1. Jej imię to Independence

1 października 2017

Szedł, a stal podłogi dzwoniła pod jego stopami. Prawie trzy kilometry długości, czterysta metrów szerokości i ponad trzysta wysokości zbitej, stalowej konstrukcji. Ponad trzysta milionów metrów sześciennych niemal żywej istoty zaprojektowanych tak, by maksymalnie wykorzystać jej możliwości.

Pięć potężnych rdzeni stworzonych z myślą o wprawieniu tej bestii w ruch. Po jednym na każdy z silników oraz piąty, dbający o pracę wszystkich podzespołów i jeszcze ten szósty…

Szósty rdzeń o niewyobrażalnej mocy, zaprojektowany tylko w jednym celu, dostarczeniu mocy do napędu strunowego.

Napęd strunowy, wielka duma floty i jej jeszcze większa tajemnica. Sekret ukrywany nawet przed najbliższymi sojusznikami. Urządzenie tak energożerne, że specjalnie dla niego zaprojektowano nowe źródło energii. Urządzenie tak potężne, że może rozerwać czasoprzestrzeń, by wsunąć się pomiędzy jej warstwy i uczepiwszy się jednej ze strun pozwolić okrętowi w ułamku sekundy umknąć w dowolny zakątek wszechświata.

Okręt, którego nic nie mogło zatrzymać. Był samowystarczalny, był wolny i niezależny i tą wolność i niezależność dawał swojej załodze. Nazywał się Independence.

Jego dziecko, jego Independence. Ciekawe, czy ten okręt powstałby bez niego i czy on stworzyłby go bez nich. Sekcja 13. Tajemnicza siła zakopana głęboko pod strukturami Unii. Nieograniczone możliwości finansowe, nieograniczone możliwości technologiczne i całkowity brak rozumnego personelu technicznego.

Sekcja miała znakomitych szpiegów, genialnych polityków i świetnych naukowców, ale brak im było inżynierów. Egzobiologii można się nauczyć, Astrofizyki można się nauczyć, Mechaniki kwantowej można się nauczyć, niekoniecznie zrozumieć, ale nauczyć. Inżynierem trzeba się urodzić.

Po raz pierwszy tajemniczy człowiek dosiadł się do niego w barze niecały miesiąc po tym, jak tajemnicza, wszechpotężna i niezwykle wredna siła, Quantum zamiast cofnąć w czasie uwięził ich w XXIV wieku.

To było na krótko przed tym, jak Unia rękoma pani admirał Connaught Rossy spróbowała po raz pierwszy uziemić kapitan Zakrzewską z całą jej załogą i Hermaszem. Teraz wiedział, że to uziemienie było pierwszym zakosem Sekcji na ich osoby.

Kapitan Zakrzewska, wrzód na dupie Unii zarówno w ich, jak i w tych czasach. Gdyby nie była takim wrzodem prawdopodobnie uziemiliby ich już wtedy, a tak, jeszcze sobie trochę razem polatali. Zakrzewska to była prawdziwa kobieta z jajami. Jedyna kobieta we wszechświecie, którą darzył takim szacunkiem, a nawet się jej bał. W życiu jej tego nie powiedział i nie raz wykręcał jej niezłe numery, ale ją szanował.

Pierwsze miesiące w XXIV wieku, to było coś niesamowitego. Czuł się trochę jak dziecko wpuszczone do sklepu z nieograniczoną wprost ilością łakoci. Najchętniej nie wychodziłby ze swojej kajuty przeglądając nieskończone ilości schematów, projektów i raportów, całej dokumentacji technicznej, jaką flota zgromadziła od chwili ich zniknięcia.

Swój czas miał ochotę dzielić pomiędzy sen i XXIV wieczną technologię. Później raz jeszcze miał się tak czuć. W dniu, w którym dostał dostęp do bazy danych i zabawek Sekcji 13.

Hermasz świetnie sobie radził pod jego nieobecność na służbie. Grzesiek był genialnym inżynierem, a Jolka stała się ciałem i duszą maszynowni, zagarniając ten zakątek statku dla siebie. Był pewien, że statek doskonale sobie poradzi bez niego. Zakrzewska była jednak innego zdania. Pewnego dnia wysłała po niego oddział ochrony, a ci najzwyczajniej w świecie zaciągnęli go do maszynowni, ubranego w same spodnie od pidżamy, nie zwracając najmniejszej uwagi na soczyste wiązanki, jakie słał obrażając ich matki do dziesięciu pokoleń wstecz.. Kapitan znała pewną zasadę, żadne urządzenie, w którym grzebał, nie będzie potrafiło działać bez jego pomocy. Sekcja 13 zatrudniając go na posadę projektanta zasady tej nie znała i mocno się na swojej niewiedzy przejechała.

– Szef Michałow proszony do maszynowni szóstej – rozbrzmiał głos w interkomie okrętu. Szef Michałow, bez żadnego stopnia. Ale co się dziwić, przecież nadal nie skończył akademii i jakoś mu nie było szkoda. Uśmiechnął się do siebie, na myśl, że miałby siedzieć w szkolnych ławach i podszedł do panelu komunikacji.

– Idę, już idę – Mruknął do znajdującego się obok drzwi interkomu. Gdy tylko przesunął wyposażonym w czujnik nadgarstkiem nad panelem otwierania, zabrzęczał sygnał ostrzegawczy, towarzyszący wyświetleniu komunikatu: „Pociąg soniczny nieczynny z powodu braku homologacji”.

– Chrzań się – warknął. – To ja cię zbudowałem – wbił na ukrytej pod panelem klawiaturze odpowiedni kod i czekał na nadjechanie kolejki. Kiedy tylko otworzyły się drzwi, wskoczył do wagoniku – Maszynownia szósta – odpowiedziała mu cisza. – Nosz… – już miał przekląć, kiedy uświadomił sobie, że odłączenie komunikacji dźwiękowej było jego pomysłem. Wcisnął przycisk odpowiedniej sekcji, a pociąg ruszył z lekkim świstem, bez najmniejszego wstrząsu, czy szarpnięcia.

Poduszki dźwiękowe dawały niedościgniony komfort jazdy. Popatrzył na zgrabny wagonik z dwoma rzędami wciąż pokrytych folią siedzeń. Mógł pomieścić czterdzieści osób i przy maksymalnej prędkości przewieść ich przez całą długość okrętu w piętnaście sekund. Pomyśleć, że o mały włos i mogłoby go nie być. Sekcja nie bez racji twierdziła, że taki duży okręt potrzebuje efektywnego systemu komunikacji. W ich przekonaniu idealnie nadawały się do tego transportery o ograniczonym zasięgu. Michałow fanem transporterów nie był, więc po długim stawaniu okoniem, deliberacjach w czasie których ściany trzęsły się od krzyków i tylko fakt, że drzwi były rozsuwane sprawiał, że nimi nie trzaskano, postawił na swoim. Stwierdził, że jeśli chcą mieć transportery, to mają mu zamontować dla ich zasilania siódmy rdzeń, albo on z tego cyrku wysiada. Siódmy rdzeń uznano za przesadę, a i Michałowa tak łatwo z cyrku wypuścić nie chciano skoro już zamknąć się tu dał, więc stanęło na na ośmiu pociągach sonicznych i sieci turbowind.

Dzisiaj pociąg nie poruszał się z maksymalną prędkością, więc inżynier mógł od czasu do czasu podziwiać za oknem widoki ogólnodostępnych pomieszczeń. Położony w centralnej części okrętu słusznych rozmiarów dok, w którym zmieściłby się nawet duży krążownik dalekiego zasięgu. Umieszczoną w centralnej części biosferę, w której mogli odpoczywać członkowie załogi i częściowo przeszklone korytarze, kiedy zbliżał się do kolejnych stacji kolejki. Poczuł delikatne mrowienie, kiedy sztuczna grawitacja skompensowała mogące zgnieść ludzkie ciało przeciążenie, powstające gdy pociąg hamował na stacji docelowej. Możliwe, że wcale go nie poczuł, a jedynie tak działała jego podświadomość, wiedząca o tym mechanizmie. Nikt, nigdy na efekt kompensacji się nie skarżył.

Maszynownia szósta, była największym pomieszczeniem tego typu, o jakim słyszał. Najmniejszy z rdzeni Independence mierzył czterdzieści metrów największy ponad sto. Formalnie, żadne z tych pomieszczeń nie było maszynownią. Były to kompleksy rdzenia, a on wchodził właśnie do największego z nich. Kompleks numer sześć, dwadzieścia pokładów wysokości pierścieniowo okalających sferę, zbudowaną z najwytrzymalszego znanego Sekcji materiału. Nawet jeśli zniszczeniu uległ by cały statek – co samo w sobie było mało realne – sfera i tak by przetrwała.

– Meldować! – Zawołał wchodząc do kompleksu.

– Prosi pana komandor Tyler – odpowiedział mu jeden z techników. – Jest na poziomie ósmym, ostatnio sprawdzał coś w sekcji C.

Osobowy podnośnik wyniósł Michałowa na ósmy poziom, gdzie odnalezienie komandora nie nastręczało już trudności.

– Co się dzieje? -Podszedł do pulpitu, przy którym stał blisko pięćdziesięcioletni mężczyzna z burzą kasztanowych włosów. Tyler był w wieku, który w większości wypadków oznacza w Sekcji wycofanie z czynnej służby. Sprawność jaką wykazywał na testach fizycznych pozwoliła mu jednak załapać się do służby na Independence.

– Wszystkie systemy mamy podłączone i w pełni sprawne – wskazał na rozświetloną na zielono konsolę pełną wskaźników. – Jesteśmy w pełni gotowi.

– Chyba jako jedyni – dla Michałowa, który cały dzień musiał wysłuchiwać kajań i skamleń wyjaśniających zaistniałe opóźnienia, pełna sprawność szóstego rdzenia była dobrą wiadomością. Och co by dał, by móc znowu pracować z Jolką i swoją starą ekipą, zamiast użerać się z tą bandą federacyjnej elity. – Tylko się nie rozprężajcie. Jak się myśli, że wszystko działa sprawnie, to właśnie wtedy coś lubi efektownie pierdyknąć – nadal miał w pamięci próbny rozruch rdzenia piątego, kiedy niewielki błąd jednego z inżynierów kosztował ich przepalenie wszystkich cewek i wymusił awaryjne odrzucenie rdzenia. Bez tego mechanizmu rdzeń najprawdopodobniej by eksplodował zabierając ze sobą nawet kilkanaście sekcji okrętu. To na pewno przeciągnęłoby prace nad okrętem o dobrych parę miesięcy. Feralny inżynier oczywiście już przy projekcie nie pracował, a kluczowe systemy Independence nadal jechały na energii przesyłanej z bazy w której był budowany.

– Spokojna głowa szefie, przeprowadziliśmy symulacje i tak pan to wyregulował, że nawet margines błędu nie był potrzebny, poszło jak po masełku.

– Przeprowadziliście symulację?! – Ryknął tak, że samemu zadzwoniło mu w uszach.

– Niech pan się tak nie stresuje – Tyler wykonał rękoma typowy gest uspokajania. – Odłączyliśmy iniektory od rdzenia i walnęliśmy impulsem w komin– ciekawie było słuchać, jak Anglik wypowiada polskie frazeologizmy.

– Bezpieczniki mogły się przepalić, a wtedy nie tylko impuls by walnął i to nie w komin.

– No niech mnie pan nie obraża. – Komandor się naburmuszył. Trzy lata pańskiego katorżnictwa w las nie idzie. Fizycznie odłączyliśmy iniektory. Sam niech pan spojrzy – wskazał na otwartą przesłonę okna diagnostycznego. Za osłoną z egzoglassu i pola siłowego zobaczył spowite w półmroku wnętrze sfery, a w niej zawieszony w polu statycznym rdzeń z odłączonymi iniektorami. Był jedyny w swoim rodzaju. Piękny i przerażający zarazem. Siedem promieniście ułożonych rdzeni krzyżujących się ze sobą w komorze mieszania przywodzącej na myśl klaster miodu. Rdzeń był spowity w mroku i można było pomyśleć, że jest martwy. Michałow wiedział jednak doskonale, że wystarczy zaledwie ułamek sekundy, by osiągnął on pełną moc. Wiedział, również że nigdy nie będzie mu dane tego zobaczyć, gdyż wszystkie przesłony będą w takich chwilach zamknięte.

– Zamknąć przesłony. Iniektory podłączyć i pozostawić z założonymi blokadami. – To było takie „dobra robota” w wykonaniu Michałowa. Kiedy wychodził z Kompleksu poczuł delikatną wibrację przymocowanej do nadgarstka bransolety, wielofunkcyjnego urządzenia stanowiącego dla pracowników Sekcji 13 połączenie komunikatora z trikoderem, osobistym komputerem i kluczem do drzwi we wszystkich pomieszczeniach Sekcji w całym wszechświecie. Nacisnął ukryty przycisk i dokładnie przestudiował komunikat, który pojawił się wraz z holograficznym ekranem. Reaktor piąty był naprawiony i gotowy do ponownego rozruchu. Michałow uśmiechnął się i podszedł do interkomu. Zamontowanie kablowej sieci komunikacyjnej było pomysłem rodem ze starego serialu telewizyjnego. Jeśli coś zakłóciłoby wszelkie sygnały radiowe, zawsze można było się porozumieć „po sznurze”.

– Tutaj Michałow – odezwał się, wbiwszy odpowiedni kod identyfikacyjny.

– Kompleks piąty melduje rdzeń gotowy do rozruchu. Możemy zaczynać, gdy tylko pan się zjawi, sir.

– Zrozumiałem, proszę czekać. – Zjawianie się na drugim końcu statku ani mu się nie uśmiechało, ani nie czuł potrzeby bycia w miejscu, które może przestać istnieć w efektownym stylu, jeśli znowu coś się posypie. – Centrum – wywołał centrum dowodzenia bazy.

– Tu centrum – Głos kobiety dobiegł jakby przytłumiony. Przetworniki komunikacji kablowej nisko napięciowej, na nowoczesny sygnał pod przestrzenny nie były zbyt efektywne.

– Odłączyć łącza zasilające, przeprowadzamy próbny rozruch reaktora.

– Łącza oddzielone za dziesięć.

– Kompleks piąty – ponownie wywołał maszynownię rdzenia. – Przeprowadzić rozruch po zaniknięciu zasilania zewnętrznego.

– Wolałbym zrobić to pod pańskim nadzorem.

– Wykonać.

– Szefie, naprawdę lepiej by było…

– To nie parlament, do jasnej cholery.

– Tak jest – ledwie ostatnie słowa Inżyniera zarządzającego kompleksem dobiegł jego uszu, kiedy poczuł się jakby odrobinę lżejszy, a światła przygasły przechodząc w tryb oszczędzania energii. Independence przeszła na zasilanie z awaryjnego reaktora nuklearnego. Inżynier stał i liczył w pamięci. Kiedy doszedł do piętnastu, światła rozjarzyły się na nowo, będąc niechybnym znakiem rozruchu rdzenia piątego. Towarzyszące mu napięcie bynajmniej jednak nie opadło. To, że rozruch przeszedł sprawnie, nie znaczyło, że coś nie może jeszcze gruchnąć.

– Kompleks? – Odezwał się po odczekaniu kolejnej minuty.

– Tu kompleks.

– Jak sytuacja?

– Rozruch przeszedł tym razem bez problemów. Reaktor stabilny, wskazania w normie, rdzeń pracuje stabilnie i daje nam sto procent mocy.

– Obniżcie do siedemdziesięciu – polecił. – W tej chwili potrzebujemy jedynie mocy rozruchowej.

Rozejrzał się po korytarzu, nie do końca zdecydowany, co ma robić dalej. Był na poziomie zajmowanym przez laboratoria naukowe i medyczne, przeznaczone dla personelu i ich rodzin. Te tajne znajdowały się w innej części okrętu i dostęp do nich bynajmniej nie był tak łatwy. Odbiór laboratoriów nawet jeszcze się nie rozpoczął, a cały proces odbioru kwater, pomieszczeń naukowych i innych miejsc na okręcie miał potrwać kilka najbliższych miesięcy, tak więc Michałow nie miał absolutnie nic do roboty. Drobne poprawki na już otwartych powierzchniach wykonywały zespoły serwisowe, których nadzorować nie musiał.

Uświadomił sobie, że od dwóch tygodni nieustannie kursuje pomiędzy zajmującą ogon krętu sekcją napędu konwencjonalnego, a kompleksem szóstym, zupełnie zapomniawszy o sekcji dziobowej.

Sekcja dziobowa Independence, miała kształt grotu strzały i mierzyła blisko kilometr długości w najwyższym miejscu mierząc trzydzieści pokładów. Michałow skupiając się na radości, jaką dawało mu projektowanie systemów okrętu nie starał się nawet myśleć o tym, ile osób może jednocześnie zamieszkać na Independence. Kwatery ciągnęły się w nieskończoność przez wiele pokładów, ale to nie była jego sprawa. On miał dopilnować, by okręt zawsze pozostawał w ruchu i był w każdej chwili gotów, by stawić czoła najcięższym wyzwaniom.

Przechodząc do sekcji dziobowej czuło się różnicę. Korytarze były szersze i jaśniejsze, wykonane z lepszych materiałów. Sufity znajdowały się niemal dwukrotnie wyżej niż w reszcie statku. To tutaj mieszkać mieli oficerowie okrętu, tutaj znajdować się miały pomieszczenia reprezentacyjne i kwatery gości odwiedzających okręt. Tutaj wreszcie, umieszczony był mostek i komputer główny. Tak jak rdzenie były pięcioma równomiernie bijącymi sercami okrętu, tak jego mózg znajdować się miał właśnie tutaj. W sekcji dziobowej wreszcie, o czym wiedziało niewielu, zamontowanych było większość systemów bojowych okrętu i co najważniejsze wszystkie urządzenia, które miały rozerwać czasoprzestrzeń w chwili uruchomienia napędu strunowego. Zazwyczaj wszyscy członkowie załogi mieli mieć nieograniczony dostęp do tej sekcji okrętu. W warunkach bojowych, sekcja mogła jednak zostać odcięta, stając się twierdzą nie do zdobycia. Michałow doskonale oczywiście zdawał sobie sprawę, że zabezpieczenia te działają w dwie strony i jeśli wróg przejąłby sekcję dziobową, to nie byłoby możliwości, by ją odbić.

Szerokie, dwuskrzydłowe drzwi mostka były zamknięte, uniemożliwiając dostęp osobom postronnym. Był już na mostku, w czasie, kiedy ten był wykańczany. Nigdy nie miał jednak okazji zobaczyć go w pełnej krasie i okazałości. Projekty, wizualizacje, czy wykończenie w dziewięćdziesięciu procentach, nigdy nie zastąpi zobaczenia miejsca, gdy to jest już gotowe.

– Michałow do kapitana Lynna – przemówił, uruchamiając zespolony z bransoletą komunikator.

– Widzę, że uruchomił pan komunikację – Odpowiedział mu przebywający w centrum dowodzenia głównodowodzący okrętu.

– Ruszyła razem z reaktorem piątym

– Polaryzacja kadłuba najwyraźniej też, bo straciliśmy wszystkie odczyty. Widzę was przez okno, ale według czujników was nie ma.

– Mogę uruchomić maskowanie, jeśli pan sobie życzy, kapitanie

– Nie, nie trzeba. Przetestujemy je później, teraz wolę was jednak widzieć – dowódca zaprzeczył dość jowialnym tonem. – W czym mogę panu pomóc, panie Michałow.

– Proszę o pozwolenie wejścia na mostek.

– Przykro mi, ale to niewykonalne. Mostek ma założoną blokadę taktyczną, ale proszę zaczekać na mnie. Sam chętnie na niego zajrzę. Zaraz się do pana prześlę.

– Odradzam. Transportery są wyłączone i nie przeszły jeszcze testów – Mógł się spodziewać, że załoga w pierwszej kolejności będzie chciała korzystać z transporterów, ale celowo opóźniał ich oddanie do użytku. Chciał mieć najpierw stabilnie działające wszystkie podzespoły, nim zajmie się zabawkami.

– Zmusza mnie pan do używania pomostów komunikacyjnych i pokonywania kilometrów korytarzy. Doskonale pan wie, jak ja nie lubię spacerów.

– Niech pan nie przesadza – Michałow przewrócił oczami. – Najbliższy pomost jest trzysta metrów stąd, spacer jest dobry dla zdrowia.

– Powiedział miłośnik Coli i Hamburgerów – Kapitan sarknął rozłączając się.

Najbliższy pomost mógł kończyć się na burcie, ledwie trzysta metrów od mostka, co nie zmieniało faktu, że dotarcie na miejsce zabrało kapitanowi ponad pół godziny, tak, że Michałow siedział już na podłodze, oparty o ścianę z głową złożoną na podkulonych kolanach. Można by pomyśleć, że śpi. Ostatnie dni niemal zupełnie go wypompowały.

– Niech pan się nie skrada. Ja doskonale pana słyszę – Przemówił, wstając z głuchym sapnięciem.

– Wygląda pan jak śmierć.

– A pan jak chochoł, jeśli już mamy zacząć spotkanie od prawienia sobie komplementów.

– Ja mówię z troską, a pan się wydurnia. Ile pan spał przez ostatnie dni? – Kapitan przyjrzał się z troską nieogolonej i szarej jak papier twarzy z głębokimi sińcami pod oczami inżyniera statku.

– Pojęcia nie mam. Niech pan spyta moją żonę, ona wie lepiej – Michałow wzruszył ramionami.

– Jak tylko tutaj skończymy, ma pan natychmiast udać się do kwatery na długi wypoczynek. To jest rozkaz, panie Michałow.

– Rozkazy rozkazami, a statek sam nie poleci i zaraz mnie ktoś wyciągnie z kajuty, ledwie się tam zamknę. Wchodzimy na ten mostek, czy deliberujemy dalej.

– Wchodzimy, wchodzimy, ale z niewyspanym inżynierem też daleko nie polecimy. Na trzy.

Mężczyźni stanęli po przeciwnych stronach szerokich, łukowo sklepionych drzwi mostka, gdzie umieszczone były panele z czytnikami DNA.

– Raz, dwa, trzy – na hasło kapitana jednocześnie przyłożyli swoje dłonie do czytników. Poczuli przebiegające po nich delikatne mrowienie, poprzedzające bezszelestne otworzenie się drzwi.

Mostek okrętu spowity był w mroku. Wszystkie monitory były wygaszone, panele kontrolne były wygaszone i nie paliły się przy nich nawet lampki sygnalizujące stan czuwania urządzeń. Umieszczone przy podłodze awaryjne oświetlenie, mające pomóc załodze w wydostaniu się z mostka, w razie sytuacji awaryjnej także nie dawało znaku życia.

Mrok przepełniający to pomieszczenie był tak gęsty, że nie można było rozróżnić, gdzie po przeciwnej stronie mostka jest ściana, a gdzie zaczyna się ogromny ekran główny i tylko jedno światło się paliło. Maleńkie światełko u szczytu czegoś, co wyglądało jak sięgająca do pasa mównica. Maleńkie światełko, rozjarzające mosiężną tablicę z umieszczonym na niej napisem

INDEPENDENCE

Człowiek jest zupełnie wolny,

tylko w świecie w pełni stworzonym przez siebie

G. Hegel

Żadnego U.S.S, żadnego numeru rejestracyjnego, tylko Independence. Stali obaj, wpatrując się w napis i wciąż powtarzając sobie w myślach jej imię.

– Naprawdę jest niepodległa – Inżynier jedynie skinął głową. – Nikt jej nie zatrzyma.

– Nikt.

– „Człowiek jest zupełnie wolny, tylko w świecie w pełni stworzonym przez siebie.” – Kapitan przeczytał na głos. – Pan to wymyślił?

– Nie ja – Michałow zaprzeczył.

– Na pewno? Brzmi zupełnie, jak pański pomysł.

– Na pewno – podszedł z kapitanem, do ozdobionej tablicą, niby mównicy, na jej pulpicie był otwór na staroświecki klucz i kolejny czytnik DNA. Lynn zdjął z szyi zawieszony na tytanowym łańcuszku kluczyk i włożywszy w otwór jednocześnie przekręcił i przyłożył dłoń do czytnika. Efekt był niemal natychmiastowy. Rozświetliły się wszystkie konsole, monitory zaczęły pokazywać aktualne wskazania wszystkich sprawnych systemów i alerty o niesprawności pozostałych. Zapalające się lampy oświetlające mostek, sprawiały że z każdą chwilą coraz bardziej tonął on w ciepłym blasku.

– To jest mój pomysł – Inżynier powiedział z podwyższenia przyglądając się mostkowi Independence. Całe pomieszczenie miało zakrzywione ściany, tworząc wysoką kopułę.

Obaj mężczyźni stali na podeście, który tworzyły biegnące pod ścianami dwa trapy, tworzące jedyną drogę z i na mostek. Spojrzeli w dół, poza okalające podest i trapy barierki, a ich wzrok padł na ciągnące się wzdłuż ścian stanowiska operacyjne oficerów odpowiadających za obsługę systemów Independence. Na środku, bezpośrednio pod nimi stał fotel dowódcy, a dalej, bliżej głównego ekranu dwa stanowiska, które na pierwszy rzut oka bardziej przypominały Crossbow, XXI wieczne motocykle wyposażone w dach, aniżeli tradycyjne stanowiska pilotów, którymi były.

– Jest gotowa – Kapitan powiedział, delikatnie gładząc balustradę.

– Prawie. Lepiej jednak, by załoga zaczęła się do niej przyzwyczajać. To kobieta. Należy ją traktować delikatnie. Dzień dobry Independence – Odezwał się odrobinę głośniej.

– Głos rozpoznany – Odpowiedział mu kobiecy głos płynący z głośników. – Dzień dobry, tato.

– Independence, przeprowadź skan pierwotny systemów.

– Skan pierwotny rozpoczęty. Przewidywany czas zakończenia, czterysta pięćdziesiąt minut – odpowiedział mu okręt.

– Dziękuję Independence, poinformuj o zakończeniu skanu.

– Przyjęłam

– Zaprogramował pan okręt tak, by mówił do pana tato?! – Zdumiał się kapitan.

– Tylko w określonych sytuacjach – Inżynier wzruszył ramionami. – Zazwyczaj będziemy partnerami. Niech pan zainicjuje komunikację głosową, kapitanie.

– Dzień dobry, Independence – Kapitan przemówił bez przekonania. Wiedział o istnieniu tego systemu i jego zaletach, ale nadal wolał wydawać komendy z poziomu konsoli.

– Głos rozpoznany. Dzień dobry, kapitanie.

– No dobrze – kapitan zwrócił się do inżyniera. – Teraz pan idzie spać, a my sobie poradzimy bez pana.

– Ajajaj, sir – Inżynier zasalutował przesadnie, szwabskim krokiem defiladowym opuszczając mostek.

2 komentarze

  • LKA 5 października 2017jako17:51

    Przyznam, że nie przebrnełam przez całe to opowiadanie ale jak dla mnie za dużo technicznego języka… Może, może z czasem uda mi się to przeczytać jednak jak narazie naj mniej mnie to wciagnęło. Pozdrawiam LKA.

    • Kontynuator 10 października 2017jako07:48

      To opowiadanie od samego początku swojego powstawania miało być fan fiction na temat Star Trek, którego jestem wielkim fanem. Później popłynęło ono w trochę innym kierunku, ale wiele technobełkotu, szczególnie na początku faktycznie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *