1. Pod trójnogiem

1 października 2017

Budynek stał przy głównej, a zarazem jedynej drodze we wsi, jeśli błotnisty, zorany koleinami, niemal niemożliwy do pokonania pieszo pas ziemi między budynkami, można nazwać drogą. A z czystym sumieniem nazwać nie można na pewno. Od reszty budowli tej zapadłej wsi odgrodzony był wysokim, broniącym doń dostępu, ostrokołem. Pomyśleć by można, że za taką osłoną stać może jaki pałac książęcy, albo choć dom kolektora. Nic bardziej mylnego, nie był to ni pałac książęcy, ni też dom kolektora. Chroniona ostrokołem budowla, swym wyglądem i rozmiarami przypominała bardziej dwie obory, albo trzy chlewy w jedno złączone, aniżeli miejsce, którego sława sięgała aż po same trzy królestwa. Tym nie mniej, takie sławne miejsce za tym ostrokołem się kryło, a jedynej prowadzącej do niego furty strzegło dwóch osiłków z kordami za pasem i ciężkimi lagami w dłoniach.

Dzisiaj progi przybytku, o wdzięcznej nazwie Burdelik pod Trójnogiem, były jednak zamknięte dla spragnionych rozkoszy. Bynajmniej, nie oznaczało to, że pracujące tam kurewki miały dzień wolny. Trójnóg, jak zwykło się skracać nazwę lokalu, gościł tego dnia znamienitych gości, nie pierwszych i nie ostatnich w jego historii, którzy zażyczyli sobie jego zamknięcia i słono życzenie to opłacili. Przybytek wypełniały śmiechy bawiących się gości, przemieszane z piskami dziewoj, niosącymi się na podwórzec i ku furcie, wzbudzając tym większy żal mężów odprawianych z kwitkiem spod furty. Do pierwszej sali Trójnogu, którą odwiedzali wszyscy jego goście, bez wyjątku, schodziło się po trzech chybotliwych stopniach. Czyim pomysłem było, by wszystkie karczmy i burdele na świecie, pierwszą salę położoną miały trzy stopnie poniżej progu? Być może, była to bariera nie do pokonania, dla pragnących się wydostać upojów? Wnętrze sali było ciemne i duszne, tak, ciemna i duszna to pierwsze co można było o niej powiedzieć. Kwadratowe niemal pomieszczenie, o klepisku zamiast podłogi, zajmowały trzy rzędy ław, które obstawione były niskimi zydlami. Wejście do położonej na tyłach kuchni odgrodzone było wysokim kontuarem, który wyglądał jakby miał co najmniej sto lat za sobą. Z powały budynku, nad ławami, zwisały lampy na tłuszcz zwierzęcy, które kopciły niemal tak potwornie, jak śmierdziały. Były one, prócz niewyobrażalnie brudnego okienka, jedynymi źródłami światła.

Tak wyglądające pomieszczenie napotykali na swej drodze wszyscy klienci, pragnący skorzystać z słynnych uciech Trójnogu. Tutaj pili i biesiadowali, z każdym garncem miodu sypiąc hojniej, skrytym w sakwach pieniądzem, a przy stołach usługiwały im pracujące w burdeliku kurewki, które potem, jeśli taka była ich wola, brali. Jednym starczała do tego Ława lub koślawy zydel, wśród spojrzeń zebranej gawiedzi, inni żądali dla siebie większych wygód. Ci, gołodupce, grający wielkich panów, odsyłani byli do przestronnej sali po prawej, gdzie podłoga wysłana była starą słomą i sianem, nigdy nie zdarzało się by byli tam sami, ale w przeciwieństwie do pierwszej sali, tutaj wszyscy byli uczestnikami, nie zaś obserwatorami. Prawdziwi panowie, ci z ciężką sakiewką u pasa, proszeni byli na lewo od izby biesiadnej. Tam to, przez całą długość Burdeliku pod Trójnogiem, ciągnęły się alkowy i izdebki, w których, w wolnych chwilach, sypiały tutejsze kurewki. Uświadczyć tam można było siennik, łóżko a czasem nawet i piernaty. Skorzystanie z usług tutejszych pań było, jak się chwalił gospodarz, całkowicie nieodpłatne. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż goście mocno przepłacali za napitek i jadło.

Tego dnia, w głównej izbie, zamkniętego dla postronnych Trójnoga, bawiło półtorej tuzina znakomitych wojów. Wszyscy podobni byli do siebie, niczym rodzeni bracia. Braćmi zresztą na siebie wołali.

– Jak znajdujesz ten przybytek Samborze? – Spytał młodzieniec, o krótko ostrzyżonych blond włosach i rzadkiej brodzie.

– Wcale go nie znajduję. – Sambor był pół głowy wyższy i dwukrotnie szerszy w barach od swego towarzysza, Włosy nosił, na Braterską modłę, długie i rozpuszczone. Na brodzie zaś, zaplótł sobie niewielki warkoczyk. – Dopierom się opił i wybiesiadował, znajdować tego miejsca jeszcze okazji nie miałem. – Przesunął kciukiem po otłuszczonych wargach.

– Ja je znajduję zacnym. – Odparł młodzian, co spowodowało nagły rechot Sambora.

– Zacnym? – Wykaszlał resztki miodu, którym zakrztusił się, słuchając opinii o Trójnogu. – Burdel nie ma być zacnym, tylko kurewskim. Znajdujesz go zacnym, boś gołowąs, co się pierwszy raz w takim miejscu znalazł. Jeszcze ci włosy po postrzyżynach nie odrosły. – Zdzielił młodziana w wygoloną głowę.

– Mam szesnaście lat! – Oburzył się, a ręka powędrowała mu ku głowni miecza.

– Szesnaście powiadasz, a piczkę już widziałeś?

Młodzieniec spłonął rumieńcem, wyglądającym dość zabawnie w połączeniu z jego jasną, rzadką brodą.

– Widziałem. – Bąknął w końcu.

– Gówno widziałeś. – Zarechotał Sambor.

– Widziałem! – Wrzasnął młodzieniec. – Niejedną widziałem!

– Gówno widziałeś, powiadam i dlatego jesteś gołowąsem. Lepiej jednak, być gołowąsem wśród Braci, niż gołodupcem sobiepanem. – Potrząsnął przyjacielsko jego ramieniem. – Jak znajduję ten burdelik, jak ja go znajduję. – Mruczał do siebie, wciąż przesuwając kciukiem po wardze. – Kurewek jak zawsze za mało. – Powiedział, wodząc wzrokiem po sali.

Nie dało się ukryć, że kobiet było za mało. Trudno jednak było by znaleźć przybytek, który mógłby obsłużyć Drużynę, złożoną z dwóch tuzinów Braci, tak by żaden się nudzić nie musiał. W izbie Sambor naliczył dziesięć kobiet, w tym te, które Bracia już brali, lub one Braćmi się zajmowały. Można było coś dla siebie wybrać, Sambor nie wiedział jednak, czy i na jaką, chuć tego dnia czuje.

– Można się przecie nimi mieniać. – Młodzian odparł na uwagę, o dziewek niedostatku.

– Zawsze się mieniamy. – Wyjaśnił młodemu, wodząc nadal po sali. – Tylko rozejrzyj się, Odyl. Nawet gołowąs widzi, że te dziewki, niczym od naszych wiejskich się nie różnią. Bladolice, niskie, szerokie w biodrach, tam białe włosy, tu znowu czarne, biust kołysze się tak samo, to pewnie i pod giezłem nic niezwykłego człek nie znajdzie.

– Jest jeszcze ta, co ją zwą Czerwoną Myrthe. – Przypomniał mu Odylen, Odylem zwany.

– A widzisz ją gdzie na sali? Po mojemu, to ona już trzyma naszego Brata Dowódcę między lędźwiami.

– Może jeszcze się nam trafi. – Powiedział do Sambora, z nadzieją w głosie.

– Głupiś, jak to gołowąs, już nam się nie trafi. Sam tu niczego nie znajdę, – Mruknął ponuro, rozglądając się po izbie. – Zajmiemy się twoimi potrzebami.

Odylen zwany Odylem rozdziawił usta z bardzo głupią minął, po czym ponownie spłonął rumieńcem.

– Moimi potrzebami? – Wybełkotał wreszcie.

– Gołowąsów między Braćmi nie trzymamy. Zaraz cię w niewieścich sprawach rozeznamy. – Zatarł ręce.

– Mam jaką zabrać do alkowy? – Odyl spytał niepewnie.

– To żeś se wymyślił. – Ofuknął go, rozglądając się po sali. – Zabierzesz ją na zapiecek i będziesz raczył poemami. Jesteś Bratem, a w Braci z niczym się przed Braćmi nie chowamy. Ty! Dziewko. – Wskazał na raczej krągłą blondynkę o obfitym biuście, krzątającą się między zydlami. – Zadrzyj giezło i rozkładaj się na ławie przed nami. Memu Bratu mus wąsy przyprawić.

W Braci z niczym się przed Braćmi nie chowamy.” Taka była ich dewiza i taka była prawda. Bracia sami nadali sobie to imię, choć formalnie byli przyboczną Drużyną swego pana, nieważne czy był nim Książę, Kasztelan czy Palatyn. Od chwili przyjęcia do Drużyny, mieszkali oni razem, trenowali razem i razem za siebie umierali. Członkom Drużyny nie wolno było mieć żon, co nie znaczyło, że nie płodzili gromadek dzieci, ani też innych kobiet na stałe. Mieli być zawsze gotowi do boju, nic nie mogło stać między nimi a wrogami. Byli dla siebie jedyną rodziną jaką mieli, więc nazwali siebie Braćmi. Dwa tuziny wojów – bo tylu ich było wraz z tymi, w alkowach obsługiwanymi – Stanowili Drużynę Młodszą, wojów, którzy byli zbyt młodzi, lub zbyt mało zasłużeni, by wśród Braci z Drużyny pełnić służbę. Książę Pan uczynił ich strażą przyboczną swego syna, oni zaś tak się z nim zblatowali, że zwąc go Bratem Dowódcą, praktycznie się nie rozstawali, większość czasu na wycieczkach po burdelikach i zamtuzach spędzając.

Tak było i tym razem, biesiadując i dając ujście swym chuciom, pilnowali jednocześnie, by nikt niepożądany, nie przedostał się jedyną możliwą drogą do młodego księcia, którego chronić im przykazano. Mając zapewnione bezpieczeństwo znakomitych wojów, książę zabawiał się w położonej w głębi burdeliku komnacie. Wśród śmiechów i krzyków aż do ostatniej chwili nie dało się usłyszeć uderzeń ciężkich, kutych, butów o podłogę korytarza.

Gdy drzwi się rozwarły, przybyszowi ukazał się widok iście malowniczy. W wyposażonej w dwa łoża komnatce, bawiło się siedmioro ludzi. Trzech wojów zajmowało się zagarniętymi z izby biesiadnej kobietami. Przy samych niemal drzwiach, jednego z wojów dosiadała szerokobiodra blondynka, o włosach splecionych w długi warkocz. Sądząc po intensywności jej ruchów, ujeżdżała go raczej kłusem, aniżeli galopem. Gość postanowił ją zapamiętać, gdyby kiedy przyszło mu z tego przybytku korzystać. Obok nich, jęcząc, spoczywała na posłaniu druga z kobiet, urody jej trudno było się jednak domyślić, gdyż z progu widać było jedynie plecy i zgrabny tyłek trykającego ją Brata, oraz jej stopy, nad jego ramionami.

On jednak nie przybył do żadnego z tych Braci. Wysłano go po młodego, najwyżej siedemnastoletniego mężczyznę, zabawiającego się w krańcu sali z dziewką, w której od razu domyślił się Czerwonej Myrthe.

Czerwona Myrthe była zupełnie inna, niż zbite czarne lub białowłose, miejscowe dziewki, o grubych kościach i szerokich biodrach. Miała długie do pasa, płomiennorude włosy, którym zawdzięczała swój przydomek i przenikliwie zielone, płonące niczym dwa szmaragdy, oczy. Figurę, Myrthe, miała podobną rusałce, zwiewną niczym źdźbło najdelikatniejszej trawy i jęczała, jęczała tak, jak żadna z tutejszych dziewek jęczeć nie umiała. Jej jęki, po dwakroć wzmagały chuć szczęśliwców, doznających od niej rozkoszy, ale nie tego. Ten szczęśliwiec, mimo swego młodego wieku, słyszał jęki niejednej już kobiety, zarówno tej branej na łące w noc kupały, jak i tej, której jęczeć za pieniądze kazano. Myrthe jęczała wspaniale, ale dla niego nic to nie zmieniało.

Przybysz stał w progu zaledwie sekundę, lecz wystarczyło to, by nasycić wzrok widokiem młodzieńca, niespiesznie, mocnymi pchnięciami, raz za razem, nabijającego na swój miecz, spoczywającą przed nim na czworakach, Czerwoną Myrthę, która w tym samym czasie zabawiała, leżącą przed nią w rozkroku, czarnowłosą dzierlatkę. „Perunie! Ona ma włosy koloru książęcych!” Pomyślał przybysz, a w sekundę później, w pomieszczeniu się zakotłowało. Kłusująca na woju blondynka z łoskotem wylądowała pod nogami przybysza, podczas gdy woj, całkowicie nagi, stał przed nim z bronią gotową do walki. Jego towarzysz, również przerwał wykonywane zajęcie, by stanąć w obronie swego Księcia. Przybysz nie mógł się powstrzymać od ciętego komentarza.

– No proszę, tego jeszcze nie było. Stają ze mną do walki dwaj Bracia, z czterema mieczami. – Przesunął wzrokiem po nadal sztywnych orężach, stojących przed nim mężczyzn. – Ledergu, tobie coś z miecza kapie. Czy ja wam nie mówiłem, że jeśli przeciwnik złapie was ze spuszczonymi portkami, to jesteście martwi?

– To się nie liczy Zamirze. – Odezwał się książę, nie przerywając swego zajęcia. Myrthe również sobie nie przeszkadzała. – Złapałeś nas bez, nie ze spuszczonymi spodniami. Czego tutaj szukałeś?

– Ciebie panie. – Mężczyzna zwany Zamirem, przypomniał sobie, poco tu się zjawił. – Twój pan ojciec…

– Przysłał cię byś sprawdził, czy nie zabawiamy się z naszymi dziewkami? Racz mu przekazać, że tak daleko naszych nie uświadczy. – Wykonał kilka mocniejszych pchnięć, śmiejąc się gardłowo.

– Nie, panie. Napadli osadę, a twój pan ojciec… zielarka mówi, że to brudne rany. – Książę zepchnął z siebie Myrthe z taką siłą, że upadła twarzą w kwiat dziewki, którą przed chwilą się zajmowała, a następnie, klnąc, stoczyła się z posłania. Członek wyskoczył z niej z ciepłym mlaśnięciem, w chwili gdy doznawał spełnienia, ochlapując plecy i włosy Myrthe, jak i biust blondynki za nią.

– Kto? Ilu ich było? – Wykrzykiwał, wciągając na siebie spodnie i kaftan.

– Nie wiemy książę, Trzystu, może więcej, wszystko ciężcy, bez znaków na tarczach.

– Dobrze, szybkim marszem wgryziemy się im w tyły. Ilu pan ojciec stracił Braci?

– Wszystkich. – Zamir odparł smutno.

– Wszystkich?! – Wyrwało się Ledergowi. Sądząc po minach jego Brata i księcia, oni byli tak samo zszokowani.

– Jak to wszystkich? – Książę zapytał cicho. – Tam było pięćdziesięciu Braci i z trzystu mężów do obrony.

– To byli zaciężni, panie. – Zamir zaczął nieprzekonywająco. – Najpierw podpalili gród, a potem mordowali. Cherc spłonął do gołej ziemi.

– Na tobie jednak nie widzę nawet jednego zadrapania Zamirze. – Młody książę przeszył woja wzrokiem. – Podczas, gdy wszyscy twoi Bracia zginęli, ty jeden ocalałeś.

– Ja… panie….

– Dość. – Warknął odpychając go. – Policzę się z tobą później. Bracia! – Krzyknął idąc korytarzem. – Złazić z bab i w koń. Czas nas nagli!

Wpadł do izby biesiadnej zapinając kaftan, w krok za nim podążali jego dwaj Bracia i Zamir.

– Koniec rypaczki. Tryskać Bracia, gacie na zadki i siodłać konie. Natychmiast wracamy do Cherc! – Rozkaz Brata Dowódcy wywarł raczej umiarkowany skutek na jego towarzyszach broni. Uznali, że mają prawo doczekać spełnienia, więc oddawali się swemu zajęciu dalej. Jedynie właściciel przybytku przejął się reakcją młodego pana.

– Czy coś się stało, panie? – Spytał zaniepokojony. – Czy któraś z dziewek ci nie usłużyła, lub zrobiła to marnie? Weź panie drugą i nie rozpamiętujmy. – Skłonił się nisko. Chciał zatrzymać na jak najdłużej, to bogate i kochające sutą biesiadę, towarzystwo.

– Niczym mi nie ubliżyłeś ty, ani żadna z twych dziewek. Ważkie sprawy mnie wymagają. Jeśli kiedy będzie potrzeba ci opieki, lub grosiwa, dzielnych wojów, zapraszamy do Cherc burdel–panie. – wyrzucił z mieszka trzy złote, nieobrzynane monety, które upadły na klepisko izby. Kiedy znalazł się w drzwiach wejściowych, zorientował się, że stoi za nim zaledwie kilku Braci, którzy bawili w sąsiadujących z jego, alkowach. Wojacy zażywający przyjemności w izbie biesiadnej nadal oddawali się biesiadzie.

– Złazić z tych bab bo kutasy poobcinam i więcej już nie pochędożycie. Natychmiast! – Omiótł salę groźnym spojrzeniem. Słyszał płynące z ust Braci obelgi i wyzwiska, widać było, że mają o pomyśle nagłego wyjazdu, jak najgorsze zdanie. Na koniec jego wzrok padł na prowadzący do alków korytarz. Stała tam, naga o mlecznej cerze i różowych sutkach, rude włosy luźno opadały wzdłuż jej talii, okrywając jedną z piersi i część, podobnie rudego, łona. Nawet z tej odległości dostrzegł płonący w jej oczach szmaragdowy ogień.

W opinii młodego księcia osiodłanie koni ciągnęło się bez końca, choć zaprawionym w swym fachu Braciom, zajęło to zaledwie kilka minut. Ukradkiem spoglądając na siedzącego już na swej klaczy, w pełnym rynsztunku, księcia, nie rozumieli czemu, miast zostać tu dwa dni, jak to planowali, zaledwie po kilku godzinach ponownie goni ich do domu. Wśród ponurych pomruków, jakie między sobą wymieniali, często padało słowo „Zamir”. Byli zgodni, że ich powrót do Cherc jest związany z przybyciem Brata z Drużyny Księcia Pana. Nie śmiąc choćby w duchu lżyć Księcia Pana, wypluwali z siebie niczym obelgę, „Zamir”. Brat Zamir zdając sobie sprawę z nastrojów jakie panują wśród młodszych braci, spokojnie dopinał popręg na rączym, acz nie do końca ułożonym, młodym ogierku, na którego wymienił swą sfatygowaną po długim biegu klacz o wdzięcznym imieniu Kania.

Minąwszy furtę Trójnoga, Bracia natychmiast poszli w galop. Oddalając się od Trójnoga, wszyscy bez wyjątku Bracia, odciągnięci od dziewek sarkali, że ich kuśki od siodeł uwierają.

Książę nie wyjawił Braciom przyczyny pośpiechu, tak długo nim odjechali z dala od ludzkich siedzib.

– Żyć mnie boli, – Sarknął jeden z wojów – mogli byśmy trochę zwolnić.

– Ja nie wiem Romirze, coś ty robił, że cię żyć miast kuśki boli. – Warknął książę.

– Od siodła mnie boli, pójdźmy w kłus nim zajedziemy konie!.

Wiedząc, że czas nagli, książę nie raczył ni odpowiedzieć ni zwolnić, ale konie i tak wiedziały swoje i nie dbając o książęcą zgodę, same wkrótce do kłusa zwolniły.

– Zamirze, do mnie! – Głośno przywołał książę.

Zamir, jako woj, który nie miał u boku swego brata, zgodnie ze zwyczajem podążał samotnie na końcu. Teraz jednak przycwałował, zajmując miejsce Lederga, pełniącego rolę „pierwszego” w książęcej drużynie.

– Powtórz mi raz jeszcze kto napadł Cherc i zacznij od tego, jak to się stało, że nic ci nie jest, podczas gdy twoi Bracia zginęli. – Ponury głos młodego księcia, tonął w tętencie końskich kopyt o leśne poszycie.

– Książę Pan wysłał mnie do smolarzy, na drugą stronę rzeki. Od kilku dni w ich piecach nie płonęły ognie. – Zamir z każdym słowem chrypł coraz bardziej, przekrzykując tętent koni. – Wtedy usłyszeliśmy krzyki ludzi i zobaczyliśmy ognie. Chciałem wracać, bogowie mi świadkiem, chciałem, ale smolarze zagrodzili mi z toporami drogę do łodzi. – Charknął na ziemię, co wyrażało jego opinię na temat tych ludzi. – Obawiali się, że tamci zobaczą skąd płynę i przyjdą po nich. Nie będę przecież mieczem wyrąbywał sobie drogi do łodzi, kiedy więcej naszych i tak ginie po przeciwnej stronie. – W jego głosie dało się dosłyszeć niepewne pytanie. Książę je zignorował. – Puściłem się w koń do brodu, ale nim powróciłem, po wrogu już śladu nie było, wiesz książę sam, ile do najbliższego brodu jest staj.

– Kto to był? – Książę rzucił pytanie, bardziej w przestrzeń, aniżeli ku Bratu.

– Nie wiem.

– Przecież trupy widziałeś, a może nie zginął żaden? – Przeszył woja nienawistnym spojrzeniem, zupełnie nie pasującym do jego młodzieńczej twarzy.

– Zginęli, ze stu ich padło nim nas, ich – poprawił się pod karcącym spojrzeniem – pokonali.

– Było ich trzystu, stu padło.

– Nie wiem ilu, ludzie powiadali, że trzystu, ja nie widziałem.

– Kto?

– Przecie mówię, że nie wiem, tylko trupy widziałem.

– To trupy to gołe na ziemi leżały? Znaki, broń, odziew? Coś chyba posiadali? – Książę trząsł ze wściekłości, nie zwracając nawet uwagi jaka cisza panuje pomiędzy pozostałymi Braćmi, którzy w uwadze słuchali.

– Posiadali. – Woj zawahał się chwilę, odnajdując w pamięci jak najwięcej szczegółów. – Tarcze mieli całe pancerne, bez znaku jakiego. Kaftany brązowe, ze skóry robione. Jednego widziałem z rozprutym kaftanem, sieć miał pod nim metalową. – Hełmy mieli całe z metalu kute, ale bez jakiej ochrony dla twarzy. Mieczami walczyli, ale nie jak nasze, tylko długie i ostro zakończone…

– A głownia obciążona ołowiem?

– Nie wiem panie, może.

– Głupcze, tyś ich widział, a ja mam ci mówić kto zacz byli! – Wściekły książę uniósł dłoń, w geście, jakby chciał w twarz uderzyć woja. – Szabrowników Przednich nie rozpoznałeś? Wiechman idzie na nasze wioski! – Wśród Braci poszedł cichy pomruk. – W konie! A ty, nie myśl żem nie rad cię widzieć, ale winien byłeś zginąć ze swymi Braćmi, tak jak się godzi. Zejdź mi z oczu! – Zamir zniknął ponownie na końcu kolumny wojów, którzy ponownie przymuszali konie do galopu.

Bracia z książęcej drużyny byli zbyt młodzi by walczyć w poprzednim starciu z Wiechmanem, wielkim margrabią zachodu, kiedy to przed dziesięciu laty, Wiechman chciał zaskoczyć ludzi wschodu i nadszedł zimową porą. Wtedy to na Psim Polu wojska Błękitnego Miasta i dowodzeni przez jego ojca, wojowie wolnych grodów, starli się z jazdą Wichmana i odepchnęli go daleko, aż za Szarą Wodę. To był ostatni raz, gdy jego ojciec poprowadził wszystkie grody. Po tej bitwie możni wolnych grodów uznali, że są dość potężni by samodzielnie odeprzeć swych wrogów. Od tamtego dnia, u boku Księcia z Cherc, choć nie przegrał ani jednej bitwy, stawało coraz mniej grodów.

Bracia, mając po lat nie więcej jak trzynaście, o bitwie jedynie słyszeli. Zamir, mając wtedy lat bez mała trzydzieści, w bitwie tej wojował.

Po klęsce na Psim Polu Wiechman więcej nie przekroczył Szarej Wody. O wydarzeniach z jej zachodniej strony, wieści docierały jedynie poprzez kupców przybyłych do Błękitnego Miasta, lub wędrujących ku Trzem Królestwom Wschodu. Młodego księcia sprawy te nie interesowały i nigdy nie uczestniczył w Radach grodu. Wiedział jedynie, że Wiechman, nim natarł na jakieś ziemie ze swą armią, najpierw wysyłał bandy, zwane Przednimi Szabrownikami. Palili oni grody i wycinali ich załogi, by zostawić dla kroczącego Wiechmana wolną drogę.

Na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy, Bracia nie zamierzali jednak stawać na popas. Jeśli nie natrafią na żadne przeszkody, przed kolejnym zmierzchem staną na zgliszczach rodzimego grodu.

Jeden komentarz

  • LKA 5 października 2017jako17:26

    Hm………….. Ciekawie się zaczyna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *