o obnażaniu się na terenie szkoły. Chcesz się rozbierać, to won do szatni, inaczej zostaniesz zawieszony!

Ach te cudowne regulaminy szkolne. „Ciekawe, czy gdyby szkoła miała basen i drużynę pływacką, to cała zostałaby zawieszona za przebywanie bez koszulki poza szatnią” pomyślał, uśmiechając się kwaśno.

Podobnie, jak ostrzeżenie „tylko się nie odwracaj”, wywołuje nieprzemożoną chęć odwrócenia się, tak i krzyk trenera spowodował, że Jonah, który przeszedłby zupełnie nie zauważony, nagle znalazł się w centrum uwagi. Bynajmniej, wcale się tym nie przejął. Nie miał problemów ze swoim ciałem ani nagością i nie zwracał uwagi na głupie uśmieszki niektórych uczniów i szepty między dziewczynami. Dawno już minęły czasy, kiedy siostra mogła się śmiać, że właśnie wypuścili go z obozu koncentracyjnego, o dochowaniu się brzuszka nie mogło zaś być mowy. Kiedy wreszcie przekroczyli progi szatni, również pozostali członkowie zespołu pozbyli się swoich koszulek, pod którymi byli równie mokrzy jak on sam. Ich ciała lśniły niczym naoliwione, przywodząc na myśl starożytnych gladiatorów. Niektórzy byli muskularni niczym kulturyści, inni zwyczajnie żylaści. Zaledwie kilku mogło się pochwalić niewielkimi oponkami
w okolicy pasa.

W lustrze zobaczył smukłego chłopaka z ładnie zarysowanymi liniami mięśni na ramionach, torsie i brzuchu. Kot pośród lwów. Z rezygnacją wzruszył ramionami.

Chłodny prysznic go orzeźwił i przywrócił wigor. Niedawne zmęczenie po treningu stało się tylko mglistym wspomnieniem, a szkołę opuszczał śmiejąc się z chłopakami.

Parking szkolny był już niemal opustoszały. Większość uczniów zdążyła rozjechać się do domów. Tylko gdzieniegdzie stały wciąż pojedyncze samochody członków szkolnych reprezentacji, oraz odgrodzone za wysokim płotem auta grona pedagogicznego. Jonahowi nie groziło więc ani czekanie
w kolejce, ani też zderzenie z Rabbitem, albo z innym autem które mógłby przerobić na konserwę.

– Wilczku! – Usłyszał za sobą wołanie. Przez parking szła do niego Ashley, bynajmniej się przy tym nie spiesząc. – Zabie… – reszta jej wypowiedzi utonęła w ryku silnika potężnego Enduro, przejeżdżającego właśnie przed szkołą. – Zabierzesz mnie do domu. – powtórzyła, otwierając sobie drzwi. To nie było pytanie.

– J… jasne. – Co innego mu pozostało, skoro i tak usadowiła się już w kabinie. Na chwilę zawiesił jeszcze wzrok na motocyklu i dosiadającym go potężnym mężczyźnie. Odniósł niepokojące wrażenie, że jest to ten sam, którego chciał pobić w restauracji. Teraz jego mięśnie także się napięły, gotowe do pogoni za pojazdem, po karku przebiegł mu przeciągły dreszcz. Wziął głęboki wdech i wskoczył do auta. Silnik zamruczał z rozkoszą, jak zawsze kiedy witali się przed podróżą. Wrzucił bieg, pozwalając skrytemu pod maską potworowi warknąć groźnie i powoli potoczył się po szkolnym parkingu. Gdyby role się odwróciły i to Sam siedziałaby teraz za kierownicą, mając obok siebie kapitana szkolnej reprezentacji, zapewne ruszyłaby z piskiem opon, po drodze wykręcając jeszcze kilka bączków. Jeśli chodziło o jazdę, to on był tym rozsądniejszym z rodzeństwa i skręcanie na ręcznym, które Sam zafundowała mu w drodze do Rino, było z całą pewnością jego najbardziej szalonym wyczynem za kierownicą.

– Jeszcze pachnie nowością. – Powiedziała Ashley, rozsiadając się wygodnie i gładząc tapicerkę fotela. Nie skomentował, co niby miał jej odpowiedzieć, że samochód ledwie kilka tygodni temu był w salonie? Banał.

– Pewnie nie pozwolisz zapalić? – Spytała z zamkniętymi oczami.

– Tylko w czasie przejażdżki na pace. – Uznał, że na swoim terytorium może zaryzykować odpuszczenie sobie bycia grzecznym chłopcem. Co mogło się stać? Najwyżej by się na niego obraziła.

– To może następnym razem.

– Dokąd cię zawieźć? – Spytał włączając nawigację, kiedy zatrzymali się przy wyjeździe z parkingu.

– Sequoia Park Drive 54912. – Wyrecytowała do samochodowego komputera.

– Przeliczam trasę. Skręć w prawo, skręć w prawo. – Droga do domu cheerleaderki prowadziła w dokładnie przeciwnym kierunku, niż powinien był się udać.

– Nie masz własnego samochodu?

– Mam, ale nie jeżdżę nim do szkoły.

– Oszczędność na benzynie?

– Jeżdżenie jest takie nudne. – Powiedziała od niechcenia. – Zawsze znajdzie się ktoś chętny by podwieźć i można sobie porozmawiać.

– Czego to się nie zrobi dla pani kapitan?

– Dokładnie. – Uśmiechnęła się na jego słowa. – Więc, wilczku. Co sprowadza się do naszego miasta?

– Potężna i tajemna moc zwana rodzicami. – Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, słysząc jego odpowiedź.

– Jesteś taki, bo wprosiłam ci się do auta?

– Jaki?

– Opryskliwy.

– Ja? Ależ skąd! Jestem wrodzoną uprzejmością. Słodycz aż ze mnie tryska! – Zawołał teatralnie, wywołując kolejny wybuch śmiechu Ashley.

– Nie wiem, co z ciebie tryska, ale chyba częściej będę się zabierała z tobą na przejażdżki. Jak ci się u nas podoba, wilczku?

– Uparłaś się tak do mnie mówić?

– Tak. – Usta jej zadrgały.

– Podoba mi się bardziej niż kilka dni temu, ale jak skończymy szkołę zmiatam prosto na lotnisko, nawet nie zdejmując togi. – Ashley zagwizdała przeciągle.

– Aż tak cię ciągnie do Nowego Jorku?

– Nawet sobie nie wyobrażasz.

– A wiesz, że tam wczoraj była śnieżyca?

– Nie kuś, kusicielko.

– Naprawdę jestem kusicielką? – Spytała zalotnie.

– Czy możesz mi coś powiedzieć?

– A co? – Zapytała tonem zaintrygowanego dziecka.

– Co wiesz o czerwonej? – Ashley zrobiła urażoną minę. Jakby popełnił najgorszą gafę pytając ją o inną dziewczynę.

– Reed. Reed Hut. Jest rok niżej od ciebie. Mieszka na wzgórzach, tak jak ty. Nie ma przyjaciół. Nigdzie się nie udziela. Mówią, że to jakiś tam syndrom. Podobno mieszka tylko z babcią, więc jej pewnie od… – zagwizdała sugestywnie.

– Nie ma rodziców?

– Może Simon powiedziałaby ci więcej. Ale wątpię czy ktokolwiek wie o niej coś ponad to, co jest w aktach. – Wzruszyła ramionami. – To w rewanżu, ja mam teraz pytanie.

– Strzelaj.

– Co możesz mi powiedzieć o Suzzy? – Mówiąc „strzelaj”, nie sądził, że Ashley weźmie to tak dosłownie. Teraz czuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy.

– A co chciałabyś wiedzieć? – Starał się, by jego głos zabrzmiał swobodnie.

– Dobrze ją znasz?

– Można powiedzieć, że przelotnie. – Postarał się obrócić sprawę w żart.

– Z jakiejś imprezy? – Czyli cheerleaderka usłyszała jednak więcej niż się spodziewał.

– Wpadliśmy na siebie na basenie.

– I ta Suzzy studiuje na Stanfordzie? – Powiedziała bardziej do siebie. – Ufasz jej?

Dotarłeś do celu” – nawigacja wybawiła go od odpowiedzi na pytanie. Skąd miał wiedzieć, czy może ufać Suzzy? Zbyt wiele czasu na rozmowę wtedy nie poświęcili.

– Dzięki za miłą przejażdżkę. Nie mogę się doczekać następnej. – Zgrabnie wyskoczyła z kabiny.

– Ja też. – Odpowiedział jej znacznie mniej entuzjastycznie. Rozejrzał się po zadrzewionej uliczce pełnej przestronnych i eleganckich domów. Wcisnął gaz. Po chwili odległy ryk silnika i dwa czarne ślady na asfalcie były jedynymi dowodami jego wizyty.

To był przedziwny czas. Sprowadzając się tutaj wiedział, że jego życie zmieni się nieodwracalnie, ale nie spodziewał się, że aż tak. Był tu ledwie od miesiąca, a cały jego świat wariował. Powrót snów, przebudzające się demony, odwiedziny Sam i szalony wypad na imprezę, na której…. wiele się działo. Zainteresowanie ze strony dziewczyn, jakiego nie doznał chyba nigdy i wreszcie Reed Hut. Tajemnicza, odziana w czerwień, czarnowłosa Reed Hut, którą widział w snach. Sam nie wiedział, która z tych rzeczy była najdziwniejsza, a przecież były i te, które działy się, choć nie miał o nich pojęcia.

Siedział na zimnej ziemi, wsłuchując w otaczającą przyrodę, delektując wonią żywicy i schnącej w słońcu kory. Słyszał już trzask łamiącej się ze starości gałęzi i tej łamanej nieuważną stopą. Słyszał kiedy wiatr poruszał listowiem i gdy muskały je ciała zwierząt. Jego zmysły się wyostrzały. Wciąż jednak nie dostrzegał najmniejszej oznaki życia w otaczającym go lesie. A przecież ten las żył i przyglądał mu się z coraz większym zainteresowaniem. Wziął głęboki wdech. Pędził przez las. Krzewy i drzewa rozmywały się w zielono brązowe smugi. Prowadził go instynkt. Potężna siła, która ochraniała go przed zderzeniem z kolejnym drzewem. Niemal czuł, jak jego stopy zagłębiają się na milimetry w leśną ściółkę, dając mu lepsze odbicie. Przestrzeń przed nim jaśniała. Betonowa smuga drogi wrzynająca się w nieskończoną zieloność lasu. Wypadł spomiędzy drzew. Usłyszał głośny charkot. Idąca poboczem dziewczyna odwróciła się. Zobaczył białe kły odbijające się w jej przerażonych oczach. W sekundzie stał na trawniku swojego domu dysząc głęboko, z niepokojem obserwując las w około. Wszędzie panowała cisza i spokój.

Jeden komentarz

  • WiX 29 listopada 2017jako21:46

    Za dużo wilka, stanowczo. It’s time to PotterComing!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *